Podczytuję dzienniki Gombrowicza. Ostatni raz miałem je w rękach jakieś piętnaście lat temu, byłem w szkole średniej, ewentualnie na początku studiów. Nie mogę powiedzieć, że nic nie wyniosłem z tych zapisków (zwłaszcza, że dwa tomy przede mną), ale wrażenie czytelnicze jest zasadniczo odmienne od tego, które zachowałem w pamięci, można powiedzieć, że to dwie różne książki, choć właściwiej będzie orzec tę prostą prawdę: dwaj różni ludzie ją czytali. Jeśli znajduję coś wspólnego w ówczesnym i dzisiejszym czytaniu, to całościowość i przypadkowość, książka wpada we mnie niczym samolot strącony z nieba, czyni rozbryzg, wyje stal i człowiek, zaraz wszystko milknie, a potem, na czerwonawej, może trochę nasłonecznionej wodzie bujają się szczątki, niekoniecznie akurat te o przesadnym znaczeniu. Skrzydło i silnik poszły na dno, samotny fotel buja się na falach, pasażer przepadł w ciemności wodnego grobu i tylko but pozostał na powierzchni. Jako czytelnik odrobinę dorosłem i trenuję się w pokorze. Gombro, mimochodem wspomina o książkach, które się wdzięczą. Łagodnie mówiąc, nie lubi wdzięczących się książek i jestem pewien, że literatura współczesna, wszelkie nowości ukazujące się w księgarniach nie przypadłyby mu do gustu, choćby wybierał z najróżniejszych półek. Wystarczy zerknąć na nasze gwiazdy literackie nominowane do nagród najróżniejszych: powieści Pilcha, Karpowicza, Rylskiego, Głowackiego, Redlińskiego właściwie wszystkich różnią się jedynie nachalnością wysyłania uwodzicielskich spojrzeń spod farbowanych grzywek, spomiędzy rzęs otłuszczonych na błysk, opromienione czerwonawym światłem narożnej latarni, pod którą zachodzą czasem czytelnicy, odczuwający potrzebę spuszczenia ciśnienia z swych nabrzmiałych intelektualnych narządów. Mogę napisać te słowa, gdyż moje książki również się wdzięczą, może nawet rozkładają nogi i wsuwają dwa palce, rozchylając co trzeba, by dało się łatwo, na próbę posmakować obiecanych sekretów słowa. Nie jestem jedyny, stoję przecież w dzikim tłumnie wyglądającym pochwał i portfeli, z żalem muszę stwierdzić, że powieści kolegów, przyjaciół po piórze również się wdzięczą. Właściwie nie umiem wymienić współczesnego pisarza, który by kuse spódniczki sobie odpuścił. Oczywiście, różne są to wdzięczenia, odmienność zasadza się jednak na wystawianiu ku światłu tych a nie innych części ciała, choć, zapewne, jakbyśmy mogli, stanęlibyśmy pod tą latarnią golusieńcy jak nas sam diabeł ulepił. nie mi w Nicka w inne serca i zamysły z tych serc płynące, mam jednak wrażenie, że wdzięczenie się literackie jest rdzeniem, jednym z rdzeni, a nie akcydensem. Nie potrafiłbym pomyśleć sobie nie-wdzięczącej się książki, napisanie takowej leży zupełnie poza moim zasięgiem, a sięgając po stare powieści, dzienniki poszukuję wdzięczenia i dziwię się, że go nie otrzymuję, zresztą, żeby oddać sprawiedliwość, w swoich „Dziennikach” sam Gombro wdzięczy się nieustannie i to tak, że mogę dostrzec spróchniałe zęby przez rozwartego kochliwie zada. Z czego to wynika, to nasze wdzięczenie współczesne? Naturalna skłonność artysty do obnażania się, do plucia na własną nagość, niekiedy do pchania własnej brzydoty pod światło jarzeniowe (powodowana oczywiście pychą: „patrzcie, jaki jestem mały i wstrętny, a i tak lepszy od was, wy oczytane france, bo wy nawet o własnej małości i brzydocie nie wiecie, chłe chłe) znajduje wzmocnienie w absolutnej dominacji popkultury. Książki, ze swoimi kunsztownymi, pierwszymi zdaniami, mającymi za zadanie złapać czytelnika, z nagromadzeniem „mocnych” motywów, z cycem i fiutem, z intensywną obecnością wyszukanej polszczyzny, ewentualnie z przetworzeniem kolokwializmów w jakąś nieszczęsną syntezę usprawiedliwiają swoje trwanie wobec blockbusterów, teledysków, gier, gdzie każda sekunda przynosi nam nowe prawdy objawione i pulsuje całościowością. „Mamy prawo trwać dalej”, mówią nasze książki, „jesteśmy potrzebne, powtarzają, ale szanujemy was ogromnie, nasi kolorowi przyjaciele, mówimy co innego, czemu innemu służymy niż wy, nasi młodsi bracia, ale kłaniamy się wam i znosimy dary z siebie niczym starszyzna podbitego plemienia, klękająca przed żelaznym tronem młodych barbarzyńców, niesiemy te dary, a wy pozwólcie nam zostać w naszych domach i orać pola, jak oraliśmy wcześniej, choćby i żoną, jak konia weźmiecie. Proszę, oto i koń.”. Nie ma, niestety innej drogi i sam, jako entuzjasta popkultury muszę z przykrością przyznać, w tym jedynym punkcie, rację jej przeciwnikom, choć sam nie wiem, czy oddałbym zusamen moje gry, horrory, ostatni singiel Britney Spears za powrót do innego rozumienia lektury., kiedy piszę, że nie wiem, znaczy to, że nie wiem. Ale mam świadomość, że od wdzięczenia się nie znajdziemy ucieczki, można co najwyżej się zmagać i pisać książki post-wdzieńczeniowe, tak jak burdelmama jest post… no właśnie. Dlaczego nie ma ucieczki? Znajdujemy się na terytorium kultury, zawłaszczonym przez inne siły. Wasal w złotym domu, na tronie, otoczony przez klakierów i chętne lalunie dalej będzie wasalem, co najwyżej pierwszym wśród podbitego ludu.