Archiwa dla August, 2011

przerwa wakacyjna

Zaraz po Polconie znikam z kraju na dwutygodniowe wakacje w ciepłych stronach. W tym czasie zrobię wszystko, żeby nie odpowiadać na telefony i nie czytać przesyłanych wiadomości. Blog również zamilknie. Nie będzie „tygodnia z głowy”, ani innych wpisów. Chyba, że zmienię zdanie, na co się nie zanosi. Pozostaje mi pozdrowić wszystkich czytelników, sympatyków mojej prozy i tego miejsca w sieci. Postaram się bawić tak dobrze, jak umiem.

Zapraszam na Polcon

Impreza odbędzie się:

25-28 sierpnia 2011 r. w Poznaniu.
oto adresy:
* Pawilon 8A: Centrum Konferencyjne MTP- wejście od ulicy Śniadeckich, ul. Głogowska 14
* Pawilon 14B: Centrum Konferencyjne MTP- wejście od ulicy Śniadeckich, ul. Głogowska 14
* Pawilon 7: Centrum Konferencyjne MTP- wejście od ulicy Śniadeckich, ul. Głogowska 14
* Sala kongresowa: Centrum Konferencyjne MTP- wejście od ulicy Śniadeckich, ul. Głogowska 14
* Budynek szkoły: Liceum Ogólnokształcące nr 2, ul. Matejki 8/10 (szkoła noclegowa)

mój rozkład jazdy:

pt 11:00 – Niewidzialne rządzi tym co widzialne? Panel dyskusyjny. – Aula 2
pt 17:00 – Pieprzone konwencje – panel dyskusyjny. – Aula 2
pt 18:00 – Mockumentary Horror Show – Multimedialna
sob 16:00 – Spotkanie z Łukaszem Orbitowskim – Gościem Honorowym
Polconu 2011 – Aula 2
sob 17:00 – Łukasz Orbitowski – autografy – Autografy

Z przyjemnością informuję, że jestem gościem honorowym tej imprezy.
pełne info tutaj, na oficjalnej stronie.

Dostałem!

Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Dzięki temu kultura i dziedzictwo zostaną ubogacone o nową książkę. Tytuł roboczy “Krótkie życia kpiarzy i szyderców”.

Tydzien z głowy (151)

Po raz pierwszy od dawna nie mam ochoty na niedzielny wpis. Ma to związek ze zbliżającym się urlopem, który jest i blisko i daleko zarazem, a mówiąc bardziej praktycznie, zaraz chuj mnie strzeli niczym piorun w grzesznika spacerującego pod bezchmurnym niebem. Być może tak właśnie kiedyś umrę, gdzieś na parę dni przed planowanym wyjazdem, kiedy wszystko się piętrzy i spiera ze sobą, za to mi brakuje siły na mój własny, prywatny spór i jedynie popycham do przodu krokiem chodziarza, czyli najbardziej nieludzkim tempem, och gdybym mógł tylko zwolnić albo pognać przed siebie. Ale nie. Dopuszczam więc możliwość, że szlag mnie zwyczajnie trafi i miast na jeden z czterech kontynentów, które zostały mi do zobaczenia pojadę w jesionce ku ciszy cmentarza Rakowickiego. Oczywiście nabijam się teraz troszeczkę, wykrzywiam własne doświadczenie, ale też, trzeba przyznać, że słabe jest dzisiaj to moje żartowanie ze śmierci. Po prostu mam wrażenie, że urlop, w jakimś stopniu jest fikcja i suma godzin poświęconych na dodatkową pracę, otwierającą w swym zamyśle furtkę do wyjazdu (tym razem, Czarnogóra) jest dokładnie równa liczbie godzin wakacyjnych. Jadę na dwa tygodnie, dwa tygodnie muszę wkleić w czas pracy, gdyż inaczej, no właśnie, nie mam pojęcia co się stanie. Może coś, a może nic. Istnieje nawet obawa, że świat bez piszącego Orbitowskiego wciąż będzie się kręcił: żwawa kuleczka w martwym kosmosie.
Skłamałbym, że ostatnie dni wypełnia wyłącznie praca. Okres przedurlopowy, przynajmniej w moim przypadku, oznacza jej skondensowanie, a nie rozciągnięcie w czasie. Dzieje się tak ze względu na przywołanie rozlicznych zobowiązań przedurlopowych, tu znów skojarzenie śmiertelne. Prawdopodobnie nie potrafiłbym nigdzie wyjechać nie załatwiwszy wszystko aktualnych spraw, tak w wymiarze zawodowym, jak i prywatnym, zwracam się więc intensywnie ku każdemu ważnemu dla mnie człowiekowi ze wskazaniem na pewnego dynamicznego czterolatka. Prosto z Jaromera pomknąłem spędzić z Julkiem pięć dni w Krakowie i było to właśnie najzwyklejsze w świecie spędzanie czasu, co samo w sobie jest dla mnie doświadczeniem niezwykłym. Znika z wolna, do niedawna wszechobecne poczucie mojego dochodzenia, mojej wyrywkowości i akcydentalności, jakbyśmy znaleźli swoją przestrzeń, w której bez pośpiechu, z pośpiechem też robimy to, co winni robić ojciec i syn. Poszedłem z nim do kina, lecz się wynudził i nie wiemy, jak skończyły się „Auta 2”. Pojechaliśmy na spływ Dunajcem gdzie piękno przyrody kontrastowało z bolesnym nie-pięknem górali, mały poskakał sobie po jakichś huśtawkach. Mniej więcej tak to było, w gruncie rzeczy nie ma o czym pisać, gdyż zdaję sobie sprawę, że nie ma nic nudniejszego niż rodzic opowiadający o swoim własnym dziecko. Potem, jakoś wklejony pod czas Julkowy, przed ten czas, za tym czasem wyłuskiwałem kompa i tłukłem jak wściekły, zaskoczony jasnością własnej myśli, wreszcie, przychodził czas na przyjaciół i resztę rodziny, która przecież kielichom się nie kłania. Z jednym wyjątkiem, zobaczyłem wszystkich, których chciałem, a potem, kiedy mały pojechał dalej, ja, durny i chmurny, miast wrócić do domu pomknąłem ku podrwocławskiej Oławie, do Doktora Błogostanka, który zrobił mi zęby. Miałem rok czasu, żeby zająć się przedłużaniem chwiejnego trwania ruin mej paszczęki, czego uniknąłem konsekwentnie aż do teraz. Zrozumiałem, że jeśli się nie przemogę, to już nigdy nie pójdę do dentysty. Cos mi tam wydłubali, za to doświadczyłem sławetnych w moim gronie sobót Oławskich, leniwego Oławczenia się bez spoglądania na zegar, tej niesamowitej bezmocy, nie pozwalającej nawet mnie, człowiekowi przygniecionemu robotą zalec nad klawiaturą. Sobotnia Oławskość jest zjawiskiem wymagającym jakichś literackich odbić, przetworzenia i utrwalenia za sprawą sztuki słowa, być może końcowy efekt wymagałby użycia jakiegoś nowego języka, być może mógłbym taki język wymyślić, lecz jeszcze nie tego, niedzielnego popołudnia.
Zapieprz, jakiemu obecnie podlegam ma dwie strony warte wymienienia. Pierwszą jest jego błyskawiczne zejście w momencie ustania wysiłku, wystarczy spojrzeć na morze, albo przejść się po Nowym Jorku, czego sam w zeszłym roku radośnie doświadczałem. Przypomina to gwałtowne wejście mocnego środka przeciwbólowego, wszystko niknie na rzecz łagodnego otumanienia. Przedtem następuje coś zgoła przeciwnego. Umordowane ciało, głowa przeciążona przez rozgrzane zwoje nagle zestrajają się ze sobą w niebywałej jasności, zmęczenie znika i znajduje siebie zdolnym do jeszcze jednego wysiłku, niech tych wysiłków będzie sto i tysiąc, nieważne, taka moc człowieka przepełnia. Łeb i serce wydobywają z siebie to co najpiękniejsze, teksty stworzone w takim stanie emanują, moim zdaniem niesłychaną siłą. Dlatego należy doceniać zmęczenie i cieszyć się z niego, oczywiście dopiero w chwili kiedy dojdzie do przesilenia. Teraz, niestety nie doszło, co chyba nawet widać.

Dziecko, diabeł i Smoleńsk

Przyszedłem wczoraj po Julka. Mały podleciał do mnie, ocenił wzrokiem i wykrzyknął:
-Ale masz fajną koszulkę!
Była to koszulka Merciless Death, którą zrobił Lechu. Znajduje się na niej Szatan przykuty do stalowego łoża na samym dnie piekła. Szatan ten, otoczony przez płomienie i brać diabelską zajęty jest konsumowaniem Judasza, czy też innego sukinsyna.
Taka o:

Godzinę później zaglądnęliśmy do księgarni. Przeglądałem książki, a mały ze wszystkich sił usiłował mi pomóc. Pochwycił grube tomiszcze i wykrzyknął:
-Tatusiu, kup sobie tę o samolociku!
Była to książka z tupolewem na okładce, poświęcona katastrofie smoleńskiej.

wywiad dla poltera

Iman: Wiele Twoich tekstów zostało nagrodzonych lub nominowanych do różnych nagród, w tym tych imienia Zajdla i Żuławskiego – najważniejszych w polskiej fantastyce. Czy takie sukcesy Cię rozleniwiają?

Łukasz Orbitowski: Nie, w żadnym razie. W innym wypadku, gdybym jakimś cudem dostał Nike, musiałbym niezawodnie zasnąć z lenistwa. Ale poruszasz dość ciekawą kwestię reagowania twórcy na nagrody i inne dowody łaski publiczności czy czytelników. Artyści to raczej próżne istoty i ja nie jestem w tym gronie wyjątkiem. Lubię być nagradzany, drapany za uszkiem, fajnie, gdy tłustą michę mi wystawiają. Ale funkcjonowanie na niełatwym przecież rynku mediów uodparnia na takie powierzchowne bodźce; nagroda nie uśpi, brak pochwał raczej nie zmobilizuje, lub na odwrót. Innymi słowy – to nie jest ta siła, która pcha mnie ku pisaniu. Istnieje tak wiele innych czynników, od terminu wyznaczonego pod rygorem przepadnięcia zaliczki, przez jakieś sprzęgnięcia wewnętrzne, gnające ku klawiaturze, po najzdrowszy z lęków, przed rozczarowaniem najbliższych.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że o Krakowie zacząłeś pisać po prostu dlatego, że dobrze go znasz. A o Wrocławiu?

Nieco kontrastowo. Dużo bywałem we Wrocławiu i znałem to miasto, więc zadanie miałem ułatwione. Po wydaniu Tracę ciepło ku mojemu przerażeniu zostałem twórcą krakowskim i należało temu z wszelkich sił przeciwdziałać, w konsekwencji czego zjawił się ten nieszczęsny Wrocław. Czekaj, przypomniałem sobie coś jeszcze. Lata temu Wydawnictwo Dolnośląskie miało w planach taką antologię opowiadań o fantastycznym Wrocławiu, zaproszono mnie i zasiadłem do pisania. Szybko okazało się, że zbiorek nie zostanie ujawniony czytelnikom, a ja miałem już kilka pierwszych rozdziałów szybko puchnącej powieści, o którą teraz pytasz. W ten sposób powstaje większość moich tekstów. Nadchodzi napisałem bo znalazłem wspomnienia starego ubeka na działce u ojca, nowa powieść Widma zrodziła się z pragnienia ożywienia Baczyńskiego i popisania jak sobie skacze na boki, bach, trzy lata z życia i milion znaków z kawałkiem. To jest fajne w pracy twórczej. Ciągłe zaskoczenia.

W Świętym Wrocławiu dzieją się rzeczy niesamowite, o których możemy myśleć, że nas nie dotyczą. Jednak postacie są wiarygodne. To ludzie, których znamy albo zdarza nam się ich spotykać; tacy, których czasem wolelibyśmy nie widzieć, ale wiemy, że istnieją. To sprawia, że te wszystkie nierzeczywiste zdarzenia zdają się być możliwe. Chodzi o to, żeby straszyły jeszcze bardziej?

Naprawdę, nie piszę z intencją straszenia. Wszystko co robię, to postaranie się, aby w każdej książce była jedna, naprawdę mocna, potworna scena. W gruncie rzeczy robię to dla żartu, żeby przekonać się, że ciągle to umiem. To taki mój znak firmowy. Odnośnie mojego pisania o ludziach, wiąże się z tym pewna smutno-śmieszna opowieść. Pewien mój przyjaciel powiedział mi po lekturze tej powieści, że to nie czarne osiedle, ale ludzie wokół niego byli najbardziej przerażający. W stwierdzeniu tym brzmiała sugestia, że dokonałem jakiegoś zabiegu artystycznego. Tymczasem ja nic nie kombinowałem, ja tak po prostu ludzi widzę. I to mu powiedziałem. Parę lat później zdradził mi, że być może mam rację. Dlaczego lubisz pisać trudne, straszne historie? Nie wiem czy lubię, nie wiem czy są trudne, albo straszne. Naprawdę. To historie mnie wybierają, nie ja je. Tak jak rzeźbiarze niekiedy przyrównują swoją pracę do wydobywania rzeźby z kamienia, nie tyle do twórczości, co do odkrywania czegoś, co pozostawało zakryte, tak ja lubię mówić o kufrze znalezionym na strychu. Należał do kogoś, kto odszedł albo umarł, a w nim masa różności: książki z ekslibrisem, pocztówki, listy, telefon pełen wiadomości tekstowych, fotografie, ulubione przedmioty, bilet kolejowy, pamiętniczek, na pewno pendrive. Moje zadanie polega na ułożeniu tych rzeczy rozproszonych, na nadaniu im określonego porządku. W tym celu muszę posłużyć się wiedzą, prawdopodobieństwem, ale i wyobraźnią, dopowiadając niektóre kwestie. Kiedyś lubiłem sobie myśleć, że moje teksty rozpracuje nawet dwunastolatek, ale to chyba nieprawda, w jakiś sposób jestem pisarzem dla dorosłych. Ale dalej nie uważam swoich książek za specjalnie trudne. Zwróć uwagę, że nie wymagają niemal żadnego przygotowania intelektualnego. Czy są straszne? To życie jest straszne, moja droga.

 

całość

o “Infamous 2″ i nie tylko na “Jawnych snach”

W starym, a więc dobrym rysunku Mleczki facet rzecze do faceta mniej więcej coś takiego: „Jest pan ankieterem i pyta się pan, co mi się nie podoba? Pan mi się nie podoba”. Ostatnio też tak mam, czy nawet bardziej, nie podoba mi się zupełnie nic.

Piękny listopad mamy tego lata, Lepper właśnie się targnął, Warszawa, moje miasto aktualne, zostało skutecznie rozkopane, za to Kraków, ma przeszła mieścina, wyrzekł się swych dóbr najprzedniejszych, konkretnie wypieprzając bukinistów z dworca i zamykając akwen wodny na Zakrzówku przed społeczeństwem, spragnionym kąpieli lub skoku na łeb po śmierć. Piszę te słowa w ruchomym kawałku piekła zwanym dla niepoznaki taborem, za moim oknem wali się Bytom i nawet sympatii dla księdza Natanka nie zdołałem utrzymać po tym, jak przedstawił zarys projektu nowej flagi dla naszego sypiącego się kraju. Chciałoby się rzec, żeby chociaż gry grały!  Ale nie grają.

Bynajmniej nie zamierzam kierować oskarżycielskiego palca w stronę dwunożnej poczciwości, jaką jest redaktor Szewczyk, który milczeniem odpowiada na moją ciszę osobistą (tekst dla Jawnych Snów powstać miał dawno), nie dostarcza mi nowych płaskich pudełek z rozrywką i zapewne trenuje ciosy psioniczne celem pognębienia niżej podpisanego. Być może po prostu się starzeję, oklapłem niczym martwy szczur na dno i gry, po fazie zachwytu, nie radują jak dawniej. Mogę źle dobierać tytuły, ewentualnie cała branża złapała jakiś dołek. Ponieważ lubię być pierwszy we wszystkim, obwieszczam teraz rykiem człeka zawiedzionego: „Mili moi, zaczęło być do dupy!”. Oby jak najkrócej.

 

całość 

Tydzień z głowy (150)

Wróciłem z Brutal Assault w Jaromerze, gdzie było po prostu wspaniale. Zajechałem do Polski przepełniony dobrymi emocjami, czyli dokładnie odwrotnymi, niż te generowane na scenie przez agresywne zespoły. Już na początku dopisało nam szczęście: mieliśmy zarezerwowane miejsca w hotelu oddalonym o kilkanaście kilometrów od fortu, gdzie odbywał się festiwal. Takie rozwiązanie narzucało konieczność dojeżdżania samochodem na imprezę, czyli zmniejszenie luzu i oczywistą krzywdę kierowcy, skazanego (tu-skazanej) na abstynencję. Tymczasem Tomek wymyślił, żeby uderzyć do akademika w Jaromerze na tak zwaną pałę, następnie zgrywał Niemca przed cokolwiek zbaraniałym portierem, w skutek czego dostaliśmy nocleg oficjalnie nie istniejący, a przez to dwakroć przyjemny. Błyskawicznie owładnęła nami senna atmosfera czeskiego miasteczka, weekendowo owładnięta przez tysiące ludzi w czerni. Na takie imprezy nie przyjeżdżam dla zespołów i ani mi w głowie wyliczać tutaj, kto jak zagrał, jakość poszczególnych ujawnień scenicznych niech oceniają inny. Z niesłychaną przyjemnością wstawałem o której tylko chciałem, wędrowałem na teren festiwalu, tam pod scenę, albo i na piwko, potem obiad, senna sjesta i znów festiwal, aż do nocy. Obserwowałem uszczęśliwionych metali, w różnym wieku, o różnej historii własnej, z różnych krajów przybyłych. Łączył ich całkowity brak agresji, szczególnie widoczny w kontraście z brutalnym przekazem występujących zespołów. Nie ulega wątpliwości, że agresja na scenie owocuje przyjemnym wyciszeniem, gdy tylko umilkną dźwięki. Spoglądając na tych spokojnych choć hałaśliwych, szczęśliwych choć groźnie przystrojonych osobników pomyślałem o innym tłumie, wyjętym jakby z zupełnie odrębnej opowieści. Jest to opowieść angielska. W mediach namnożyło się opinii na temat zamieszek w Londynie. Każdy Na-Miłość-Boską-Inteligent usiłuje dociec dlaczego młodzi ludzie chwycili pałki i pochodnie, po czym ruszyli na spontanicznie skrzyknięte plądrowanie. Każdy, dociekający przyczyn rozpoznał je, nim rozpoczął proces myślenia. Chrzescijanie wskazują jako przyczynę destrukcję rodziny, ewentualnie osłabienie wpływów rodzicielskich, z kolei lewica niejako rozgrzesza motłoch widząc w młodych wściekłych frustratów niezdolnych spłacić świętopietrza nowej religii konsumpcji. Mam wrażenie, że błądzą wszyscy. Niegdyś wspominałem tutaj o filmie „Until the light takes us”, dokumencie poświęconym wydarzeniom w Norwegii na początku lat dziewięćdziesiątych. Młodzi metale podpalali wówczas kościoły i mordowali się nawzajem. Jeden z nich, akurat najspokojniejszy, zapytany o przyczynę tych wydarzeń wskazał „piekło wygodnego życia” (nie jestem pewien, czy tłumaczenie, przywoływane z pamięci, jest dokładne). Przyznajmy, jest to najprzyjemniejszy rodzaj piekła i właśnie ono, ten żar piekielny przeniósł się na Londyn. O co chodzi? Wydaje mi się, że nami, ludźmi targają bardzo głęboko osadzone, negatywne emocje, których nie sposób jasno określić. Tę wielką ciemność nazywano na różnorakie sposoby: Heidegger mówił o trosce, w wypadku Sartre’a zewnętrzną manifestacją tego mroku były mdłości, Kirkegaard wspomina o drżeniu. Te różne słowa nie tylko przydają znaczeń, ale i pokazują wielkowymiarowość wściekłej czerni przelewającej się w człowieku, niesłychanie powoli, jak krew gnijąca w żyłach. Jeśli przyjmiemy istnienie tej siły za prawdę, ludzkie działania ujawnią się w nowym świetle, rzekłbym – zostaną wreszcie prawidłowo oświetlone. To nie jest tak, że złoszczę się na niedobrego szefa, moja złość nie wynika z tego, że szef jest niedobry, lecz, po prostu muszę kogoś obdarzyć swoją złością. Nie wściekam się na to, że jestem chory, obecność choroby pozwala mi jakoś ukierunkować wściekłość uprzednią. I tak dalej, i tak dalej. Bieda i niedostatki towarzyszące człowiekowi przez całą jego historię doskonale kanalizowały drżenia, złości, troski. Mieliśmy dla nich jasne przyczyny: ucisk, ubóstwo, krótkie życia pełne skaz i jęków, następnie śmierć w boleściach. Postęp cywilizacyjny zmienił to wszystko, nie ulega wątpliwości, że nasze życie jest nieskończenie lepsze niż życia dziadów i pradziadów, lecz drżenie, złość i troska, ta ciemność wielka i wściekła już nie znajdują dla siebie jasnego celu. Ci młodzi ludzie mieli wszystko. Albo prawie wszystko. Mogli sobie kupić te telewizory i iphony, nie istniał żaden praktyczny powód do szabrowania. Być może się mylę, być może spoglądam na ludzi tak jak na siebie, lecz, załóżmy przynajmniej na chwilę, że mam rację i spróbujmy wyobrazić sobie takiego młodego Londyńczyka jeszcze przed zamieszkami. Pozostaje on uwolniony niemal od wszystkich trosk, potrzeby materiale w ten czy w inny sposób są zaspokojone, w świecie aglomeracji niemal każda przyjemność jest swobodnie dostępna. Powinien być szczęśliwy, a nie jest, drżenie, złość i troska szarpie nim jak każdym, w tym jednak wypadku nie znajduje ujścia. Taki człowiek znajduje się w jeszcze gorszej sytuacji, tkwi w paradoksie: ma dobre życie, a jednak go szarpie, u tych wrażliwszych pojawia się nawet poczucie winy. Nie umieją się cieszyć dobrym, wygodnym życiem, więc postrzegają siebie jako niewdzięczników względem dobra i wygody, które tak ich obryzgały. Mówiąc krótko, nie rozumieją tego co się z nimi dzieje, są jak spokojne bomby czekające na uzbrojenie. Potem wystarczy impuls i już: tłumy podpalają domy i łupią co tylko mogą. Rzućmy okiem na wypowiedzi uczestników zamieszek. Przecież oni nie mają pojęcia dlaczego zrobili to co zrobili, tak jak my nie mamy pojęcia, jak zapobiec podobnym wypadkom w przyszłości. Powoduje je siła ciemna i potężna, z którą zmagamy się przez całe życie. Na tym także polega człowieczeństwo. Jeśli mam rację – a obawiam się, że mam – wzrost jakości życia spowoduje także powiększenie się rewersu. Tego czegoś, co naprawdę nie ma imienia, czego nie sposób jasno wytłumaczyć, gdyż nie ma w sobie, to coś, jakiejkolwiek jasności. Oznacza to, że takie wypadki jak w Londynie (albo Norwegii prawie dwadzieścia lat temu) na stałe wpiszą się w krajobraz życia społecznego. Chyba, że znajdzie się kozioł ofiarny, któremu współczuję już teraz. Zobaczymy. Tak chciałem napisać. Ale nie, wolałbym nie zobaczyć.

metal na dziś (43): Powerglove

Zastanawiam się, kiedy Bartek z nieistniejącego już Blackastrial zostanie właściwym autorem metalowego kącika tutaj, rozważam też czy pisanie „Bartek z nieistniejącego już Blackastrial” jest właściwym sposobem na wyrażenie wdzięczności za podsyłane mi dźwięki. Metal jest muzyką sentymentu, słuchanie łomotu przypomina nieporadne próby zawrócenia czasu. Sięgam po Liturgy albo Deathspell Omega w poszukiwaniu emocji, które towarzyszyły mi prawie dwie dekady temu podczas przesłuchania pierwszych płyt Burzum, słucham Powerwolf żeby przypomnieć sobie szczenięce lata pod piracką banderą Running Wild. I tak dalej i tak dalej. Ale panowie z Powerglove sa szczególni w tym względzie, to znaczy wykazują dążenia do pełni sentymentalności. Dysponuję tylko nagraniami na sieci więc moja wiedza może nie być kompletna. Powerglove to, zdaje się, nazwa kontrolera w starej konsoli Nintendo. Jak się nazywają, tak też grają. Zespół wykonuje metaliczne wersje kawałków ze starych gier, filmów i seriali ze wskazaniem na bajki. Przerobili między innymi „Inspektora Gadżeta”, Pokemony, “Power Rangers”, X-menów, Tetrisa, przydając kompozycjom srogą oprawę retro. Tu akurat Batman według Efmana, ozdobiony jakże udanym wideoklipem. Rzadko zdarza się propozycja muzyczna równie zabawna, co trafna: mamy do czynienia z całościowym oddaniem popu schyłku lat osiemdziesiątych. Tak było na automatach, w nutkach, w kinie. Dopuszczam możliwość, że muzyka metalowa w którymś momencie stanie się wyłącznie oprawą dla światów ginących, toż wyszła od nich, opiewając stare horrory oraz smoki. Ale co tam. Jutro wyruszamy do Czech na Brutal Assault. Cóż rzec więcej? 666. Stay heavy!

Tydzień z głowy (149)

Podczytuję dzienniki Gombrowicza. Ostatni raz miałem je w rękach jakieś piętnaście lat temu, byłem w szkole średniej, ewentualnie na początku studiów. Nie mogę powiedzieć, że nic nie wyniosłem z tych zapisków (zwłaszcza, że dwa tomy przede mną), ale wrażenie czytelnicze jest zasadniczo odmienne od tego, które zachowałem w pamięci, można powiedzieć, że to dwie różne książki, choć właściwiej będzie orzec tę prostą prawdę: dwaj różni ludzie ją czytali. Jeśli znajduję coś wspólnego w ówczesnym i dzisiejszym czytaniu, to całościowość i przypadkowość, książka wpada we mnie niczym samolot strącony z nieba, czyni rozbryzg, wyje stal i człowiek, zaraz wszystko milknie, a potem, na czerwonawej, może trochę nasłonecznionej wodzie bujają się szczątki, niekoniecznie akurat te o przesadnym znaczeniu. Skrzydło i silnik poszły na dno, samotny fotel buja się na falach, pasażer przepadł w ciemności wodnego grobu i tylko but pozostał na powierzchni. Jako czytelnik odrobinę dorosłem i trenuję się w pokorze. Gombro, mimochodem wspomina o książkach, które się wdzięczą. Łagodnie mówiąc, nie lubi wdzięczących się książek i jestem pewien, że literatura współczesna, wszelkie nowości ukazujące się w księgarniach nie przypadłyby mu do gustu, choćby wybierał z najróżniejszych półek. Wystarczy zerknąć na nasze gwiazdy literackie nominowane do nagród najróżniejszych: powieści Pilcha, Karpowicza, Rylskiego, Głowackiego, Redlińskiego właściwie wszystkich różnią się jedynie nachalnością wysyłania uwodzicielskich spojrzeń spod farbowanych grzywek, spomiędzy rzęs otłuszczonych na błysk, opromienione czerwonawym światłem narożnej latarni, pod którą zachodzą czasem czytelnicy, odczuwający potrzebę spuszczenia ciśnienia z swych nabrzmiałych intelektualnych narządów. Mogę napisać te słowa, gdyż moje książki również się wdzięczą, może nawet rozkładają nogi i wsuwają dwa palce, rozchylając co trzeba, by dało się łatwo, na próbę posmakować obiecanych sekretów słowa. Nie jestem jedyny, stoję przecież w dzikim tłumnie wyglądającym pochwał i portfeli, z żalem muszę stwierdzić, że powieści kolegów, przyjaciół po piórze również się wdzięczą. Właściwie nie umiem wymienić współczesnego pisarza, który by kuse spódniczki sobie odpuścił. Oczywiście, różne są to wdzięczenia, odmienność zasadza się jednak na wystawianiu ku światłu tych a nie innych części ciała, choć, zapewne, jakbyśmy mogli, stanęlibyśmy pod tą latarnią golusieńcy jak nas sam diabeł ulepił. nie mi w Nicka w inne serca i zamysły z tych serc płynące, mam jednak wrażenie, że wdzięczenie się literackie jest rdzeniem, jednym z rdzeni, a nie akcydensem. Nie potrafiłbym pomyśleć sobie nie-wdzięczącej się książki, napisanie takowej leży zupełnie poza moim zasięgiem, a sięgając po stare powieści, dzienniki poszukuję wdzięczenia i dziwię się, że go nie otrzymuję, zresztą, żeby oddać sprawiedliwość, w swoich „Dziennikach” sam Gombro wdzięczy się nieustannie i to tak, że mogę dostrzec spróchniałe zęby przez rozwartego kochliwie zada. Z czego to wynika, to nasze wdzięczenie współczesne? Naturalna skłonność artysty do obnażania się, do plucia na własną nagość, niekiedy do pchania własnej brzydoty pod światło jarzeniowe (powodowana oczywiście pychą: „patrzcie, jaki jestem mały i wstrętny, a i tak lepszy od was, wy oczytane france, bo wy nawet o własnej małości i brzydocie nie wiecie, chłe chłe) znajduje wzmocnienie w absolutnej dominacji popkultury. Książki, ze swoimi kunsztownymi, pierwszymi zdaniami, mającymi za zadanie złapać czytelnika, z nagromadzeniem „mocnych” motywów, z cycem i fiutem, z intensywną obecnością wyszukanej polszczyzny, ewentualnie z przetworzeniem kolokwializmów w jakąś nieszczęsną syntezę usprawiedliwiają swoje trwanie wobec blockbusterów, teledysków, gier, gdzie każda sekunda przynosi nam nowe prawdy objawione i pulsuje całościowością. „Mamy prawo trwać dalej”, mówią nasze książki, „jesteśmy potrzebne, powtarzają, ale szanujemy was ogromnie, nasi kolorowi przyjaciele, mówimy co innego, czemu innemu służymy niż wy, nasi młodsi bracia, ale kłaniamy się wam i znosimy dary z siebie niczym starszyzna podbitego plemienia, klękająca przed żelaznym tronem młodych barbarzyńców, niesiemy te dary, a wy pozwólcie nam zostać w naszych domach i orać pola, jak oraliśmy wcześniej, choćby i żoną, jak konia weźmiecie. Proszę, oto i koń.”.  Nie ma, niestety innej drogi i sam, jako entuzjasta popkultury muszę z przykrością przyznać, w tym jedynym punkcie, rację jej przeciwnikom, choć sam nie wiem, czy oddałbym zusamen moje gry, horrory, ostatni singiel Britney Spears za powrót do innego rozumienia lektury., kiedy piszę, że nie wiem, znaczy to, że nie wiem. Ale mam świadomość, że od wdzięczenia się nie znajdziemy ucieczki, można co najwyżej się zmagać i pisać książki post-wdzieńczeniowe, tak jak burdelmama jest post… no właśnie. Dlaczego nie ma ucieczki? Znajdujemy się na terytorium kultury, zawłaszczonym przez inne siły. Wasal w złotym domu, na tronie, otoczony przez klakierów i chętne lalunie dalej będzie wasalem, co najwyżej pierwszym wśród podbitego ludu.

Next Page »