Dochodzę do wniosku, że moją prawdziwą pasją jest podróżowanie. Wszystkie inne moje pasje, jak kino, gry i książki, pozostają w zależności służebnej względem innej wielkiej pasji, jaką jest praca twórcza. Ta z kolei pozostaje źródłem mojego utrzymania, więc trudno uznać ją za pasję samą w sobie – zresztą cóż można znaleźć smutniejszego od takiego artysty pasjonata, który, poza szczerą radością klecenia akapitów, nie znajduje innego potwierdzenia swojej wartości? Być może kiedyś będę pisarzem piszącym bez pasji, może zdarzyć się i tak, póki co znajduję się dość daleko od tego stanu i dopadają mnie, co najwyżej, okresy znużenia, niemocy, ciszy twórczej. Muszą dopadać, nie ma innego wyjścia. Ale podróże są czymś nieco innym i jeśli nawet ich bilans znajduje jakieś tam przełożenie na moje pisanie, to nie potrafię prześledzić tego mechanizmu. Właściwie, ten mechanizm dla mnie nie istnieje. Być może powinienem wycofać się ze słowa „podróż”. Istnieje możliwość, że nadużywam go, uwiedziony pięknem znaczeń i samego brzmienia. Nie żegluję wśród rosyjskiej kry, nie zapuszczam się w dżunglę ani nie zdobywam szczytów, gdyż wspinanie jest mi głęboko wstrętne. Spędziłem dwa tygodnie, jeżdżąc po Czarnogórze. Pływałem w morzu i piłem wino, widziałem miasto zamrożone w czasie, kanion i góry, baran zmienił mi się w pstrąga. Nic wielkiego. Ale chciałbym zatrzymać swoje słowo. Niech będzie to małe podróżowanie, kruche i do tego z garbem, niemniej, ciągle podróżowanie. Wyliczyłem sobie nawet, że jeśli teraz znajduję się mniej więcej w połowie swojego życia to mam przed sobą jakieś trzydzieści sześć podróży w trzydzieści sześć różnych miejsc, co oznacza, że jeśli nie zachoruję albo nie umrę, zdołam zobaczyć prawie cały świat. Dopiero początek drogi, rety. Może mi przejdzie? Nie sądzę. To wielka zasługa A gdyby nie ona, zapewne siedziałbym na dupsku do teraz. Jeśli coś jest ciekawsze od podróżowania, to stan bezpośrednio popodróżny, trwający w najlepszym razie do dwóch tygodni. Jeszcze mnie trzyma, przecież niedawno wróciłem. Przywykłem, że moje wspomnienia układają się, w pierwszym rzucie, względem intensywności, następnie podług chronologii. Wiem, co bolało, co cieszyło najbardziej, co było przedtem, a co potem, jeśli nawet przestanę wiedzieć, mam moje książki, aby mi przypominały. Świeże wspomnienia wyjazdu są, początkowo, nie tyle niepoukładanie, co zlane ze sobą. Niepoukładanie oznacza brak porządku, a one występują wszystkie naraz, w grupach, jak sobie tylko chcą. Zaskakujące, bo drobiazg zrównuje się z czymś ogromnym, nawet ten ogrom przerasta – tak jak zielony czerep górski, po którego zboczu pomykał nasz samochodzik, jest tylko tłem dla kociego, pstrokatego łba wczepionego w mój palec. Oczywiście pamiętam więcej kotów, mógłbym wymienić ich imiona, gdyby było to potrzebne, zalegały wokoło nas, wieczór w wieczór nad basenem, kotłowały się wokół miski, a gdy nabrały zaufania, nie chciały nas odstąpić. Widzę bardzo dobrze te wszystkie mordki, mimo że na biurku, przy którym piszę, leży już inny kot. Na dnie czarnogórskiego morza wciąż połyskują klucze od naszego mieszkania, choć o świcie tak dzielnie zdołałem je wyłowić. W jakiś sposób ciągle tam są, tak samo jak mój kark pamięta dwa dni cierpień w skutek nazbyt intensywnego wydalania pokarmów otworem paszczowym. Chciałbym, prawdę powiedziawszy, aby wspomniane koty były też na innym planie, nie tylko wyobrażeniowym. Przecież obok ich schronienia biegnie ruchliwa ulica. I tak dalej, strzela mi w brzuchu i wątrobie: asfaltowa restauracja nad samym morzem i talerze przedzielone butelką wina, dziwny kontrast pomiędzy tanimi kolorami bud z pamiątkami a sennością mieszkańców, światła na wodzie, cykanie morskiej latarni i skały zamykające się na skrzydłach samolotu. Mógłbym wyliczać tak dalej, widzę doskonale to wszystko, ale tylko ja. Nikt więcej. Moja Ameryka jest już poukładana, Bałkany pulsują niespokojnie, co chyba pozostaje w zgodności z samą naturą nerwowego podbrzusza Europy. Nie zdziwiłbym się nawet, gdyby moja głowa zdecydowała się na zgodność z historią i odmówiła poukładania tych banalnych wspomnień. Zostaną takie, jakie są, i nie będę już wiedział, co zdarzyło się wcześniej, a co później, tak będzie przez jakiś czas, nie zawsze. Wspomnienia, jak wszystko inne, mają zwyczaj zanikania, chociaż kruszenie brzmi może właściwiej, i biedny ten, kto myśli, że rzeczy w sobie zdoła utrzymać. Nie pomogą zdjęcia ani notatki, które zrobiłem – będą jak widokówki w kiosku, jak zapiski kogoś obcego. Taka jest kolej wypadków, pamięć płata figle, pamięć jest niezależna od siebie samej i ma zaskakującą zdolność w zakresie dążenia do form najprostszych, to wszystko, co noszę w sobie, po trzydziestu sześciu latach będzie czymś zupełnie innym, być może groźnym, będzie jak jeden z tych – najpierw spalonych, potem rozebranych do ścian nośnych, następnie zarośniętych po szczątki dachu – domów, które widzieliśmy w drodze pomiędzy Chorwacją a Sarajewem.