Archiwa dla September, 2011

wrocławianin o wrocławiu

czym różni się pisarz od innych facetów? inny facet kasuje historię w przegladarce, żeby nikt nie wiedział, że oglada porno. Pisarz kasuje historię w przegladarce, żeby nikt nie wiedział, że się googla.
więc googlnąłem się i znalazłem sympatyczny wpis odnoszący się do “Świętego Wrocławia”, a konkretnie osiedla Polanka, gdzie umiejscowiłem akcję książki. poniżej cytat i link. zrobiło mi się miło.

“Gdy z daleka zobaczyłem osiedle na Polanie, poczułem się lekko rozczarowany. Odnowione i pomalowane bloki nasunęły mi jedną myśl: aby oddać mroczną atmosferę Świętego Wrocławia, zdjęcia będę mógł robić tylko w tonacji blach&white, inaczej kolory zabiją nastrój. Jakież było moje zdziwienie, gdy pierwsze zdjęcia w kolorze doskonale oddawały opisaną przez Orbitowskiego szarość. Lekkie, standardowe niedoświetlenie którego używam na co dzień plus ciemne elewacje sprawiły, że ciemna zieleń przeszła w ciemnoszary kolor. Powtarzający się, monotonny motyw okien na ścianie z wielkiej płyty jeszcze bardziej wzmocnił klimat.

Wchodząc między bloki, od razu zauważamy, jak pokazowy był remont tych budynków. Wiele z nich od środka świeci starą szarością wielkiej płyty. I choć wokół pełno zielonych skwerów, placów zabaw, to w świetle odbitym od deszczowych chmur jedynym dającym się odczuć kolorem jest szarość. Sądząc z opisów autora, taką samą pogodę miał widać krakowski pisarz, gdy wizytował to miasto. Pojawiający się gdzieniegdzie krzykliwie kolorowy emblemat WKS Śląsk poprzez kontrast jedynie podkreśla nijakość otaczającego mnie świata. ”

całość na blogu Wrocław Fantastyczny.

metal na dziś (45): Mastodon


Nie słyszałem jeszcze nowej płyty Mastodon, więc nie mogę o niej napisać. Niektórzy twierdzą, że nawet gdybym słyszał, to dalej bym nie mógł. Jestem głuchy czy niepiśmienny, warto spytać, obawiam się również, że zbiór ludzi przyznających mi umiejętność słyszenia, oraz władania słowem jest pusty. Z Mastodon zetknąłem się sześć lat temu, kiedy mieszkałem w Stanach i na tyle, na ile zdołałem się zorientować, byli wschodzącą potęgą. Jestem dość daleki od takich dźwięków, za bardzo to gandzia-sound bym zdołał go tak prosto przyswoić. Metal jest dla mnie przeżyciem emocjonalnym i poniekąd estetycznym, więc, tym razem, już w próbkach dostałem to co chcę. Zachwycam się okładką. Potwór na niej przyjemnie uwieczniony to rzeźba, pracowicie wycięta przez niejakiego A.J. Fosika. Niby nic, a jednak coś nowego, jakieś poza-metalowe wzbogacenie znaczeń. No i wideo, promujące płytę, utrzymane w atmosferze jakiej zwykło się oczekiwać od wydziaranych wyjców, a jednak doskonałe realizacyjnie i konceptualnie. Mastodon zawsze miał popieprzone klipy, tak jest i tym razem. Prosty pomysł dociągnięty do zachlapanej krwią ściany. Ściany drzew, jak można się domyślać. Zapewne spróbuję się wreszcie dowiedzieć, o co chodzi tej nietuzinkowej grupie. Powtórzę więc: płyty nie słyszałem, a już jestem pod dużym wrażeniem.

o “roku diabła” w Nowej Fantastyce

Wśród licznych łask, otrzymanych od tępej Natury wyraźnie brakuje mi słuchu. Oczekiwałbym nawet jakiejś rekompensaty za tę ułomność, najlepiej w formie pełni odmiennych talentów lub chociaż ich rekompensaty w złocie (złowróżbne to życzenie, o czym jeszcze się przekonamy). Nie potrafię powtórzyć najprostszej melodii, jedyny rytm, w który mogę się włączyć to walenie głową w ścianę, w skutek czego odpadają najróżniejsze przyjemności życia. Taniec, na ten przykład, jest mi zjawiskiem głęboko niedostępnym i nie tylko on. Przepięknego filmu „Rok diabła” nie doświadczyłem w całości, gdyż jest to fantastyczno-muzyczne mockumentary pełne przepięknych czeskich ballad, których nawet naskórkowe przyswojenie sprawa, że serce zaczyna bić jakby trwożniej, a demony na moim karku robią sobie dyskotekę.
Dziwność dziwnością dziwność pogania, a dziwny miesiąc dziwi się im wszystkim. Oto słynny bard czeski, Jarek Nohavica trafia wraz z kumplem na zamknięty odwyk od wódy. Nohavicy terapia idzie nieźle, natomiast kolega gaśnie, zamyka się w sobie i w samochodzie, by na koniec zamilknąć zupełnie. Tkwi obojętny na wszystko. Aby go ku czemuś pobudzić, wytrzeźwiały, sławniejszy kolega zwraca się do grupy trzeciorzędnych muzyków grających gdzie popadnie, robi nowy zespół i ruszają na wielkie koncertowanie. Terapia działa znakomicie, ściągają tłumy i tylko relacja między Nohavicą i resztą niebezpiecznie przypomina tę znaną o sektach twórczych, gdzie genialny guru wiedzie ofiary losu przez kolejne kręgi lukrowanego piekła. Na scenie, przed publicznością pojawiają się widma, ludzie znikają na oczach wszystkich, pojawia się również sam Joe Coleman z Killing Joke, przynosząc konkurencyjną ofertę. Całość filmuje odrobinę postrzelony reżyser, którego pozycja jest nieokreślona: przypomina człowieka, zafascynowanego głęboką wodą sunącą u jego stóp. Nieustannie waha się, czy skoczyć.

całość w numerze październikowym.
a tu piękna i groźna piosenka Nohavicy z tego filmu

kolejne jęki na “Jawnych snach” tym razem o trybie multiplayer.

(…)
Jako dziad wśród graczy nawykłem do innego rodzaju bycia wśród ludzi, granie kolektywne wrosło we mnie na swój sposób i zwiędnie, jeśli spróbuję je przesadzić (znamienne, że nie mam problemu z kontaktem sieciowym przez komunikatory). Otóż od zarania mej odrażającej młodości grywało się kolektywnie, a że internet śnił się głównie Lemowi i wojsku, istniała konieczność nieustannego spotykania się. U schyłku lat osiemdziesiątych komputer i konsola (taka czarna Atari, fantastyczna – miałem) zaliczały się do grona dóbr ekskluzywnych, którymi dysponowali nieliczni szczęściarze. Z takim miglancem należało się zaprzyjaźnić. Mój komputerowiec, noszący wdzięczną ksywę Stajnia, był życzliwym przykładem miglanca, przyjmował mnie chętnie i użyczał dżojstika. Ciupaliśmy do nocy w gierki, których nazw nie umiem spamiętać, rozganiani przez złowrogie matki. Potem sam dostałem Amigę i moja pozycja towarzyska wzrosła.

W ten sposób gry stawały się zaczynem przyjaźni. Przychodząc do kolegi „na komputer”, kierowałem się własnym interesem i niczym więcej, chciałem pograć, nieważne u kogo. Z czasem ten ktoś zyskiwał na znaczeniu, jakby wyłaniał się zza pikseli, tężał, aż wreszcie przesłaniał je zupełnie.

Komputery i konsole spowszedniały, i gdzieś w ostatnich latach minionego wieku stały się standardem. Każdy miał jakiegoś blaszaka i mógł ciupać do woli. Tymczasem kolektywność zabawy zdołała się utrzymać, nie tylko w moim przypadku. Hitem był oczywiście „Mortal Kombat”, którego druga część miała tę zaletę, że chodziła właściwie na każdej konfiguracji. Widok musiał być przedziwny: dwóch gości przed czarno-białym monitorem klepie w jedną klawiaturę i to tak, że zaraz wpadną przez podłogę do sąsiada. Przechodzenie drugiej części „Diablo” w towarzystwie Jarka Urbaniuka pamiętam do dzisiaj: siedzieliśmy do świtu w mojej zaczarowanej chacie, w maleńkim pokoju obok rozgrzanego pieca węglowego. Jeden klikał tą nieszczęsną myszką, drugi mu doradzał, potem następowała zmiana, zaś skończyło się jak zwykle – komputer zawiesił się dokładnie w chwili, gdy Diablo miał wydać ostatnie tchnienie. Wstrząs ten powiódł Urbaniuka ku arcymistrzostwu w „Europa Universalis” i pisaniu książek dietetycznych.
(…)

całość

Tydzień z głowy (157)

Na urlopie odkryłem pewną prawdę o sobie. Wspominam ten urlop, choć wcale nie dlatego, że właśnie wtedy na jakąś prawdę natrafiłem, prawdy do mnie samego się odnoszące znajduję nieustannie, i w tym odkrywaniu należy szukać przyczyn smutku bijącego z tego zakątka sieci. Mimochodem wyłonił mi się z serca brak żalu i tęsknoty. Podobało mi się w Czarnogórze, ale nie miałem nic przeciwko temu, aby wieść życie, które wiodę na co dzień. W pewien sposób cieszyłem się na powrót i moją dziwną normalność, na wyjazdy do syna i siedzenie w domu, na spotkania z przyjaciółmi i rodziną, na książki, filmy, konsolę, koty, na czekanie spokojne, aż A przywlecze się z pracy albo sfrunie z jakiegoś jebanego Pernambuco. Moja normalność artysty dla innych ludzi byłaby nienormalnością i o innych ludziach będzie teraz mowa. Inni ludzie – większość znanych mi ludzi, może nie do końca innych, bo jeśli ktoś jest mi przyjacielem, to jego inność staje się częścią mojej swojskości – uprawiają życie w rytmie dla mnie obcym, w jakiś sposób niezrozumiałym. Tydzień dzieli się na dwie wyraźne części, między ugorem pracy etatowej a błyskiem weekendu, który nieodmiennie kończy się zbyt szybko. Te tygodnie – już podzielone – składają się na rok, będący właściwie jednym wielkim wyczekiwaniem na inne błyski: przerwy świąteczne, długie weekendy i zwolnienia, czego zwieńczeniem jest nuka urlopu. Potem znów mordęga pracy, i tak w kółko. Z jednej strony nie ma co narzekać – żyjemy w Polsce lepiej niż kiedykolwiek. Ale, rozmawiając z ludźmi, sondując ich świat wewnętrzny, zdobyłem się na współczucie dla nich, że trafili w kierat i tylu rzeczy w swoim życiu nienawidzą. Natychmiast złapałem się za głowę i pomyślałem o sobie nie najładniej: „Orbitowski, ty kutasie, jakim prawem współczujesz ludziom pracującym ciężej od ciebie, ty pręcie głupi, skąd u ciebie się wzięło współczucie dla człowieka uczciwego? Co z tobą nie tak?”. Dobrze przynajmniej, że mogę tę brzydką myśl wyjawić. Mam nadzieję, że pozostanie już poza mną. Jest we mnie (chyba w wielu innych także) jakaś złość wewnętrzna na własne dobre życie, na to, że tak mi się fajnie poukładało. Pamięć, że nic nie przyszło na srebrnej tacy, że wszystko zostało czymś okupione, niewiele tutaj pomaga. Inni też walczą. Zapewne dzielniej ode mnie. Czuję wdzięczność za tę, w gruncie rzeczy, irracjonalną skazę, gdyż ta jej intensywna obecność zmniejsza prawdopodobieństwo przepoczwarzenia się w buca. Pozostaje pytanie, co mogę uczynić, skoro współczucie jest oczywistym chamstwem, skoro istnieje konieczność podejścia do bliźniego z pełnym szacunkiem. Odczuwam jakąś palącą potrzebę uzasadnienia tego, że jestem, że jakoś pojawiłem się i trwam na świecie, dużo zresztą o niej myślę i nic sensownego nie przychodzi mi do głowy. Więc zrobię to, co w miarę potrafię, czyli będę pisał. Nic w tym miłego, ani dla mnie, ani dla nikogo. Ale wspominam bohaterów moich pierwszych opowiadań, tych dwudziestoparoletnich pijaków bez żadnej nadziei. Gdzie są teraz? Cholernie chciałbym sprawdzić. Nie zamierzam wracać do żadnych starych tematów ani bohaterów (z jednym, zupełnie zapomnianym wyjątkiem), po prostu nadszedł czas na powrót do uprawiania prozy fantastyczno-obyczajowej, osadzonej we współczesności. Ani mi w głowie wchodzić w konteksty polityczne ani bredzić coś o wykluczonych. Te zabiegi zostawiam wszystkim, którzy nie cofają się przed współczuciem. Mam inne skojarzenie. Raz na jakiś czas nachodzi mnie dziwna myśl, aby odwiedzić wszystkie miejsca niegdyś mną zasiedlone. Maleńkie mieszkanko z piecem węglowym, gdzie wchodziło się wprost do kuchni, inną norkę z kuchnią przez całą długość i niesłychanie przez to ciemną, potężną kamieniczną jamę pełną belek, haków i gwintów (mogłem tam powiesić się ze wszystkimi kolegami, a starczyłoby miejsca i na reprezentację Polski razem z rezerwowymi – służę adresem, jakby co), złe miejsce, w którym przyszedł na świat mój syn, Willę Decjusza, pustelnię rozwodową, klitkę w Bostonie sprzed lat. Nie mogę tego zrobić, a szkoda. Zapukałbym grzecznie, zobaczył, kto i co jest w środku, i zapytał gospodarzy: „Jak wam się tutaj żyje? Co znaczy dla was to miejsce?”. Tylko tyle. W ten sposób wyobrażam sobie dalsze plany zawodowe, choć oczywiście wszystko, jak zawsze, może ulec zmianie.
Ten odcinek „Tygodnia z głowy” jest pierwszym, który ukazuje się z siedmiodniowym opóźnieniem. Tak już zostanie, a to dlatego, że te (i tylko te) wpisy na mojego bloga będą przechodziły redakcję i korektę. Proste. Nic wielkiego. Ale skoro cała sieć przestaje pisać po polsku, nie zamierzam przykładać ręki do tego draństwa. Moja polszczyzna jest, najprawdopodobniej, dość lichą polszczyzną, kolokwialną, być może nawet to jakieś granice polszczyzny. Ale przynajmniej jest polszczyzną. Smutne, że muszę pucować się do czegoś tak małego.

nowa antologia


a w niej sentymentalne opowiadania m.in. Jakuba Żulczyka, Anny Brzezińskiej i moje.

metal na dziś (44): Powerwolf


Jestem zbyt wiekowym metalem, bym szukał muzyki sam z siebie. Koledzy uprzejmie donoszą. W wypadku grupy Powerwolf zareagowałem niechęcią, gdyż nie mam specjalnej wiary w dzisiejsze heavy, a tu proszę, jakie miłe rozczarowanie i przy okazji kolejny dowód, że metal jest muzyką sentymentu. Chłopcy żerują na najcieplejszych wspomnieniach i mają rzadką zdolność wskrzeszania rozwiązań, które chciałby wskrzesić każdy, tylko brak mu środków przyrodzonych. Muzycznie przypominają nieco zdechły już Running Wild, lecz, miast kwadratowej przebojowości proponują lekkość Iron Maiden. Każdy numer z nowej płyty jest potencjalnym hitem na skalę średnich rozmiarów hali koncertowej. Gitarzyści znają się na rzeczy, ale największe wrażenie robi ciut barbarzyński wokalista, jakże odległy od obowiązujących dziś piskotów: nie gra w Dickinsona ani Halforda, uprawiając własne baśnie. Zacny ten zespół wyróżnia się użytecznością, kopie radośnie z okazji poranka, treningu i potrafi uprzyjemnić tak nieznośną, morderczą rzekłbym czynność, jaką jest spacer. Nie bez znaczenia pozostaje poczucie humoru, specyficzne, bo gatunkowe, rozpoznawalne jedynie dla innych metali. Człowiek z zewnątrz mógłby poniższe wideo potraktować poważnie, dołączając tych sympatycznych, wesołych wszarzy do grona biednych satanistów, jakich mamy ostatnio zatrzęsienie. Ciężar metalu łączy się z lekkością i przebojem popu, istnieje więc możliwość wielkiego sukcesu. Ostatni raz takie wrażenie odniosłem lata temu, oglądając pierwsze wideoklipy Lordi, na długo przed pamiętnym występem na Eurowizji. Powerwolf, przy korzystnym zbiegu planet mogą odnieść podobny sukces i w odróżnieniu od Lordi, nie powinni go zmarnować.

zapraszam na ‘kulturkampf’ do Krakowa

czwartek 22 września od 18.00 kawiarnia IMBIR, ul. TOMASZA 35, Kraków.
Zapalimy, pogadamy.

Tydzień z głowy (152-155)

Dochodzę do wniosku, że moją prawdziwą pasją jest podróżowanie. Wszystkie inne moje pasje, jak kino, gry i książki, pozostają w zależności służebnej względem innej wielkiej pasji, jaką jest praca twórcza. Ta z kolei pozostaje źródłem mojego utrzymania, więc trudno uznać ją za pasję samą w sobie – zresztą cóż można znaleźć smutniejszego od takiego artysty pasjonata, który, poza szczerą radością klecenia akapitów, nie znajduje innego potwierdzenia swojej wartości? Być może kiedyś będę pisarzem piszącym bez pasji, może zdarzyć się i tak, póki co znajduję się dość daleko od tego stanu i dopadają mnie, co najwyżej, okresy znużenia, niemocy, ciszy twórczej. Muszą dopadać, nie ma innego wyjścia. Ale podróże są czymś nieco innym i jeśli nawet ich bilans znajduje jakieś tam przełożenie na moje pisanie, to nie potrafię prześledzić tego mechanizmu. Właściwie, ten mechanizm dla mnie nie istnieje. Być może powinienem wycofać się ze słowa „podróż”. Istnieje możliwość, że nadużywam go, uwiedziony pięknem znaczeń i samego brzmienia. Nie żegluję wśród rosyjskiej kry, nie zapuszczam się w dżunglę ani nie zdobywam szczytów, gdyż wspinanie jest mi głęboko wstrętne. Spędziłem dwa tygodnie, jeżdżąc po Czarnogórze. Pływałem w morzu i piłem wino, widziałem miasto zamrożone w czasie, kanion i góry, baran zmienił mi się w pstrąga. Nic wielkiego. Ale chciałbym zatrzymać swoje słowo. Niech będzie to małe podróżowanie, kruche i do tego z garbem, niemniej, ciągle podróżowanie. Wyliczyłem sobie nawet, że jeśli teraz znajduję się mniej więcej w połowie swojego życia to mam przed sobą jakieś trzydzieści sześć podróży w trzydzieści sześć różnych miejsc, co oznacza, że jeśli nie zachoruję albo nie umrę, zdołam zobaczyć prawie cały świat. Dopiero początek drogi, rety. Może mi przejdzie? Nie sądzę. To wielka zasługa A gdyby nie ona, zapewne siedziałbym na dupsku do teraz. Jeśli coś jest ciekawsze od podróżowania, to stan bezpośrednio popodróżny, trwający w najlepszym razie do dwóch tygodni. Jeszcze mnie trzyma, przecież niedawno wróciłem. Przywykłem, że moje wspomnienia układają się, w pierwszym rzucie, względem intensywności, następnie podług chronologii. Wiem, co bolało, co cieszyło najbardziej, co było przedtem, a co potem, jeśli nawet przestanę wiedzieć, mam moje książki, aby mi przypominały. Świeże wspomnienia wyjazdu są, początkowo, nie tyle niepoukładanie, co zlane ze sobą. Niepoukładanie oznacza brak porządku, a one występują wszystkie naraz, w grupach, jak sobie tylko chcą. Zaskakujące, bo drobiazg zrównuje się z czymś ogromnym, nawet ten ogrom przerasta – tak jak zielony czerep górski, po którego zboczu pomykał nasz samochodzik, jest tylko tłem dla kociego, pstrokatego łba wczepionego w mój palec. Oczywiście pamiętam więcej kotów, mógłbym wymienić ich imiona, gdyby było to potrzebne, zalegały wokoło nas, wieczór w wieczór nad basenem, kotłowały się wokół miski, a gdy nabrały zaufania, nie chciały nas odstąpić. Widzę bardzo dobrze te wszystkie mordki, mimo że na biurku, przy którym piszę, leży już inny kot. Na dnie czarnogórskiego morza wciąż połyskują klucze od naszego mieszkania, choć o świcie tak dzielnie zdołałem je wyłowić. W jakiś sposób ciągle tam są, tak samo jak mój kark pamięta dwa dni cierpień w skutek nazbyt intensywnego wydalania pokarmów otworem paszczowym. Chciałbym, prawdę powiedziawszy, aby wspomniane koty były też na innym planie, nie tylko wyobrażeniowym. Przecież obok ich schronienia biegnie ruchliwa ulica. I tak dalej, strzela mi w brzuchu i wątrobie: asfaltowa restauracja nad samym morzem i talerze przedzielone butelką wina, dziwny kontrast pomiędzy tanimi kolorami bud z pamiątkami a sennością mieszkańców, światła na wodzie, cykanie morskiej latarni i skały zamykające się na skrzydłach samolotu. Mógłbym wyliczać tak dalej, widzę doskonale to wszystko, ale tylko ja. Nikt więcej. Moja Ameryka jest już poukładana, Bałkany pulsują niespokojnie, co chyba pozostaje w zgodności z samą naturą nerwowego podbrzusza Europy. Nie zdziwiłbym się nawet, gdyby moja głowa zdecydowała się na zgodność z historią i odmówiła poukładania tych banalnych wspomnień. Zostaną takie, jakie są, i nie będę już wiedział, co zdarzyło się wcześniej, a co później, tak będzie przez jakiś czas, nie zawsze. Wspomnienia, jak wszystko inne, mają zwyczaj zanikania, chociaż kruszenie brzmi może właściwiej, i biedny ten, kto myśli, że rzeczy w sobie zdoła utrzymać. Nie pomogą zdjęcia ani notatki, które zrobiłem – będą jak widokówki w kiosku, jak zapiski kogoś obcego. Taka jest kolej wypadków, pamięć płata figle, pamięć jest niezależna od siebie samej i ma zaskakującą zdolność w zakresie dążenia do form najprostszych, to wszystko, co noszę w sobie, po trzydziestu sześciu latach będzie czymś zupełnie innym, być może groźnym, będzie jak jeden z tych – najpierw spalonych, potem rozebranych do ścian nośnych, następnie zarośniętych po szczątki dachu – domów, które widzieliśmy w drodze pomiędzy Chorwacją a Sarajewem.