tydzień z głowy (162)
Rozmyślam sobie o tym, jak na pisarzy wypływa emigracja, w jaki sposób odmienia ich opuszczenie kraju. Sandrowi Marai – który po II wojnie światowej porzucił Węgry i żył, na przemian, we Włoszech i Stanach Zjednoczonych – zaczęły się kurczyć ręce. Arystokratyczne ramię z rękawem pełnym napiwków, zdolne objąć połowę budapesztańskich kawiarni, łaźni i innych miejsc, do których uczęszczał, poczęło karleć i tracić na sprawności. Przez jakiś czas pozostawało zdolne do chwytania okruchów i wspomnień: a jednak, odległość między głową a kartką papieru stawała się coraz mniejsza. Kolejne rzeczy znikały z zasięgu tego połamanego skrzydła, sklepy, książki, sąsiedzi okazywali się nazbyt daleko, tak jak najzwyklejszy w świecie przedmiot zwisający z kołka jest odległy dla kaleki z kikutem przyrośniętym do boku. W końcu ta ręka – należąca do człowieka osuwającego się w nicość – spróbowała chwycić się najbliższych, znalazła jednak pustkę po braciach, po synu. Pustkę wyjącą w fotelu żony. Ramię Sandora Maraiego skurczyło się wreszcie do samej dłoni sterczącej z pomarszczonego barku. Taka dłoń nie nadaje się do zbyt wielu czynności, a jednak słabe palce pasowały do kolby i spustu, zdołały skierować lufę w usta.
Weźmy takiego Gombro, wyruszającego na wycieczkę transatlantykiem do Ameryki Południowej. W tym czasie wybuchła wojna, zmuszając pisarza do osiedlenia się w Argentynie. Wszyscy znamy tę opowieść. Gombrowicz mógł zostać w Polsce, mógł wykupić rejs na inny, późniejszy termin, mógł wymyślić sobie inny rodzaj urlopu, ale zdecydował, jak zdecydował – w ten sposób los docenił Gombrowicza, potwierdził jego Gombrowość swawolnego Dyzia, człowieka niewkomponowanego. Spoglądał sobie na brudne ulice i nieciekawy ocean, tkwiąc wśród ludzi, którym był najzupełniej obojętny (obojętności znieść nie potrafił), a Bruno Schulz padał trupem na ulicy w Drohobyczu. Emigracja Gombro spróbowała nałożyć mu gębę, której tak się obawiał. Narcyz, kabotyn, człowiek głęboko nieszczęśliwy – a jednak gęby się bał. Na tyle, na ile umiem stwierdzić, stwardniał wówczas po swojemu, pozostając człowiekiem niepoważnym w poważny sposób. Szczególne okoliczności wyjazdu, jego przypadkowość, pozwalają wierzyć w celowość losu, w istnienie jakichś sił rozumnych kierujących losem człowieka, a przynajmniej wszystkich Gombrowiczy na świecie. Gombro podczas okupacji, Gombro pod Stalinem nie byłby jakąś inną wersją siebie (tak jak inną wersją siebie został Iwaszkiewicz), lecz przepadłby całkiem. Los Schulza byłby najlepszym z możliwych, oferując przynajmniej możliwość umierania Gombrowiczem.
Jerzy Kosiński w Nowym Jorku poszukiwał twarzy. Powiedzmy, jakaś część jego poszukiwała, gdyż sam Kosiński, trzeźwy lub pijany, mógł sobie sądzić, że twarz posiada. Jego ostatnie próby pisarskie, akt twórczej szczerości, świadczą, że brak twarzy przeczuwał, musiał to czuć i wcześniej, dyktując kłamstwa „Malowanego ptaka” usłużnym ghost writerom, żebrząc o łaskę „New York Timesa”, odziewając się w lateks i zwisając z łańcuchów, wreszcie czytając własne kawałki umierającym po szpitalach. Miał dość oleju w głowie, aby wiedzieć, że zamiast twarzy ma coś, co przypomina nieostre zdjęcie, ewentualnie białą maskę bez wyrazu, jaką wielokrotnie widywaliśmy w tanich horrorach. Ale w końcu znalazł tę twarz. Była wykonana z folii. Nałożył ją sobie na głowę.
Przywołuję te wszystkie przykłady z dwóch powodów. Nie jestem pisarzem, który ma dość odwagi, by porównywać się do wielkich umarłych (może nabranie tej odwagi okazałoby się zdrowe), ale czuję ich spojrzenie na sobie, tak jak dawny wojownik walczył, jadł i umierał pod gorącym wzrokiem potężniejszych przodków. Gombrowicz i Kosiński spoglądają na mnie srogo ze swych książek – Sandor Marai zapewne patrzy na ST, gdyż mnie akurat pozostawił w spokoju. Ale jest i drugi powód, dla którego o nich piszę. Emigracja kiedyś jest czymś zupełnie innym niż teraz: można jechać na rok, dwa, dziesięć lat, można wrócić niemal natychmiast. Nie dokonuje się żadna tragedia. Świat się skurczył i naprawdę żyjemy w globalnej wiosce. Pewien pisarz, jeden z najzdolniejszych, jacy zdarzyli się mojemu pokoleniu, wybył za granicę i z tego, co wiem, jest szczęśliwy – odkrył, że są miejsca, gdzie za dobrą robotę płacą uczciwe pieniądze, a zakup własnych czterech ścian nie oznacza kamienia u szyi przez trzy dekady. A teraz wyjeżdżam ja. Zapewne na niezbyt długo, a jednak – od stycznia przez parę lat będę mieszkał w Kopenhadze. Planowałem obwieścić, że wyjeżdżam, ponieważ nie mogę znieść już rządów Jarosława Kaczyńskiego, ale uznałem, że ten dowcip będzie się za mną ciągnął jak martwy pies za furgonetką hycla. Więc odpuszczam: moja decyzja wynika z przyczyn osobistych i dalej uważam, że Polska to kraj, w którym żyje się dobrze i pięknie. Ja tak żyłem. Ale póki mam przyjemność zaliczania się do ludzi „względnie młodych”, pora spróbować czegoś innego. Pozostaje mi złożenie obietnicy, że nie zamierzam zmieniać swojego zawodu, będę przyjeżdżał do Polski i nie zacznę prowadzić zdrowego stylu życia.




