Archiwa dla October, 2011

tydzień z głowy (162)

Rozmyślam sobie o tym, jak na pisarzy wypływa emigracja, w jaki sposób odmienia ich opuszczenie kraju. Sandrowi Marai – który po II wojnie światowej porzucił Węgry i żył, na przemian, we Włoszech i Stanach Zjednoczonych – zaczęły się kurczyć ręce. Arystokratyczne ramię z rękawem pełnym napiwków, zdolne objąć połowę budapesztańskich kawiarni, łaźni i innych miejsc, do których uczęszczał, poczęło karleć i tracić na sprawności. Przez jakiś czas pozostawało zdolne do chwytania okruchów i wspomnień: a jednak, odległość między głową a kartką papieru stawała się coraz mniejsza. Kolejne rzeczy znikały z zasięgu tego połamanego skrzydła, sklepy, książki, sąsiedzi okazywali się nazbyt daleko, tak jak najzwyklejszy w świecie przedmiot zwisający z kołka jest odległy dla kaleki z kikutem przyrośniętym do boku. W końcu ta ręka – należąca do człowieka osuwającego się w nicość – spróbowała chwycić się najbliższych, znalazła jednak pustkę po braciach, po synu. Pustkę wyjącą w fotelu żony. Ramię Sandora Maraiego skurczyło się wreszcie do samej dłoni sterczącej z pomarszczonego barku. Taka dłoń nie nadaje się do zbyt wielu czynności, a jednak słabe palce pasowały do kolby i spustu, zdołały skierować lufę w usta.
Weźmy takiego Gombro, wyruszającego na wycieczkę transatlantykiem do Ameryki Południowej. W tym czasie wybuchła wojna, zmuszając pisarza do osiedlenia się w Argentynie. Wszyscy znamy tę opowieść. Gombrowicz mógł zostać w Polsce, mógł wykupić rejs na inny, późniejszy termin, mógł wymyślić sobie inny rodzaj urlopu, ale zdecydował, jak zdecydował – w ten sposób los docenił Gombrowicza, potwierdził jego Gombrowość swawolnego Dyzia, człowieka niewkomponowanego. Spoglądał sobie na brudne ulice i nieciekawy ocean, tkwiąc wśród ludzi, którym był najzupełniej obojętny (obojętności znieść nie potrafił), a Bruno Schulz padał trupem na ulicy w Drohobyczu. Emigracja Gombro spróbowała nałożyć mu gębę, której tak się obawiał. Narcyz, kabotyn, człowiek głęboko nieszczęśliwy – a jednak gęby się bał. Na tyle, na ile umiem stwierdzić, stwardniał wówczas po swojemu, pozostając człowiekiem niepoważnym w poważny sposób. Szczególne okoliczności wyjazdu, jego przypadkowość, pozwalają wierzyć w celowość losu, w istnienie jakichś sił rozumnych kierujących losem człowieka, a przynajmniej wszystkich Gombrowiczy na świecie. Gombro podczas okupacji, Gombro pod Stalinem nie byłby jakąś inną wersją siebie (tak jak inną wersją siebie został Iwaszkiewicz), lecz przepadłby całkiem. Los Schulza byłby najlepszym z możliwych, oferując przynajmniej możliwość umierania Gombrowiczem.
Jerzy Kosiński w Nowym Jorku poszukiwał twarzy. Powiedzmy, jakaś część jego poszukiwała, gdyż sam Kosiński, trzeźwy lub pijany, mógł sobie sądzić, że twarz posiada. Jego ostatnie próby pisarskie, akt twórczej szczerości, świadczą, że brak twarzy przeczuwał, musiał to czuć i wcześniej, dyktując kłamstwa „Malowanego ptaka” usłużnym ghost writerom, żebrząc o łaskę „New York Timesa”, odziewając się w lateks i zwisając z łańcuchów, wreszcie czytając własne kawałki umierającym po szpitalach. Miał dość oleju w głowie, aby wiedzieć, że zamiast twarzy ma coś, co przypomina nieostre zdjęcie, ewentualnie białą maskę bez wyrazu, jaką wielokrotnie widywaliśmy w tanich horrorach. Ale w końcu znalazł tę twarz. Była wykonana z folii. Nałożył ją sobie na głowę.
Przywołuję te wszystkie przykłady z dwóch powodów. Nie jestem pisarzem, który ma dość odwagi, by porównywać się do wielkich umarłych (może nabranie tej odwagi okazałoby się zdrowe), ale czuję ich spojrzenie na sobie, tak jak dawny wojownik walczył, jadł i umierał pod gorącym wzrokiem potężniejszych przodków. Gombrowicz i Kosiński spoglądają na mnie srogo ze swych książek – Sandor Marai zapewne patrzy na ST, gdyż mnie akurat pozostawił w spokoju. Ale jest i drugi powód, dla którego o nich piszę. Emigracja kiedyś jest czymś zupełnie innym niż teraz: można jechać na rok, dwa, dziesięć lat, można wrócić niemal natychmiast. Nie dokonuje się żadna tragedia. Świat się skurczył i naprawdę żyjemy w globalnej wiosce. Pewien pisarz, jeden z najzdolniejszych, jacy zdarzyli się mojemu pokoleniu, wybył za granicę i z tego, co wiem, jest szczęśliwy – odkrył, że są miejsca, gdzie za dobrą robotę płacą uczciwe pieniądze, a zakup własnych czterech ścian nie oznacza kamienia u szyi przez trzy dekady. A teraz wyjeżdżam ja. Zapewne na niezbyt długo, a jednak – od stycznia przez parę lat będę mieszkał w Kopenhadze. Planowałem obwieścić, że wyjeżdżam, ponieważ nie mogę znieść już rządów Jarosława Kaczyńskiego, ale uznałem, że ten dowcip będzie się za mną ciągnął jak martwy pies za furgonetką hycla. Więc odpuszczam: moja decyzja wynika z przyczyn osobistych i dalej uważam, że Polska to kraj, w którym żyje się dobrze i pięknie. Ja tak żyłem. Ale póki mam przyjemność zaliczania się do ludzi „względnie młodych”, pora spróbować czegoś innego. Pozostaje mi złożenie obietnicy, że nie zamierzam zmieniać swojego zawodu, będę przyjeżdżał do Polski i nie zacznę prowadzić zdrowego stylu życia.

świat jest dziwny ale piękny

Koło mnie w tramwaju jechała parka. On siedział, ona stała. On – drągal w typie informatyka dorabiającego w ochronie. O kolano opierał dwie kule inwalidzkie. Ona nawet niebrzydka, z różowymi koralikami na przegubie, w okularach, sprawiała wrażenie zaocznej studentki kulturoznawstwa albo ekonomistki zafascynowanej rzeźba nowoczesną. Coś tam sobie gruchali, aż on zaczął pokazywać jej zdjęcia na smarftonie. Były to amatorskie fotografie najprawdopodobniej zrobione tymże aparatem. Widniała na nich goła dupa, której płci nie umiałem określić za sprawą dość podłego kadrowania, jak i mojej, przyczajonej postawy. Między pośladkami tkwiła para złączonych dłoni. On pokazywał kolejne fotki, ona się śmiała. Pomyślałem, że świat jest dziwny. I też się uśmiechnąłem.

o “attack the block” w nowej fantastyce

Współczesne kino zajmuje się podróżami w przeszłość. Te – jak wiemy z fizyki – teoretycznie są możliwe, lecz niesłychanie kosztowne energetycznie. Ile pompek musiałby zrobić stareńki Stallone, żeby cofnąć się do czasów pierwszego „Rambo”? wyobrażam sobie wiekowych aktorów wymachujących sztangielkami, a następnie podpiętych do jakiegoś cudownego ustrojstwa: każdy ruch pcha ich w wieki minione, tam gdzie „Gremliny”, „Brudny Harry” i czarno-białe filmy z Rudolfem Valentino.
Moda na retro napełnia mnie niepokojem, znak to widomy, że młodzi przestali interesować się filmem, zwracając się ku innym przyjemnościom, a do kina chodzą pierdziele w rodzaju niżej podpisanego. Organizm, który siebie samego zjada prędzej czy później zdechnie z głodu i ran otwartych. Film, pożywiający się własną przeszłością przypomina właśnie takiego konsumenta, pałaszującego pyszności na dnie jamy, bez żadnej nadziei. Być może tak trzeba: na tle wielkiej niemocy współczesnej kinematografii filmy w rodzaju „Drużyny A”, „Niezniszczalnych” czy „Maczety” zachowały przynajmniej odrobinę energii sprzed dwóch dekad.
Jestem człowiekiem sentymentu, innymi słowy potrafię wmówić sobie, że cieszy mnie cokolwiek, chociażby przeszłość własna. W latach osiemdziesiątych docierał do nas zaledwie ułamek popkultury, byliśmy więc jako dzicy, którzy znaleźli butelkę po coli. Byle bzdura zyskiwała rangę artefaktu. Takie „Gremliny” oglądałem aż do zdarcia kasety wideo, uważałem, że „Critters” to najlepszy film pod słońcem, niesłychanie trafnie opisujący stosunki międzyludzkie. Młodzieży pozwolę sobie przypomnieć, że rzecz traktuje o zębatych kulach z kosmosu. O jakże tęskniłem za wami, wy potworne krągłości! Szczęściem, powróciły, większe i ładniejsze, pod szyldem „Attack the block”.

(…)

Całość w jubileuszowym numerze 350tym.

Tydzień z głowy (161)

Wielka ckliwość. Marek Aureliusz sądził, że dzień, w którym nie spełnił choćby jednego dobrego uczynku, był dniem zmarnowanym. Zgadzam się z nim, ale dzisiaj przegiąłem pałę. Wychodziliśmy z A wedle dwunastej w południe, ja na siłownię, ona zawieźć znajomych do Centrum Nauki Kopernik. Posłyszałem rozdzierające piski dobiegające spod schodów prowadzących do bloku. Trzy jednodniowe kotki wołały o szansę na dni kolejne spomiędzy stygnących ciał rodzeństwa. Nie jestem specjalnie sentymentalnym człowiekiem, zwierzęta mam w dupie, ale w tym dźwięku bezbronnego stworzenia było coś rozdzierającego, coś, co nie pozwalało o sobie zapomnieć. Cieć orzekł, że pomoc jest w drodze, przyjedzie dobry człowiek i kocięta uśpi. Zastanawialiśmy się, co zrobić, a w tym czasie liczba kotków zredukowała się do dwóch. Tylko dwa piski, podobne trochę do dźwięku, jakie wydaje gumowa laleczka. No i jak to się skończyło? Mam przed sobą pudełko po butach, w nim ręczniki, butelka z gorącą wodą no i te kruszynki o roboczych imionach Kubeł oraz Śmietnik. Kupiłem strzykawkę i kroplomierz, A wystarała się o specjalne mleko i jedziemy z koksem. Postaramy się odratować te zwierzęta, potem poszukamy dla nich domu – zostać u nas nie mogą. Chyba że zdołam znaleźć dla nich matkę zastępczą. Ale póki co są, nie wiem, na jak długo. Może nie przetrwają nocy, może jeszcze dziś, za chwilę, ktoś je przejmie, może zostaną z nami na parę tygodni, tego nie wiem, ale wiem, że boję się zaglądać do tego pudełka. Wolałbym, aby stało gdzie indziej, nie na moim biurku, gdzie piszę te słowa, tylko że inaczej się nie da. Tu jest jedyna lampka w domu, koty potrzebują ciepła, jeden, ten bardziej aktywny, nieustannie próbuje się wydostać, choć przecież jest ślepy i ledwo chodzi. Boję się, że następnym razem, kiedy zaglądnę do pudełka, zobaczę dwie chłodne, bure ściereczki, na które czeka już tylko zsyp. Ale właśnie przestałem się bać. Pisałem i pilnowałem jednego noworodka, a on nieustannie próbował wydostać się z pudełka, aż tu zdarzył się mail, telefon i pozostaje mi tylko zanieść zwierzaki do tramwaju. Kotka karmiąca znaleziona i mogę odetchnąć spokojnie. Zastanawiające jest teraz to uczucie żalu, przecież lepiej ta historia nie mogła się skończyć, a jednak jest mi smutno. W jakiś sposób cieszyłem się perspektywą opieki nad nimi. Teraz wylecą mi z rąk. Te zmiany nastroju następują płynnie i z żalem uznaję je za swoją cechę dziecinną, w najlepszym razie młodzieżową. Dorośli, jak mi się wydaje, nie dokonują takich przejść w ramach samych siebie. Ale pocieszam się tym, że mój smutek jest najmniejszym z możliwych smutków. Wykarmiłbym jakoś te kocięta, wkurwiając się przy tym niemiłosiernie: wstawanie po nocy tylko po to, żeby wtłoczyć mleko w ślepy pysk, przetrzeć dupsko i klepnąć po brzuszku, należy do irytujących czynności. A potem musiałbym je oddać tak czy siak, Prezes i Kreska nie znieśliby towarzystwa, Kreska już boi się tych małych stworzonek, a Prezes zapewne chciałby je zjeść. Smutek oddawania takich uratowanych, w pełni sprawnych kotów byłby nieporównywalnie większy (tym razem drugi kotek próbuje opuścić pudełko, brudna, nieproporcjonalna głowa szuka drogi przez ciemność, spadł miękko na dłoń z dziwnie obojętnym piskiem), co i tak blaknie przy największym z możliwych smutków: smutkiem zimnego, ciemnego pudełka, dwóch burych ciał złożonych między ręczniki tak, jakby nigdy nie żyły, jakby nigdy nie istniało jakiekolwiek uzasadnienie dla ich życia. Byłoby to życie zbędne, w najlepszym razie niekonieczne i pozbawione jakiegokolwiek wspomnienia. To, co żyje jeden dzień, nie zostawi po sobie żadnej pamięci i nawet ja, prędzej czy później, zapomniałbym siebie nad pudełkiem i potem, idącego korytarzem, koło windy, w stronę zsypu. Stalowa żuchwa pochłonęłaby dwa ciała i pamięć o nich. Taka kolej rzeczy, przecież to tylko zwierzęta. Nie mam złudzeń odnośnie tego, że kot to tylko piękne kłębowisko neuronów, istota, która przystosowała się do otoczenia w ten sposób, że myślimy, iż jest czymś więcej niż tylko zwierzęciem. Jego życie nie jest wiele warte, ludzkie, jak pokazuje historia, jest warte niewiele więcej. Moje także. Więc sobie po prostu posiedzę i popatrzę na te dwa stworzenia, narodzone w noc październikową, których nie chciała własna matka, które szukały ciepła wśród trupów braci i sióstr, którym znalazłem nowy dom.

wywiadzik

Piter Murphy: Witaj Łukaszu. Na rozmowę umawiałem się dawno temu, ale co się odwlecze…Jesteś młodym człowiekiem, z wykształcenia filozof, a z zamiłowania kulturysta. Wydajesz się być barwną postacią w świecie artystycznym. Zacznijmy od tego, o czym piszesz. A piszesz wiele….

Łukasz Orbitowski: Czasem mi morda sinieje. O taka barwność ci chodzi? Innymi słowy, jeśli ja jestem barwny to znaczy, że ze światkiem artystycznym nie jest najlepiej. Powiedzmy – domagałbym się nasycenia tych środowisk innymi barwami niż czarny i czerwony. A może kłopot w tym, ze artyści zbyt wiele energii poświęcają na domaganie się tego i owego? Ja wolę więc ten czas poświęcić na pracę. Ogrom roboty to oczywiście publicystyka, oferująca, z jednej strony zdobycie wiedzy i utrzymanie jako takiej intelektualnej świeżości, z drugiej – to po prostu praca zarobkowa. Tekstów publicystycznych wypuszczam całkiem sporo, ale z prozą jest już gorzej. Zwróć uwagę, ze w tym roku nie ukazała się żadna książka. Niebawem będą dwie dwie. Każda – jak wszystkie poprzednie – o miłości.

PM: Twoje ulubione klimaty to fantastyka i horror. Dlaczego właśnie „orbitujesz” wokoło nich?

ŁO: Właściwie to nie wiem, tak się złożyło. Może powinieneś o to zapytać ludzi, którzy twierdzą, że piszę horrory? Na początku silnie inspirowałem się Kingiem, Herbertem, ale było to dawno temu. Niczego się nie wypieram, mówię jak jest, a jest tak, że dana tematyka, sam pomysł na tekst literacki ujawnia się niejako poza autorem. Po prostu wpada do głowy. I najczęściej jest to pomysł związany z fantastyką. Niekiedy, już podczas opracowywania tematu okazuje się, że fantastyczność, także ta ‘straszna’ jest najlepszym sposobem na oddanie tego, co chcę powiedzieć. Przydaje jednostkowym wydarzeniom klamrę ogólności, kosmicznego porządku.

ciąg dalszy na blogu “pisany inaczej”

zapraszam do częstochowy i katowic.

I tak. Miasto Świętej Wieży odwiedzam na zaproszenie organizatorów festiwalu Czytanie gdzie Popadnie. Ja padnę 20 X 2011 o g. 18.00, w Kawiarni Montmartre, Aleja Najświętszej Maryi Panny 31.
pełna rozpiska programu pod tym adresem.
w Katowicach będę gościem targów Książki. Informacja o imprezie znajduje się na oficjalnej stronie.
punkty programu z moim udziałem:

sobota, 22 października, g.13.00 – zapraszam na kawę. Zaprasza też Rafał Kosik;
sobota, 22 października, g.14.00, – spotkanie autorskie, Scena
sobota, 22 października, g. 16.30. – Prawdziwi ludzie w niemożliwych światach – rys psychologiczny bohatera powieści fantastycznej, z udziałem Anny Brzezińskiej, Andrzeja Ziemiańskiego i moim, Scena.
niedziela, 23 października, g. 13.00 -C zym literatura dla dzieci różni się od literatury dla dorosłych, z udziałem Rafała Kosika, Romualda Pawlaka i moim.

Impreza odbywa się w katowickim Spodku. Jeśli dobrze rozumiem termin “scena”, to będę paplał z tego samego miejsca, na którym, podczas koncertu stali Iron Maiden, Satyricon, Kreator, Malevolent Creation i wiele innych, zacnych bandów, które widziałem. Ja oczywiście byłem wówczas pod sceną. Teraz jestem pełen obaw, że czytelników w Polsce jest mniej niż metali.

nowa książka Kazimierza Kyrcza jr i łukasza radeckiego


z moim skromnym udziałem w jednym opowiadaniu. także polecam.

Tydzień z głowy (160)

Łukaszowi Z.

Wielokrotnie wspominałem tutaj o leniwych przedpołudniach w Oławie. Nadeszła pora, aby coś więcej o nich opowiedzieć. Są ludzie, którzy uważają, że takie rzeczy – drobne, nienarracyjne, przemijające – należy przemilczeć, być może w tym milczeniu kryje się forma szacunku zarezerwowana dla drobiazgów. Nie jestem takim człowiekiem i uważam inaczej. Moja chorobliwa aktywność przerwa się nawet w czynnościach służących odpoczywaniu, w nich też szukam elementów działania. Stąd siłownia i konsole. Oglądanie filmów czy czytanie książek jest dla mnie czynnością nienaturalną, choć sprawia mi ogromną przyjemność. Nie wszystko, co naturalne, musi cieszyć. Niemniej, nie potrafię się lenić, nie znam bezcelowego leżenia, spaceru gdzie bądź, spoglądania na góry czy ścianę i nawet skakanie po kanałach telewizyjnych nudzi mnie najdalej po kwadransie. Inaczej w Oławie, w domu Doktora Błogostanka. Wczoraj go odwiedziłem, leniwe przedpołudnie właśnie się skończyło. Cóż dokonuje się podczas takiego leniwego przedpołudnia? Budzę się, jak zawsze, bardzo wcześnie. Zazwyczaj po prostu leżę w pokoju gościnnym, nasłuchując szmerów składających się niepostrzeżenie w narodziny nowego dnia. Czerń nasącza się szarością, szarość bielą, intensywne cienie przez ściany i sufit rozstępują się jak chmury przed Panem Bogiem, obok śpi A i nie może tego widzieć, ale ja ją widzę, piękną i spokojną. To okazja do zastanowienia się nad tym, co przygotowało dla nas życie, jakie ma zamierzenia nieobliczalny, ślepy los. Nie potrafię myśleć długo o takich rzeczach, więc przechodzę do drugiego pokoju, gdzie na wielkiej kupie leżą drukowane skarby pana Doktora. Mógłbym wybrać którąś z książek, ale najczęściej sięgam po pisemka metalowe sprzed piętnastu lat, kiedy to z Doktorem robiliśmy zina. Przypominam sobie, jak wówczas było. Leżę w łóżku i czytam, czasem zdołam przysnąć, ale najczęściej udaje mi się dotrwać, aż pobudzą się inni. Dzień w magiczny sposób zwalnia tempo i tracę całą swoją nerwowość, ulatuje ze mnie pośpiech, ręce przestają wołać o tonę węgla do przerzucenia. Po prostu leżę, jak leżałem, odzywam się, kiedy mam ochotę, ewentualnie gdy ktoś się do mnie odezwie. Gromadzimy się wszyscy – goście i domownicy – na łóżku, gra już telewizor, niektórzy mają na kolanach laptopy, inni książki, ktoś tam nic. Jak się komu podoba. Pokazujemy sobie gry – w ten sposób odkryłem Limbo i Canabalta – podrzucamy sobie książki i rozmawiamy chwilę o tym, co warto, a czego nie warto przeczytać, czasem włączymy jakiś film o wartościach porannych: komedię, lekką sensację, fantastykę, horror taki, żeby nie wymagał skupienia, żeby można było od niego odejść i powrócić. Pyrka ekspres do kawy, choć kawa właściwie jest niepotrzebna: po co komu kawa w takie leniwe popołudnie? To nie lepiej piwko? Piwka dzisiaj nie było. Doktor Błogostanek wniesie śniadanie, na przykład tosty z oliwą, wędliny, parówki, jemy spokojnie, co ciekawe, najczęściej w milczeniu, i zaraz wracamy na łóżko, nie robiąc zgoła nic, nawet nie myśląc – moje poważne myślenie ze świtu wydaje się zupełnie nieistotne z przedpołudniowej perspektywy. Tak to sobie trwa. Jakbym zniknął na parę godzin i ocknął się, niczym człowiek oddany przez statek kosmiczny, w butach i kurtce, z torbą, przed samochodem. Mam głębokie przekonanie, że coś ważnego dzieje się w te leniwe oławskie przedpołudnia i ich właściwy sens będzie mi jeszcze objawiony. Tylko jednego nie rozumiem. Czemu akurat Oława? Czemu Doktor Błogostanek? Mam też innych przyjaciół, u nich nocuję, ale nigdzie nie zdarzają się takie właśnie leniwe przedpołudnia. Moi przyjaciele też są trochę Błogostankami, mają kobiety, komputery, telewizory, a jednak nie przeżywam z nimi niczego podobnego. Przeżywam coś innego, oczywiście. Być może każdy człowiek służy do czegoś innego, w odmienny sposób dostraja się do mnie, a ja wychodzę mu naprzeciw z innym rodzajem dostrojenia. W wypadku Doktora Błogostanka dostroiliśmy się właśnie w ten sposób. Ale, ale, właśnie sobie uświadomiłem, że gdy Doktor przyjeżdża do mnie albo gdy widzimy się wszyscy u Urbaniuków, to nici z leniwego przedpołudnia. Zdarzają się inne, miłe rzeczy, ale nie leniwe przedpołudnia. Czyli to jednak magia miejsca, chodzi o Oławę? To też jest prawdopodobne. Niektórzy powiedzieliby, że jednak nie, bo Oława nie jest szczególnie wyróżniającą się miejscowością, ot, miasteczko na Dolnym Śląsku, rozsławione przez zwariowanego uzdrowiciela, który dawno już zdążył umrzeć (samego siebie nie uzdrowił, zbawić też się, chyba, nie umiał), innymi słowy z Oławy żadnej Pragi, żadnego Kazimierza nad Wisłą nie będzie. Kto jednak sądzi, że niepozorne miejscowości nie posiadają własnej magii, jest zwyczajnym głupcem. Niepozorne miejscowości mają własną, niepozorną magię, ta jest jak dziewczyna, przeciętna z wyglądu, a jednak pokaże nam cuda, jeśli tylko dopuścimy ją do siebie. Na to potrzeba czasu. Magia Kazimierza nad Wisłą, magia Pragi aż bije po oczach, pragnie być uwiedzioną. Zaufałem Oławie, odwiedzam to miejsce od piętnastu lat i spotkałem się z piękną wdzięcznością. Mało które miejsce tak mi się odwdzięczyło. Oczywiście, Oława potrzebuje jeszcze Doktora Błogostanka, żeby nastało leniwe popołudnie. Miasto wymaga człowieka, a człowiek miasta. Pora wyzwolić się z ckliwości i mędrkowania. Doktor Błogostanek wyrwał mi zęba. Czekam, aż mnie zarypie.

metal na dziś (45): Kreskówkowo

Jakiś czas temu zachwycałem się tutaj animowanym wideoklipem grupy Nightfall, a teraz Bartek Cieślak (z nieistniejącego Blackastrial) zaczął mi uświadamiać, że jest tego fura, metale stali się kreskówkowi. Tu akurat oldschoolowy Ghoul i dynamiczny Kvelertak – zwłaszcza ten drugi band jest godny polecenia. Przynajmniej moje, lubiące komercję ucho reagują nań z życzliwością. Wybór animowanej formy dla klipu został zapewne podyktowany względami ekonomicznymi, ale i tak można wyciągać wnioski. Nie każdy film animowany jest zabawny, lekki, gatunkowy. Tu akurat tak się dzieje, mamy do czynienia z niemal dziecinnym odczytaniem funkcji animacji. Oba obrazy skupiają się na tematach szczególnie bliskich sercu każdego metala, są trupy, piwo, magia, wikingowie, smoki, groby, zombie oraz prucie flaków. Jeszcze niedawno wszyscy próbowali kręcić takie rzeczy bez stosownej, humorystycznej ramy, teraz takie intencje nikną. Znaczy to, że konwencja skostniała i może funkcjonować wyłącznie jako własna parodia, co jest ostatnim stadium jej zaniku. Być może się mylę i nastąpi jakieś gore-odrodzenie, już na nowych zasadach, tak jak black metal cieszy się coraz większym zainteresowaniem hipsterów i z wolna zwraca się ku tej pozametalowej publiczności. W gruncie rzeczy jestem ucieszony, choć nie wiem czy powinienem wróżyć przemiany z teledysków niszowych zespołów, ale co tam, Mettallica też zrobiła coś podobnego. Czasem myślę, że słucham tej muzyki, gdyż metal wydobywa ze mnie tylko te emocje, które potrafię znieść.


The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

saska (5): budka z alkoholem

Zarzuciłem swój cykl saskokępski z przyczyn, które niedługo zostaną tutaj wyjawione, ale ST namówił mnie wczoraj, żebym jeszcze trochę popisał. No to popiszę, czemu nie? W pobliżu mojego domu stoi sobie budka z alkoholem, podobna z zewnątrz innym budkom rozsianym szczęśliwie po całej Polsce. Ma rozmiary dużego kiosku oraz kraty, asortyment uległ zawężeniu do kilkudziesięciu produktów pierwszej potrzeby (podstawowe gatunki wódek, piw, krucha półeczka z winem, woda, fajki). Bywam. Takie miejsce gromadzi przedstawicieli lokalnej społeczności, zainteresowanych piwem i rozmową pod chmurką. Ludzie to uprzejmi: nawet jak dwóch chłopów leje się po pyskach, pozostali tworzą krąg, na znak, że wszelka agresja nie ma prawa wydostać się na zewnątrz, że nie rozleje się po dzielnicy. Za to, początkowo, niesłychanie raziła mnie burkliwa nieuprzejmość sprzedawców. Podawali mi piwo, jakbym obraził ich samą swoja obecnością. Liczyłem, ze poznawszy i uznawszy mnie za swego otworzą swoje surowe serca, ale nie. pozostali nieuprzejmi aż do dzisiaj i to we mnie dokonała się zmiana, zacząłem bowiem szanować tę nieuprzejmość, stała mi się daleko bardziej bliższa niż najsympatyczniejsza nawet kelnereczka w ulubionej knajpie i teraz, kiedy tam idę oczekuję spojrzenia spode łba i burknięcia na moje „dwa Heinekeny”. Tak mam zawsze w wypadku zetknięcia się z czyimś mocnym wyborem życiowym. A niedawno, wracając do domu zobaczyłem panią sprzedawczynię przed budką a nie w niej. Śmiała się do znajomych, ukłoniłem, odpowiedziała uśmiechem, jasnym i serdecznym. Być może nie ona sama, lecz sklep sam w sobie, niczym nawiedzony dom, generował określone zachowania? Nieważne. Stało się coś, co nie powinno nastąpić. Umknąłem strwożony, jakby nagle otworzyło się niebo.

Next Page »