tydzień z głowy (159)
Próbuję wynaleźć odpowiednio miłe okoliczności dla pisania mojego dzienniczka. Nie uważam, aby pisanie wymagało wsparcia z zewnątrz, i dziwię się autorom, którzy celebrują zewnętrzny pancerz swojego pisarstwa. Te wysokie gabinety, apartamenty w hotelach, zaszczute dzieci chodzące na palcach, żona przerażona. Jeśli coś mi przeszkadza, to gwar osób bliskich, niewiele zdań wymyślę, gdy obok gaworzą przyjaciele, ale już knajpiany szum jest mi zupełnie obojętny, jakby ptaszek ćwierkał. W tym – i tylko w tym sensie – pozostaję uczniem Stephena Kinga, który klepał „Carrie” w schowku na bieliznę, trzymając na kolanach maszynę do pisania. Moim ulubionym miejscem do pracy literackiej są pociągi i śmiałem się kiedyś, że mógłbym kupować sobie bilet na trasie Warszawa-Kraków (Rzeszów, Kielce, czy coś), następnie wysiadałbym na miejscu, wsuwał obiad i wracał następnym kursem, kończąc robotę w okolicznościach maszynowych. Pisałem w knajpach i parkach, na przystankach tramwajowych, czasem, owładnięty myślą, zwalałem się na pierwszy lepszy stopień, żeby zanotować zdanie, gotowe w każdej chwili ulecieć z mojej głowy na zawsze. Dokąd by pofrunęło? Gdyby udało się do kogoś, z kim czuję jakiś rodzaj literackiego pokrewieństwa, literackiej sprzeczności, albo do kogoś, kogo po prostu lubię, wcale bym się nie złościł. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że zadomowiłoby się pod palcami jakiegoś, powiedzmy to ładnie, poroborka owładniętego pasją pisarską, wtedy wcale nie byłbym zadowolony. Mógłbym złościć się głównie na siebie – że nie zapisałem. Tworzyłem w tramwaju, w autobusie podmiejskim, w tanich i drogich hotelach, w Nowym Orleanie i Kalifornii, w upiornym mieszkaniu, z dzieckiem na kolanach i zupełnie bez dziecka, jak tylko bez dziecka można być, na komputerach dużych, małych, pożyczonych, z częściowo zdemolowaną klawiaturą oraz ręcznie. Niedawno odwiedziłem mojego syna, hotelik, gdzie zazwyczaj się zatrzymuję, był zajęty i trafiłem na prywatną kwaterę: pisałem więc, mając przed sobą wielkie fotografie poważnych przodków o charakterystycznych, lśniących ustach, za sobą Panienkę Jasnogórską, obok zeschłą na kamień gumę do żucia przyklejoną do sklejonego taśmą pilota. Wydaje mi się, że dużo tutaj zależy od charakteru, a od woli jeszcze więcej: wiem, co chcę zrobić, pisanie jest wystarczająco wielkim wysiłkiem, bym uznał, że coś śmierdzi mi pod nosem. Trochę inny stosunek mam do „Tygodnia z głowy”, gdyż rzecz pisana za darmo – jedyna w moim wypadku – wymaga nieco innego podejścia, zwłaszcza że pisanie „Krótkich żyć kpiarzy i szyderców” jakoś idzie do przodu i łeb rozpada mi się na strugi. Wymyśliłem sobie, że skoro A wybywa, a mi padło gniazdko w gabinecie i nie mam sieci, to podrepczę pod blok do kawiarni i sobie spokojnie popiszę. Najlepsze odcinki tego dzienniczka powstały w podobnych okolicznościach, dwa piwa służą mojej wylewności. Doskonale wiedziałem, o czym chcę napisać. Jak postanowiłem, tak zacząłem czynić: laptop do plecaka, fajki kupię na dole, klucze są, no i portfel, gdzie jest portfel, przetrzepuję mieszkanie, zaglądam do samochodu, noż kurwa, nie ma. Wyjścia są dwa, albo zgubiłem go w Tesco, albo mi go w tym Tesco ukradli – macie Państwo, w jaki sposób tworzą się w jednostce nastroje antyglobalizacyjne. Omiotłem chałupę raz jeszcze, wykonałem sekwencję rozpaczliwych, nieudanych telefonów, a potem zacząłem myśleć. Co teraz? W portfelu były dwie rzeczy, których brak może mi przeszkodzić: fałszywa dwudziestodolarówka z LasVegas, niesłychanie bliska mojemu sercu, oraz karta Multisport, z którą chodzę na siłownię. Dowód osobisty nie jest mi potrzebny, wyrobię nowy przy okazji. Karta do biblioteki, zdobyta w prędkim odruchu przeobrażenia się w człowieka poważnego, dawno już straciła ważność. Miałem wspaniały pendrive w kształcie wizytówki, służył mi jak mało co – ale znalazłem go w skrzynce na listy, żyłem bez niego, może teraz nie umrę? Zużyte bilety, paragony: gmerajcie, złodzieje w mojej przeszłości. Wizytówki – dobrze, że przepadły. Ale co z moją siłownią, co z dwudziestodolarówką? Nie ma wyjścia. Spróbuję jutro zdobyć numer multisporta, uśmiechnę się do pani lub pana, pilnujących, by nikt nie trenował za darmo, i jakoś to przejdzie. Najwyżej zapłacę 20 pln. Na odzyskanie dwudziestodolarówki nie miałem pomysłu, aż do tej chwili, zapewne dlatego, że najprostsze pomysły zjawiają się z pewnym opóźnieniem lub wcale: będę musiał do Vegas wrócić i podnieść sobie z ziemi nową, może ładniejszą. Mają tam takich miliony, z jednej strony zielony prezydent, z drugiej goła baba. Czemu nie miałbym polecieć? Przynajmniej znalazłem powód, aby tam wrócić. Przypomina mi się Tom Hanks z „Terminala”. Portfel dostałem od Urbaniuków. Niedługo mam urodziny, kupią mi nowy. Pozostał jeszcze jeden problem do rozkruszenia, czyli wieczorne pisanie, ku któremu szykowałem się, gdy odkryłem moją stratę. Zostałem bez grosza, A wybyła, no a co ze mną, co z „Tygodniem z głowy”? Mógłbym pisać w domu. Ale musiałem i tak wysłać maila, tymczasem Internet zmarł. Przypomniałem sobie o glinianym naczynku, gdzie zbieramy – właściwie A zbiera – wszelki bilon, jaki rozrzucam po mieszkaniu. Wysypałem zawartość, czyli monety z najróżniejszych krajów. Najwyższym nominałem polskim była dwudziestogroszówka, szczęśliwie występująca w liczbie mnogiej. Starczyło na dwa piwa. Poszedłem, dopijam, a w tym czasie napisałem to, co napisałem, coś zupełnie innego miałem zaplanowane. W drewnianym pudełeczku, stylizowanym na kuferek, w którym znalazłem rachunek, umieściłem dwie garście bilonu. Boję się, co powie kelnerka, i zaraz sobie pójdę, żeby nie usłyszeć jej słów. Pozostaje jedno pytanie: dlaczego w glinianym naczynku, gdzie A chomikuje pieniądze znalezione u nas na podłodze, nie znalazłem wyższych nominałów? Czyżby wewnętrzne uporządkowanie zabraniało mi bezmyślnego rozrzucania wszystkiego, co jest cenniejsze od dwudziestogroszówki? Otóż nie. Cenniejsze nominały dawno stamtąd wygrzebałem.



