soundtrack do “wszystko o moich matkach”
dla przypomnienia. Opowiadanie ukazało się w grudniowym numerze “Nowej Fantastyki”.
czytać głośno
dla przypomnienia. Opowiadanie ukazało się w grudniowym numerze “Nowej Fantastyki”.
czytać głośno

Odchodzą bohaterowie mojej młodości. Teraz przyszła pora na Kena Russella. W pierwszym odruchu pomyślałem, to, co zawsze się człowiekowi myśli w takich sytuacjach. Szkoda chłopa. A teraz sądzę, że, w gruncie rzeczy, nie szkoda tylko półszkoda, mam na myśli jakiś mały rodzaj żalu, podbity ciepłem. Powtarzam sobie jego filmy i wątpię, aby człowiek, który nakręcił „Diabły”, „Gotyk” i „Odmienne stany świadomości” dobrze się czuł ze sobą i na tym świecie. Nie miał wątpliwości odnośnie natury życia i człowieka. Najprawdopodobniej był barwnym zbokiem – gość kręcący długie sekwencje pełne nagich zakonnic musi mieć kosmate myśli, albo i uczynki. Zapisał się w historii kina. Istnieje możliwość, że to, co nakręcił zostanie zapomniane, ale już odegrało swoją rolę. Współtworzyło wyobraźnię wielu ludzi. Niewielu osiąga tak wiele. Poza tym spłonął mu dom, miał cztery żony. Już nie pracował. Zmarł w wieku osiemdziesięciu czterech lat, otoczony przez najbliższych, spokojnie, powiadają, że z uśmiechem, w każdym razie, pogodzony z tym światem i własnym losem. Takie życie i taka śmierć domaga się wręcz zazdrości.
Mam wrażenie, że wyjazdem do Danii nieco zanudzam siebie i innych. Ale co robić? Myślę głównie o tym. Na biurku, w tej chwili, śpią koty, Kreska zajęła całego laptopa, Prezes skulił się obok i zepchnął klawiaturę na brzeg biurka. Piszę niejako w powietrzu. Kotom to jest dobrze, myślę sobie. Nie mają bladego zielonego, że zaraz zostaną zachipowane i będą prawdziwie europejskimi futrzakami. Kreska obywatelką świata! Ale teraz jest zwykłą, tłustą, domową Kreską, która nie zastanawia się, jak to będzie, bo i co ma być? Ja za to się zastanawiam. Mamy już mieszkanie, pochodziłem sobie wirtualnie po nowej okolicy, widziałem okna swojego nowego domu na ekranie komputera, co jest dość dziwnym doświadczeniem – jakby ten świat jeszcze nie istniał, był raczej szkicem świata, czymś, co pozostaje w potencji i urzeczywistni się dopiero w ostatnich dniach grudnia, kiedy pojedziemy. Przypominają mi się emocje towarzyszące mojej czasowej emigracji do Ameryki, sprzed wielu lat. Bałem się wówczas, ale byłem innym człowiekiem i nie przypuszczałem, że moim udziałem stanie się tak dziwne, groźne i piękne życie. Co się nie zmieniło? Wówczas także odczuwałem, że świat kształtuje się na moje życzenie, że, niczym bohater Matrixa czy czegoś podobnego, powędruję na inny kawałek globu, a tam, na minutę przed moim przyjazdem, domy, ulice, ludzie wyłonią się z nicości. I tak, będę płynął promem, w samochodzie zatrzasnę koty na głupim Jasiu, a tam, w Kopenhadze, z niczego lub czegoś wyłoni się blok z cegły, pizzeria, kawiarenka po drugiej stronie ulicy, sklep z warzywami, supermarket nieco dalej. Najpierw niedokończone, jak zamazane zdjęcie, niedługo się ukonkretni i oblecze w kurz. Myślę sobie o takich rzeczach, zupełnie bez sensu. A o czym myśli Kreska?
Albo: Kotka Kreska jest naprawdę skończoną kretynką, na jaką wygląda. Albo: jest tak mądra, że mój mózg broni się przed tą mądrością i Kreska idiotką jedynie mi się jawi. Z ludźmi jest tak samo.
Niesłychaną uciechę sprawia mi figurka wojowniczego żółwia ninja, przywleczona przez A z jakiejś balangi. Wojowniczych żółwi ninja było bodaj czterech, nie wiem nawet który to i w innych okolicznościach nie zwróciłbym uwagi na tę zabaweczkę. Stanęła u nas w kuchni. Nie wiem dlaczego, z jakich przyczyn konkretnie – a jednak ninja zaczął krążyć po wszelkich zakamarkach kuchennego pomieszczenia. Przestawiam go kilka razy w tygodniu, dbając, by lokacje się nie powtarzały. Zielony łajdak ląduje na półkach z talerzami, w kieszeni fartucha, na lodówce, w lodówce, wsadziłem go do mikrofalówki i położyłem na ekspresie do kawy, zawiesiłem na ubijaczce do jajek i na zegarze. Planowałem nawet wyczarować mocny kawałek sznurka, związać w pasie rzeczonego ninję i zawiesić za oknem. Pomysł zarzuciłem, żeby go nie stracić. Nie mam zielonego jak żółw pojęcia, dlaczego robię takie rzeczy, czemu zamiast zajęć sensownych ku bezsensownym się skłaniam. Przynajmniej dowiedziałem się, ile zakamarków ma tak głupie pomieszczenie jak kuchnia. Ninja wędruje ponad rok i jeszcze ani razu nie trafił w to samo miejsce. Nadaktywna wyobraźnia podsyła zaraz fabularyzowany ciąg dalszy. Jest sobie małżeństwo, mąż też ma takiego ninję i stawia go, tak jak ja stawiam, to tu, to tam. Mąż umiera. Ale ninja wędruje dalej. Być może widmo faceta dyskretnie daje znać o sobie, o swoim pośmiertnym istnieniu. A może ona, wdowa, nieświadomie przestawia figurkę? Nie potrafi pogodzić się ze śmiercią, ciemna część w niej rozrzuca wokoło pozory życia, które odeszło. Kto wie, może kiedyś napiszę to opowiadanie, nie wiem tylko, na którą wersję powinienem się zdecydować. Pozornie mamy alternatywę między opowiadaniem o ludziach albo duchach, opowiadanie realistyczne albo fantastyczne. Takie ujęcie uważam za błędne. Opowiadanie w obu wersjach będzie opowieścią o duchach, mało tego, wersja realistyczna, bez ducha, będzie bardziej o duchu niż ta, w której duch się pojawia. No bo czym jest duch? Ano czymś, co trochę jest, a trochę jednak nie istnieje, w każdym razie jest dla nas bardziej istotne niż istniejące. Tylko z tego powodu warto pisać o upiorach, tylko dlatego są naprawdę przerażające.
A i cała praca literacka moja, tutaj i nie tutaj, o upiorach i nie o upiorach, jest niczym więcej, jak pisaniem automatycznym, na podobieństwo medium podczas seansu. Czasem tak to sobie wyobrażam. Siedzę sztywno, półmrok zjada mi głowę, ktoś podsuwa mi kolejne kartki, na które nanoszę nerwowe litery. Nie jest to takie znowu straszne. Pukają do mnie różne duchy, niektóre są smutne, a inne wprost przeciwnie.
do pobrania pod tym adresem.
koniecznie z dźwiękiem
1. Pignus
Boję się wejść.
Nie wiem dlaczego: w Pokoju Matek znajdę tylko trupy. Smród ciał mógłbym rozgniatać w palcach. Będzie tylko gorzej, w gruncie rzeczy nie mam pojęcia co powinienem zrobić i wściekam się na ojcowską beztroskę. Tańczył wokół nich niczym lachon na mokrych kolanach, nie pomyślał tylko, że kiedyś zgaszą światło, muzyka umilknie i trzeba będzie sprzątać. Matki umrą. Dzięki, tatusiu. Cholernie, kurwa, ci dziękuję.
Przypominam teraz frajera na progu nawiedzonego domu.
Tylko wiecie, duchów nie ma.
Ani diabłów. Nawet, szanowni państwo, wampiry nie istnieją, piekło to hotel do wynajęcia, wszystkie sukuby wywędrowały do Internetu, sens życia mógłbym wypisać na ramce fajek, fajkę też zapalam i myślę o dziewięciu cholernych trupach. Osuwam się przy ścianie, wlepiam wzrok we framugę, cisza zwiastuje kolejne zmartwienie.
HuhuMama ucichła, wbrew własnemu imieniu, wyobrażam sobie jej ciało gdzieś na Świdnickiej, może w Parku Pokoju, ktoś znajdzie to zamilkłe truchło i nieszczęście gotowe. Przyjdą. Jak się wytłumaczę? Co tu do tłumaczenia?
Tak mi się poukładało, ot co. Gadaj ze ślepym o kolorach.
Papieros raczej nie rozjaśni smutków, pozwala skupić myśli, płuca rozdrażnia mi spokój.
Niech będzie, myślę sobie, jakoś to dźwignę. W Pokoju Matek byłem raz i to dawno, ostatnie dni patrzyłem przez szparę i przeklinałem tatuśka, podrywam się smagnięty otwartym nerwem, szarpię za klamkę, tak nagle – jak facet, który przyciska dziewczynę do siebie po raz pierwszy, umordowany nieznośnym patrzeniem w oczy i ćwierkoleniem, drzwi ustępują nazbyt ochoczo. No, mało, a bym upadł. I jestem w ciemnym pokoju.
Matki rozsypały się po sofach, fotelach i parapetach, opadły niczym osad na dnie czegoś, czego nie umiem wytłumaczyć. PituMama przy MamieBach opleciona, TylkoMama na boku, z głową przy stopach SmarkoMamy, która padła na wznak, można by cumę okręcić o nos nabrzmiały. Leżą, powiedziałem sobie, lecz to nie do końca prawda, leżenie ma coś oznaczać, nie jest leżeniem samym. Co ja plotę? HejtMama skonała jak żyła, twardsza od krzesła na którym wystygła. W zaciśniętej pięści szlug, oczy wybałuszone. Idę przez pokój. Szafa skrywa potężne ciało HerodMatki, cud, że zdołało się tam zmieścić: szeroka szpara w drzwiach odsłania muskularne ręce w modlitewnym splocie. Gdzie patrzysz, mamusiu? To sufit, cholerny trupie, nie królestwo niebieskie.
reszta w numerze grudniowym. już w kioskach.
Mój felieton ogłoszony w tym tygodniu jest ostatnim.
dziękuję wszystkim, którym te teksty się podobały i dali temu wyraz. albo i nie dali.
13. 11. 2011
Siusiałem na plantach, niedaleko placu Szczepańskiego. W najlepszym momencie dostrzegłem samochód straży miejskiej, wyłaniający się ponuro zza zakrętu. Trudno, co robić. Dopełniłem obowiązków względem pęcherza i poszedłem jakby nigdy nic, prosto ku zwiastowanemu nieszczęściu. Samochód wyhamował przy mnie, zjechała szyba. Przystanąłem.
– Dokumenty proszę.
Podałem dowód wygrzebany z portfela.
– Pan nas widział?
Strażnik miejski, cudny jak malowanie.
– Pewnie, że widziałem, ale nie bardzo mogłem przerwać.
– Gdzie pan jest, co pan tu robi?
– Co robiłem, doskonale pan wie. A siedzę sobie w Pięknym Psie, niedaleko stąd. Mają tam jednego klopa, a przed nim kolejka, że ja pierdolę. Obliczyłem, że na czekaniu zejdzie kwadrans jak nic, więc poszedłem wysiusiać się pod drzewem na plantach – powiedziałem. W tym czasie strażnik z kolegą sprawdzali dowód w bazie danych.
– No widzi pan. A wszyscy szczają już pod tamtą kamienicą. – Wskazał ponury gmach przy Placu Szczepańskim. – Nie jest pan poszukiwany. Dziękujemy panu.
Odjechali.
Julek oszalał na punkcie gry w niebo i piekło. Podsuwał mi poskładany, zamalowany w środku karteluszek i pytał, dokąd pójdę. Wskazywałem najlepiej, jak potrafię, i teraz już dopuszczam możliwość, że zostanę zbawiony. Postanowiłem coś z tym zrobić. Wprowadziłem do zabawy dobrą zmianę. Złożyłem drugą zabaweczkę, a całe jej wnętrze zakreśliłem kredką barwy czerwonej. Bawiliśmy się znowu i za każdym razem, jak łatwo przewidzieć, wychodziło piekło. Julek odkrył oszustwo i zaprzestał igraszki. A dwa dni później ojciec lub jego żona – naprawdę nie pamiętam kto – oznajmili mi, że Julek wziął moją piekielną zabawkę, poobracał w maleńkich dłoniach i rzekł:
– Tata jest jakiś dziwny.
A myśli nocą na wieży są jak chmury przesuwające się nad łąką, na której leżę z rozkrzyżowanymi ramionami. Pędzą lub suną, czasem są groźnie burzowe, czasem przyjaźnie się kłębią i rozdzierają w długie pasma bieli. Nie jestem w stanie ich przemienić, bo też nie mają ze mną nic wspólnego, poza tym że są, niezależnie od tego, czy zamknę oczy. Może więc człowiek jest zgoła czymś innym, niż uważa? Takie bezsensowne przekonanie o własnej istotności. Może myśli żyją i przepływają przeze mnie tak jak chmury przez kawałek przestrzeni? Zaraz mnie opuszczą, przepłyną do głowy jakiegoś innego człowieka, może portiera na dole, może męskiej kurwy na plantach, może do łba szczęśliwie zakochanej dziewczyny, ściubiącej czułe słówka przy knajpianym stoliku, może jeszcze dalej. Nie wiem i nigdy nie będę wiedział, bo przecież nie obchodzę moich myśli. Te mają własne sprawy myślowe. Albo inaczej, obchodzę je troszeczkę, odrobinę, ociupkę, tak jak mnie obchodzą drzwi, przez które przechodzę, czy też pokój hotelowy, w którym zatrzymałem się na jedną noc. Jak knajpa, do której wpadamy na szybką banię. Musi być znośnie. Nic więcej. Nie przeszkadza barman, ten urżnięty cham, głośna muzyka i odór z klopa. Podobny stosunek myśli mają do mnie, do innego człowieka. Mamy być znośni. Ci nieznośni wybierają sznurek. Nie wiem, czy to prawda, ale myśli są przecież potężniejsze od nas i nie poddają się naszej woli. Dochodzę wiec do wniosku, że Kartezjusz mógł się pomylić. „Myślę, więc jestem” domaga się drobnej zmiany: „są myśli, więc jestem”, ot co.
Istnieją inne możliwe błędy. Przypominam sobie chmury nade mną, w wieżyczce. Niektóre były czarne, lecz gdybym zdołał przebić się wyżej, dostrzegłbym, że są jasne w oślepiającym słońcu. Różowiutki świtem baranek widziany od środka przypomina mleko zagęszczone krwią. I tak dalej. Wydaje nam się, że myśli należą do nas, lecz może być dokładnie odwrotnie. Nie myśli nam się myślą, lecz ich kawałki, części większej całości, której nie sposób zrozumieć. W tym sensie i tylko w tym mogę powiedzieć, że wszystkie książki podyktowało mi niebo.
Byłem w Los Angeles dwukrotnie i za każdym razem mi się nie podobało.
Pierwszy raz pojechałem naprawdę, wiedziony złotym wyobrażeniem fabryki snów. Dostałem ponure bryły miasta rozsypane na górkach, do przesławnej plaży nie dopchałem się wcale ze względu na korki, czego nie żałuję – nad wybrzeżem wisiała mgła gęsta jak katarakta. Żarcie mieli okropne, dobrze, że przynajmniej drogie. Najsmutniejsze wrażenie zrobił sam Hollywood, zaludniony przez turystów oraz osobników, których tylko czysty strój odróżniał od kloszarda. Sklepy powtarzały się naprzemiennie: koszulki pamiątkowe, studia tatuażu oraz szeroki wybór fajek wodnych. Innymi słowy, mogłem co najwyżej zrobić sobie dziurę, nabyć t-shirt z Nicholsonem, a potem zjarany jak Snoop Dogg zastanawiałbym się, czy było warto.
Powrót, za sprawą gry „L.A. Noire”, okazał się nieco bardziej udany, zwłaszcza że zafundowałem sobie podróż do lat czterdziestych minionego wieku (przy okazji macie dowód, że tzw. doświadczenia życiowe traktuję z równą powagą co płody ludzkiego umysłu, niekiedy jeszcze godne miana wytworów kulturowych). Czego dotyczy ta wielogodzinna zabawa, mniej więcej wiadomo. Jako detektyw Phelps prowadziłem śledztwo za śledztwem, zdradzałem żonę, rozpracowałem ogromny spisek na styku polityki, biznesu i policji, wreszcie… no właściwie mógłbym zdradzić zakończenie. Podejrzewam, że niewielu graczy domęczyło się do niego.
Gra „L.A. Noire” najpierw mną wstrząsnęła, a potem oszukała. Oba te barbarzyństwa na mojej osobie dokonały się wbrew intencjom twórców. Na początku ogromne wrażenie zrobiła nowatorska metoda prowadzenia przesłuchania. Wpatrzony w mowę ciała, zasłuchany w ton głosu podejrzanego musiałem dociec, czy ten mówi prawdę, czy też łże. Pomysł naprawdę doskonały – piszę bez ironii. A jednak mnie zmroziło. Przesłuchiwani mieli odruchy ludzkie, po ludzku próbowali mnie orżnąć lub obłaskawić, a jednak nie byli ludźmi: to tylko cyfrowe maszyny odmalowane w przerysowanej konwencji, nawet nie aktor wcielający się w postać, lecz aktor skryty za zdigitalizowaną maską. W pierwszej chwili przeraziłem się jak dziecko, które orientuje się, że miły starszy pan w parku jest diabłem i zionie siarką. Do cyfrowych postaci można strzelać. Można się z nimi sprzymierzyć. Lecz otworzenie ich na całe spektrum ludzkich emocji skojarzyło mi się z piosenką HAL-a pod koniec filmu Kubicka. Chciałem nawet cisnąć pada w kąt (trzeba było), ale, przyznawszy się do własnego idiotyzmu, kontynuowałem zabawę.
(…)
ciąg dalszy
(…)
“Namnożenie wersji zamachu [na JF Kennedy'ego] i potencjalnych spiskowców skłania do wniosku, że każdy z nas, ze mną włącznie, mógł pociągnąć za spust. Gra “JFK Reloaded” wypuszczona w 2004 roku jest niczym innym jak symulatorem Lee Harveya Oswalda wypełniającego wiadome zadanie. Choć trudno uważać ją za udaną, wywołała burzliwą dyskusję w Stanach. Paradoksalnie przyczyniła się do umocnienia oficjalnej wersji zamachu. Grono twórców zainteresowanych zamachem zasilił właśnie sam Stephen King, ogłaszając potężną powieść “Dallas ’63″.
(…)
spory tekst w dzisiejszym numerze. razem z Gazetą Wyborczą.