nowa antologia
a w niej moje premierowe opowiadanie.

a w niej moje premierowe opowiadanie.

Niedzielne południe. Szedłem Międzynarodową, zza bloków wyłoniła się kładka przerzucona przez Aleję Stanów Zjednoczonych. Nad Aleją łopotało prześcieradło, przyczepione do zielonej barierki. Na prześcieradle, czarnym sprayem naniesiono potężne litery układające się w słowa KOCHAM MINIE. Właśnie tak. KOCHAM na górze, a MINIE na dole. Siąpił deszcz. Przystanąłem, zrobiłem zdjęcie i zacząłem myśleć. W głowie ułożyły się trzy możliwości. Pierwsza, najprostsza, zakładała, że istnieje dziewczyna zwania Minią, którą autor napisu kocha. Kto wie, może nie on jeden? Ale Minia jest dość dziwną ksywką, dziwnym imieniem. Mina, Minka – prędzej tak. Poza tym, słowo powinno kończyć się na „ę“, a nie „e“, co razem wiodło, ku drugiej ewentualności. Ktoś, rozwieszając prześcieradło nad kładką czynił inne wyznanie: kocha kogoś i wie (ma nadzieję), że ta miłość mu przejdzie. Chce przestać kochać ze znanych sobie powodów, póki co, nie bardzo radzi sobie z kochaniem, zapewne nawet wywieszenie tego napisu w nocnym deszczu miało mu pomóc w uporaniu się z tą miłością. Teraz wszyscy wiemy, że chłop da sobie radę. Podobnie, jak w pierwszym przypadku, sam zapis budzi wątpliwości. Powinien pojawić się jakiś znak interpretacyjny, słowo „ale“, rozdzielające „KOCHAM“ od „MINIE“. Autor napisu mógł mieć problemy z polszczyzną, mógł też się spieszyć. Wówczas przyszła do mnie trzecia możliwość, że napis na prześcieradle nie ma nic wspólnego z miłością, lecz zawiera zakodowane przesłanie, którego treść znają przynajmniej dwie osoby: ten, kto pisał i ten, kto ma przeczytać. Zmęczony myśleniem wdrapałem się na kładkę i zobaczyłem, że prześcieradło przytwierdzono do barierki za pomocą czarnych szmatek. Obok były uwiązane takie same szmatki, lecz już bez prześcieradła. Czyli zobaczyłem tylko ocalały kawałek napisu! Inne prześcieradła zerwał wiatr lub człowiek i nigdy nie dowiem się, co tam się znajdowało. Nic nowego – większość zjawisk wokoło, które mam za całość, okazuje się tylko częścią zakrytej, ukradzionej całości. Szkoda.
6. XI. 2011
Póki co, pobyt w Krakowie czyni mnie człowiekiem zadowolonym. Nie szczęśliwym, ale zadowolonym właśnie. Pytanie, co lepsze – szczęście czy zadowolenie – odłóżmy jednak na bok.
Moje zadowolenie bierze się stąd, że w minionym tygodniu pogodziłem wszystko, co dla mnie ważne. Śpię w wieży, pod Globusem, i budzę się około piątej rano za sprawą pieprzonych tramwajów sunących dołem z taką gracją, że ściany mi się trzęsą. Wlokę się przez wielkie, opustoszałe mieszkanie, między duchy pijanych literatów, odpalam czajnik i po chwili stoję w oknie, spoglądając, jak czerwone słońce przedziera się przez mgłę zawieszoną na dachach, wplątaną między korony drzew. Oglądam odcinek serialu, jem śniadanie, wypalam papierosa (jem śniadania wyłącznie dlatego, żeby móc zapalić) i zabieram się za pisanie, przy kolejnej kawusi. Jeśli idzie dobrze, w rejonach dziewiątej trzydzieści jestem już po pracy. Ze słuchawkami na uszach przecinam Rynek i przed dziesiątą jestem u Julka. Spędzamy razem dzień. Czasem, gdy roboty jest więcej, umykam na dwie godzinki w ciągu dnia. Wieczór należy do przyjaciół, których, szczęśliwym trafem, mam od jasnej cholery. Cieszymy się sobą gdzieś do jedenastej, kiedy to zwalam się na łóżko. Zasypiam prawie natychmiast, co rzadko mi się zdarza. Piszę o tym wszystkim właściwie dlatego, że odczuwam potrzebę pochwalenia siebie samego. Potrafię zagospodarować czas w ten sposób, by o wszystkim pamiętać, co nie znaczy, że nie tęsknię do warszawskiej ciszy, melancholii przedpołudni i wielkiej radości mojego życia. Ale cieszę się, bo daję radę, choć może ktoś powie – nic niezwykłego. Praca, syn, piweczko. Ludzie tyrają na trzech etatach, mają dwa tuziny potomstwa i jakoś żyją.
Julek powoli sonduje możliwości wpływania na otoczenie za pomocą krzyku. Oj, gardziołko to chłopak ma. Dzieci drą koparę zupełnie inaczej niż dorośli. Ja na przykład wrzeszczę, gdy jestem na coś wkurwiony, wrzask ów wyrasta z całej wściekłości i gdybym mógł wyć, zagryzając wargi, z pewnością bym to robił. Julek wydziera się jakby obok siebie. Jego gęba pozostaje uśmiechnięta, ciało rozluźnione, ręka nie wypuszcza zabawki, a dźwięk brzmi tak cudnie, że umarły by powstał, a żywy zachorzał. Jestem właściwie bezbronny wobec tego wycia, gdyż zwracając uwagę na brzdąca, uzasadniam jego hałaśliwość, czynię ją sensowną – przecież o to mu chodziło, żebym ku niemu się zwrócił. Niekiedy próbuję wytrwać w obojętności, co skutkuje przemnożeniem ryku przez siebie samego. Wydaje mi się, że to niesłychanie przydatna umiejętność i mój syn zajdzie daleko, pod warunkiem znalezienia jej zastosowania na innych polach. Z drugiej strony, przychodzi mi do głowy inne rozwiązanie. Otóż mógłbym właściwie odpowiedzieć wrzaskiem na wrzask. Rozedrzeć się w odpowiedzi na jego pohukiwanie. Obawiam się, że znalazłby uciechę w tym także, ale sama scena, widziana z zewnątrz byłaby mniej więcej taka. Ojciec i syn stoją naprzeciw siebie, wrzeszcząc, co sił, niczym członkowie rodziny kanibali, uradowani nadzieją na syty obiad.
Zastanawiam się oczywiście, kim będzie mój syn, gdy dorośnie. Jeszcze za wcześnie wnioskować o czymkolwiek, niemniej obracam w głowie różne możliwości. Życzyłbym mu uczciwego zawodu. Mógłby wyuczyć się na inżyniera, nie miałbym nic przeciw temu, aby został porządnym fachowcem po zawodówce (zniszczenie szkolnictwa zawodowego mam za jedno z największych nieszczęść naszego kraju). Mieliśmy w rodzinie dwóch artystów w sekwencji pokoleniowej i nie zaszkodziłaby jakaś dłuższa przerwa. Istnieje uzasadniona obawa, że Julek zwróci się jednak w stronę sztuki. Mój ojciec jest malarzem i jego przykład pchnął mnie troszeczkę ku własnej pracy artystycznej. Zaobserwowałem po prostu, że artycha dysponuje większą wolnością niż inni. Zostałem pisarzem. Kim mógłby zostać? Pobieżna przejażdżka przez gatunki sztuk wskazuje, że Orbitowskim nie zdarzył się muzyk, a Julek, co tu kryć, jest muzykalny. Wówczas oszaleję z niepokoju. Będę znerwicowanym dziadem. Paranoicznym staruchem. Pierdzielem z trzmielem w dupie. I tak dalej. Wyobrażam sobie to w następujący sposób: Julek zaczyna wykonywać jakiś rodzaj muzyki popularnej (ciekawe, czy za piętnaście lat będzie jeszcze jakiś metal?), zakłada zespół i odnosi mniejszy lub większy sukces. Zespół oznacza trasy koncertowe. Trasy koncertowe oznaczają wódę, panienki, paskudne żarcie, opcjonalnie dragi, chroniczny brak snu i imprezowanie do białego rana. Źródłem rodzicielskiego spokoju jest niewiedza. Większość rodziców staje na uszach, żeby nie zgłębić tajników studenckiego życia, gdzie zamiast książek są żule i cycule. Ja jestem nieszczęśliwie wolny od tej niewiedzy, doskonale wiem, co dzieje się na trasach, i straszliwie chciałbym, aby ktoś wydłubał mi te informacje z głowy. Co zrobić? Jak tego uniknąć? Z dostępnych rozwiązań najsensowniejsze wydaje się walenie własnym łbem o mur, celem wywołania amnezji, ewentualnie łażenie z małym do Kościoła. Wówczas istnieje szansa, że mały zacznie wykonywać muzykę chrześcijańską. Ale z drugiej strony – pobożny Orbitowski to coś niedorzecznego.
Szedłem sobie w piękny, jesienny dzień i jak zwykle rozmyślałem o śmierci. To trudne i bezowocne rozmyślanie – od czasu maksymy Epikura na ten temat nie wyczarowano nic mądrego – przerwałem, dzwoniąc sobie do Urbaniuka. Jego na wpół energetyczne, na wpół rozlazłe „co jest?” nieodmiennie sprzedaje mi kopa i wylatuję ku słońcu z chmurzysk, w których często przebywam. Zaczęliśmy się przekomarzać na tematy wzniosłe i w którymś momencie palnąłem coś takiego, że „człowieka dojrzewającego można poznać po stosunku do bliźnich, a konkretnie po tym, że zaczyna odróżniać swoje powinności względem innych ludzi od służenia wymaganiom, które inni wobec niego mają”. Podejrzewam, że powiedziałem to nieco mniej składnie, ale sens był chyba podobny, Urbaniuk zamilkł na jakieś dwie sekundy i daję głowę, była to najdłuższa chwila ciszy, jaka zdarzyła się mu, odkąd gadamy przez telefon. Zacząłem zastanawiać się, co ja właściwie takiego powiedziałem, i myślę nad tym do dziś. Większość pomysłów i przemyśleń przychodzi mi do głowy podczas rozmowy, nawet swoje książki planuję z kartką (nie polubiłem konspektów, po prostu notuję listy sam do siebie) i rozgrzebuję je dopiero potem. Ta intuicyjna, bliska opętaniu metoda ma tę jedną zaletę, że stoi w poprzek osi czasu. Niekiedy odkrywam prawdy jasne już dla dwunastolatków, czasem jednak mądry starzec szepnie mi w ucho parę słów. Nie potrafię tego rozróżnić, jestem więc stary i dziecinny jednocześnie.
No ale co z tą różnicą pomiędzy powinnością a służbą za złoto głupców? Najpierw wypada napisać, że w mojej opinii o ludziach świadczą wyłącznie uczynki. Myśli, uczucia i popędy, które pchają nas do ruchu, nie mają wielkiego znaczenia i, generalnie, życie wewnętrzne mam za przereklamowane. Tkwi to w oczywistej sprzeczności pomiędzy moim bebechowym pitu-pitu tutaj, ale co tam – być może szukam pocieszenia, gdyż na zewnątrz jesteśmy dużo lepsi niż wewnątrz. W swoim życiu nigdy nikogo nie zabiłem, w myślach za to wielokrotnie. Na zewnątrz istniejemy wyłącznie wobec innych. Nawet mnich umykający pod kaktus odniósł się do bliźnich właśnie swoją ucieczką. A ludzie nieustannie czegoś od nas, ode mnie chcą, niezależnie, czy mają prawo do takiego chcenia. Wytwarza się ciśnienie, a liczba atmosfer zależy od tego, jak głęboko i gdzie zdecydujemy się zanurzyć. Kiedyś reagowałem inaczej, powiedzmy – przesadnie. Kierowałem się potrzebami, ale częściej odruchem serca, i wielokrotnie zdołałem zabłądzić, byłem nieczuły lub czuły do wyrzygu, jednych strącałem zbyt łatwo za widnokrąg, tłumacząc sobie kłamliwie, że coś się zmieniło (a nic nie zmieniło się przecież), przy innych trwałem zupełnie bezsensownie, wyobrażając sobie, że wspólne chwile połączyły nas jak nerka u syjamskich bliźniąt, dawałem się wykorzystywać i nie przychodziłem z pomocą, kiedy powinienem. Nie żałuję tego, tak samo jak trudno mi żałować, że dziesięć lat temu nie robiłem pełnej serii stówką na ławeczce prostej. Brakowało doświadczenia w treningach. Ale teraz przynajmniej przeczuwam tę różnicę: rzeczy minione wiążą mnie z innymi, dane słowo jest święte i należy go dotrzymać, słowo wypowiedziane nad kieliszkiem w kieliszku zostaje, dziecko nie wychowa się samo i tak dalej. Znamy takie myśli. Jak jednak rozpoznać różnicę? Kiedy wypełniam swoją powinność, a kiedy ktoś próbuje użyć mnie do czegoś? Różnica jest w spojrzeniu.
Nasze oczy muszą znajdować się na tej samej wysokości (tak, jest to metafora, ale właśnie dlatego klękamy przy dziecku, pochylamy się nad chorym, zakochana unosi głowę ku zakochanemu, jeśli akurat brakuje jej centymetrów). Próba użycia dokonuje się, gdy druga strona uważa, że jest ważniejsza ode mnie, ale także – co trudniejsze – wówczas, gdy okazuje się mniej ważną, gdy jej świat, jej potrzeby są tak malutkie, że wręcz domagają się pochylenia. Kwilą sobie, lecz urosną, i to zębate. Tak właśnie się stanie. Prowadzi to do zrozumienia, że nie jestem mniej ważny ani ważniejszy od innych. Jesteśmy ważni dokładnie tak samo. Dotyczy to także dzieci i starców – oni po prostu wymagają większej uwagi, więcej czasu im trzeba od świata. Też byłem dzieckiem, mam nadzieję na starość. Zwiększona uwaga jest spłatą długu. Skupiam się jednak na tej myśli. Jestem, nie bardziej, lecz i nie mniej. Ja jestem. Fiu, fiu. Może to żadne odkrycie, lecz znajduję dla niego podwójne znaczenie. Chodzę teraz po pokoju, przysiadam co chwilę przed komputerem, powtarzając sobie, że jestem. Robi wrażenie. Warto sobie przypominać takie proste rzeczy, bo za chwilę proste być przestaną, wikłając się w zależności, moje bycie jest przecież ku czemuś, ku wielu rzeczom naraz. A ponieważ wiem już, że jestem, ponieważ siebie zobaczyłem, mam szansę zobaczyć ciebie, jego, ją, was. Będzie się to działo – jeśli naprawdę się stanie – bardzo powoli. W ten sposób odkrywam egzystencjalne aspekty odmiany czasowników i nie jestem w tym pierwszy.
Jak zwykle temu wszystkiemu towarzyszy obawa, że moje wynurzenia są mętne i nie mają sensu, a ostanie się z nich jedynie wizja Orbitowskiego, jak tłucze się po pustej chałupie i wrzeszczy: „Ja jestem!”. Dopowiadam usłużnie, że później i to w towarzystwie prezentowałem krok, którym planuję przemierzać duńskie plaże w ramach pisarskich spacerów. Nogi wyrzucane daleko i ciągle ugięte, korpus wprzód, ręka wywija szlugiem, usta miotają bezgłośne przekleństwa i bluźnierstwa. Wzbudziłem tym żywiołową radość, a to też coś znaczy.
Poszedłem na groby. Tradycja, jako coś, co samo przez się podlega uzasadnieniu, niezbyt mi odpowiada, ale poniosłem znicze i trochę kwiatów. Cmentarz podgórski, pod wieczór, emanuje niemal pogańskim urokiem. Wyglądałem głodnych, szarych duchów zwlekających się spod nagrobków. A dzisiaj, na Rakowicach, patrzyłem na attykę z nazwiskami zmarłych w naszej rodzinie. Rozpiętość dat dawała nadzieję na długie życie. Zrozumiałem, że znikąd przyszedłem i bardzo nie chcę w nicości zaniknąć. Przecież byłem tylko plemnikiem, który prześcignął kolegów. Nie zdołałem prześledzić korzeni własnej rodziny, nie mam ziemi ani miasta, jestem podróżnikiem i dobrze mi z tym. Mój syn zmiatał liście z grobu, a ja myślałem o wszystkich miejscach, gdzie mieszkałem, gdzie byłem: o latach w Krakowie, o półroczu w Bostonie i Salem, o wieży gdzie teraz sypiam, o czasie spędzonym w Warszawie i rychłej przeprowadzce do Kopenhagi. Bardzo cieszę się na tę zmianę. Szukam swojego miejsca w świecie. Do tej pory nie znalazłem, za to wiem, że szukanie jest wartością. Być może nawet moja podświadomość wybrała za mnie mój zawód, żebym mógł jeździć, zagnieżdżać się i wykluwać dla nowego domu. Gdybym urodził się wcześniej, zapewne popłynąłbym do Ameryki albo ruszył wyrywać diamenty z czarnej pięści Afryki, ale żyję teraz. Kopenhaga. Miasto, które dało światu gang Olsena i Kinga Diamonda nie może być złe.