Archiwa dla December, 2011

wszystkiego dobrego!

Za oknem tłuką się fajerwerki, Duńczycy wrzeszczą (brakuje tylko swojskiego „Legiaaaaaa” znanego z Saskiej Kępy), w pokoju hotelowym Prezes kręci się wokół zaaferowanej Kreski, za to umywalkę wypełnia mi Jameson i całkiem przyzwoita nalewka od przyjaciół z Polski. Kopenhaga przywitała morzem, słońcem, mewą i otwartym bufetem u chińczyka. Z kolei za parę godzin przywitamy Nowy Rok. Z tej okazji, do wszystkich odważnych mężczyzn, zadbanych kobiet, cichych brzdąców, a nade wszystko moich przyjaciół i kolegów oraz czytelników mojej prozy i publicystyki kieruję tradycyjne życzenia spełnienia marzeń. Oby zapowiadany kryzys okazał się jedynie kryzysem tradycyjnych wartości.

Tydzień z głowy (170)

„Nic się nie zmieniłeś przez dziesięć lat” – powiedziała mi Ela znad piwa. Faktycznie, znamy się długo.

Akurat wychodziłem. Miałem na sobie ramoneskę, równie starą co nasza znajomość, zdartą z kumpla, który, oddawszy ją, natychmiast zyskał status gwiazdy metalowego undergroundu. Spodnie kupiłem za dziesięć dolarów w Detroit, czy też koło Detroit, bluzę dostałem od A. przy okazji wizyty w Londynie. Dziesięć funtów, jeśli mnie pamięć nie myli. Dziesiątka staje się cyfrą znaczącą.

Wtedy miałem dwadzieścia cztery lata, teraz dobiłem trzydziestki czwórki i radośnie przedzieram się przez resztki młodości ku rejonom, do których nikt nie tęskni, no może poza tymi, co nad grobem stoją. Dziesięć lat temu byłem zjebem. Teraz jestem pisarzem, publicystą, stypendystą, diabeł jeden wie kim jeszcze. Znaczy to, że zjeb jakoś pozostał, czy też podziało się dokładnie na odwrót – zapowiedź „mnie-teraz” tkwiła we „mnie-wtedy” i tylko wyczekiwała okazji, żeby sobie pograsować?

W tym czasie napisałem kilka książek, zdążyłem się ożenić, zrobić dziecko i się rozwieść. Kupiłem mieszkanie i nie mam mieszkania. Żyłem w Bostonie, w Krakowie, przeniosłem się do Warszawy i zaraz wyruszam na północ, wpieprzać śledzie, pić piwo zero trzydzieści trzy w sześciopakach (dałoby się z tych liczb wykroić dziesiątkę czy nie?) i palić rzeczy, które się nie palą. Mam na myśli elektroniczne papierosy. Moje ciało dokonało samorzutnej wymiany. Z czasów, gdy poznawałem Elę, nie ocalała ani jedna komórka.

Teraz żałuję, że nie zapytałem jej, o co właściwie chodziło. Być może, prawie na pewno, o jakąś spójność zewnętrzną pomiędzy „mną-teraz” a „mną-wtedy”. Dalej nie zarastam, przybrałem zaledwie parę kilogramów, ten sam ubiór ciągle trzyma się bezwłosej skóry i aż chciałbym zapytać, cóż by się stało, gdybym wskoczył w obiecaną sobie od dawna luźną koszulę, czarną marynarkę, gdybym wyszukał do tego buty i gacie właściwe? Wtedy bym się zmienił? Tylko wówczas, gdyby zmiana stroju wynikała z czegoś innego niż z poddania się okolicznościom zewnętrznym. Kiedyś będę musiał skapitulować. Czterdziestolatkowi nie wypada chyba chodzić w sztruksach i ramonesce zbliżającej się do pełnoletniości. Przybierając nowy strój, maskę też bym przybrał, stałbym się człowiekiem przebranym, nie ubranym, co wcale nie musi być złe, tak samo jak kłamstwo bywa lepsze od prawdy. Inaczej byłoby w sytuacji, gdyby zmiana stroju wynikała z wewnętrznej potrzeby, zrodzonej wewnątrz mnie, niejako, samoistnie. Znalazłbym w sobie ciśnienie, zmuszające do zakupu rzeczonych spodni i marynarki, a nim bym mu uległ, przebraniem byłaby moja bluza z kapturem i ramoneska.

Ponieważ Ela jest jednak kobietą, możemy założyć, że miała na myśli życie wewnętrzne, toczące mój umięśniony organizm. Tylko tutaj poczucie zmiany występuje z wyjątkowym nasileniem. Byłem niesłychanie naiwnym, ufnym młodzieńcem – do tej pory ocalało głównie zaufanie względem przyjaźni. Poza tym nic, w co wierzyłem dziesięć lat temu, nie dostąpiło łaski ocalenia. Tim Burton, potrzeba rodziny, Terry Gillam, Stephen King, King Diamond, zabawa do bladego świtu, wóda jak szkło, padanie sobie w ramiona bez wyraźnego powodu, te radosne twarze, niekontrolowany podbój świata, szum i trzaski w przestrzeni – wszystko poumierało, wyświadczając mi ostatnią przysługę, i jestem teraz nawiedzany przez dobre duchy. Przysiadują, mówią, śpiewają, ustępując grzecznie miejsca nowym namiętnościom, które są równie istotne jak te, które padły zatłuczone, nawet nie wiem kiedy.

Och, pozostał też skrzek. Niech sobie skrzeczy do woli.

Nigdy nie zapytam Eli, co właściwie miała na myśli. Ten tekst nie jest takim pytaniem. Co się nie zmieniło? Brak sympatii do siebie przy jednoczesnym przemożnym zaufaniu do własnych działań. Mylę się, mając rację. Jest we mnie siła burząca mury pomiędzy mną i światem. Ochoczo zwracam się ku nowym możliwościom i nie potrafię zaznać spokoju niczym szaleniec albo upiór. Mogę być wesołym duszkiem Kacperkiem, właściwie czemu nie? Wierzę w tę jedną drogę, którą ja jeden mogę powędrować. No i proszę. Coś jednak zostało ocalone.

tydzień z głowy (169)

Czasem nie chce mi się pisać tego dzienniczka. Czasem więc się zmuszam. Właśnie wróciłem z Jastrzębiej Góry i jakaś część mnie walnęłaby się w spokojne wyrko, osunęła się w sen bez snów. Ale inna część mnie poddaje się obezwładniającemu wkurwieniu, krążę więc po domu, zawracam głowę niewinnym, klnę. Powodów wkurwienia zdradzać nie zamierzam.

A jeszcze niedawno było tak przyjemnie. Wylądowałem nad morzem ze zgrają zacnych łajdaków i jestem gotów, nawet w tej chwili, wybaczyć wszystkim, którzy przebierali się za elfy, krasnale i tym podobne. Ja przebrałem się jedynie za menela. Ach, weźmy choćby taką scenę. Siedzę ci ja przy stoliku w jakiejś krypcie, mitrężąc czas i zdrowie na darcie łacha z popularnego autora, który miał nieszczęście przycupnąć nieopodal. Żarty moje były niezbyt wybredne, ale, z tego co mogę stwierdzić, bezbrzeżnie wprost śmieszne. Wysoka kultura osobista wzmiankowanego wyżej autora spętała mu usta, nie pozwalając się bronić. Ręce jednak miał wolne. Dłoń, ta sama, spod której spływają bestsellerowe zdania, zawisła nad stolikiem. Palce, nawykłe jedynie do pieszczenia wewnętrznej strony ud polszczyzny zamknęły się na kopiastej popielniczce, a następnie, dyskretnie, z pewną taką nieśmiałością, wysypały jej zawartość prosto na moje nogi. Wstałem więc, otrzepałem się, ratując resztki godności, i wziąwszy oddech, wziąłem też butelkę i wylałem jej zawartość na głowę, tak, właśnie tę głowę, w której rodzą się, paczkują pomysły literackie najprzedniejszej rangi. Oszołomiony takim zachowaniem, wielki artysta, modniś i sumienie fantastyki polskiej, porwał swój browar i jął mnie chlapać co sił. Nie pozostałem mu dłużny. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności nad morzem piwa nie brakuje, a i licznie zgromadzeni chętnie oddawali nam swoje butelczyny, świadomi, jak szczytnemu zadaniu służą. Próbuję to zobaczyć, jakbym stał z boku: dwóch starszawych już młodzieżowców ochlapuje się browarem na oczach tłumu, czyniąc to bez gniewu, pośpiechu czy też podejmowania prób ucieczki. Nie śmialiśmy się, nie złościliśmy się na siebie. Nie pamiętam, czy potem padliśmy sobie w ramiona. Głęboko wierzę, że tak było.

Nie lubię siebie wkurwionego. Jak każdy człowiek, wkurwiam się w sposób kłopotliwy dla siebie i innych, to znaczy, absorbuję sobą otoczenie, a potem, jak wkurw minie, zaczynam wkurwiać się na siebie, że tak się wkurwiałem. Kiedyś było nawet gorzej: miotałem się po chatce, niszcząc klawiatury i myszki do komputera. Siebie też nie raz zniszczyłem. Teraz po prostu paplam, serce mi się tłucze, wypluwam słowa do jego rytmu: tak tak, nie nie, cokolwiek. Plotę kompletne androny, jakbym mógł się tylko ich chwycić, jakby tylko bzdura mogła mnie wyciągnąć za włosy z emocjonalnego bagna. W głowie rodzą się najróżniejsze bzdury, rozplątują się przede mną ścieżki wiodące donikąd, których w inny sposób bym nie odnalazł. Unosić się honorem, też mi coś. W tym wkurwie nie czuję się sobą, tak mógłbym rzec. Nie zachowuję się jak ja. Nie myślę tak jak ja. Tylko skąd mam wiedzieć, którym „ja” jestem? Istnieje niepokojąca możliwość, że, powtórzmy za Nietzschem, tylko w zamieszaniu człowiek odsłania swoje prawdziwe „ja”. Oznaczałoby to, że teraz, gdy piszę te słowa, nie jestem sobą, czy raczej jestem sobą w mniejszym stopniu – w mojej aktualnej strukturze stężenie Łukasza Orbitowskiego jest stosunkowo znikome. Nie jestem spokojnym człowiekiem, nie jestem kimś, kto myśli jasno. Spokój i jasne myślenie są kłamstwem, jestem oto tym, kto się ciska, kto plecie, kogo rozgrzewają słowa bez związku, wypluwane, wypruwane, obce. Może przejąłem się w tym momencie, może właściwie oszukałem siebie – myślę, że już się nie wkurwiam, a przecież ciągle się wkurwiam. Idiotyczne dość. Tylko co na to wszyscy milusińscy, głoszący z uporem godnym lepszej sprawy, że ponad wszystko na świecie należy być sobą? Coś takiego nie przyszło wam, gnoje, do głowy? Albo inaczej, w jakiej to głowie zrodziła się myśl, że człowiek będący sobą ujawni się jako miły, przyjacielski miś, że będzie fajnym, ciepłym i otwartym na innych pluszaczkiem? To jeszcze mógłbym zrozumieć. Ale jak wpadliście na to, że będzie szczęśliwy? No jak? Ecce homo, kurwa wasza. Nie lubię siebie wkurwionego. Tak napisałem. A więc, czy to przypadkiem nie znaczy, że nie lubię siebie?

metal na dziś (46): prowokacja

w związku z nową aferą nergalową uprzejmie przypominam obrazek w wersji oryginalnej z papierochem.

W istocie, pomiędzy Lemmym a Nergalem jest przepaść analogiczna do tej, pomiędzy Bogiem i Szatanem.

zapraszam w do wrocławia

Spotkanie autorskie i promocja zbioru “Miłość we Wrocławiu”

18 grudnia o godz. 17.00 w Mediatece (pl. Teatralny 5).W spotkaniu wezmą udział autorzy opowiadań: Gaja Grzegorzewska, Łukasz Orbitowski, Joanna Pachla, Edward Pasewicz, Marcin Świetlicki, Krzysztof Varga oraz Andrzej Ziemiański. Spotkanie poprowadzi Ewa Malec

tydzień z głowy (168)

5. 12. 2011
Dzisiaj pakowaliśmy książki. Proste zadanie. Dostaję bardzo wiele gratisów, część tytułów, które kupiłem ze względu na obowiązki zawodowe, przestała być potrzebna, więc chcę je oddać. Część trafi do znajomych, którzy zechcą odwiedzić mnie w ostatnich dniach w moim zaczarowanym domu, reszta pójdzie do biblioteki na Saskiej Kępie, bynajmniej niezaczarowanej. Ale należało te, tak zwane, woluminy podzielić. Te na prawo, te do koziołeczków. Tak też zrobiliśmy, przemielenie całego księgozbioru zajęło parę godzin. Dwa regały w moim, tak zwanym, gabinecie, przeznaczyliśmy do wyniesienia. Siedzę sobie teraz jak co niedzielę i piszę dzienniczek. Otoczenie się nie zmieniło. Wciąż mam półki z książkami, w półmroku (pali się tylko lampka przy biurku) niczym nie różnią się od tych półek z wczoraj, ale to są zupełnie inne półki, z innymi książkami o odmiennym przeznaczeniu. Jak zwykle nic się nie dzieje, moja radość z wyjazdu pozostaje niezmieniona. Ale chyba w ten sposób sygnalizują się zmiany. Coś jest niemal takie samo jak wcześniej, a przez to kompletnie różne. Ta zasada dotyczy również ludzi. Przypominają mi się historie miłosne z młodości, których doświadczali koledzy (zawsze byłem kiepski w historiach miłosnych). Ona ma nową szminkę. Zmieniła sposób ubierania się, oczywiście, tylko odrobinę. Pojaśniała jakby. Albo on pojaśniał. Szukają starych siebie i są w stanie sprzedać wszystko, wypruć sobie wnętrzności tylko po to, aby utrzymać miłosne fikcje między nimi. Nie utrzymają. Ona wyjdzie. Albo on. Na prawo lub do koziołeczków.

W tle odczuwam niezwykłe przejęcie mijającym czasem, choć przecież – jak w wypadku przekładanych książek – nie wydarzyło się nic niezwykłego. Po prostu zacząłem planować długi miesiąc, grudzień. Długim mi się wydawał. W tym tygodniu jadę na Nordkon i cieszę się perspektywą nieuczestniczenia w jakichkolwiek punktach programu (tę nową tradycję zamierzam utrzymać), potem do Krakowa na wręczenie nagród Grazella, gdzie zostałem jurorem. Następnie zawracam do Warszawy, by czuwać przy kotach, ledwo się wyczuwam, a tu heja, na Śląsk do Doktora Błogostanka, celem rwania, i do Julka, celem radowania. Następnie już są Święta. Na opłatek zajadę prosto z małego miasteczka, gdzie mieszka mój syn. Smutek dni świątecznych mam nadzieję rozkołysać z przyjaciółmi pieśnią i buteleczką. Ledwo się naśpiewamy, ledwo mdłości odejdą, już będę w samochodzie do Kopenhagi. Miesiąc minie, nim zdążę pomyśleć, co naprawdę w nim się wydarzyło. A co z pisaniem? Co z zadaniami, które sobie wyznaczyłem? Muszę podołać, zresztą w wywiązywaniu się jestem nie najgorszy. Upływ czasu potrafi zmęczyć, przestraszyć nawet. Zwłaszcza upływ tego czasu, który jeszcze nie upłynął.

Skoro jestem nie najgorszy w wywiązywaniu się, warto zamoczyć pióro także w tej niewyszukanej myśli. Jako pisarz i jako człowiek (trudne do rozdzielenia) borykam się z własnymi słabościami. Szczęśliwym trafem mam dość proste słabości i w ramach rzeczonego zmagania nie zamierzam się nimi tutaj dzielić. Lecz zmagam się również z własną potęgą, co jest dużo większym wyzwaniem. Istnieje wiele rodzajów potęgi, większość ludzi jakimś dysponuje, odpowiednio dopasowanym. Często – nie wiem, czy w moim przypadku – chodzi raczej o możliwość potęgi, jej potencjalność. Ale potencjalna potęga też jest potęgą, tylko innego rodzaju. Jak jest ze mną? Posiadam zdolność uwodzenia ludzi i wikłana serc w siebie samego, pewnego rodzaju powodzenie życiowe będące moim udziałem czyni mnie łódką stosunkowo trudną do zatopienia. Coś we mnie, bynajmniej nie ja sam, daje mi niezwykłą siłę, pcha do działania, do wzrostu. Jest to raczej siła muła niż lwa, gdyż muły nie znają odpoczynku. Mogą jednak zostać zagryzione. Ale dojdę tam, gdzie lew nie dotrze, choćby zżarł wszystkie inne muły. I właśnie o takie zmagania mi chodzi – zacząłem pisać to, co piszę, i już leciutko uderzam w dzwony własnej wspaniałości. Własnej siły. A tak przecież nie można. Niesłychanie łatwym, zapewne nawet popłatnym posunięciem byłoby przemienienie się w czystą siłę, maszynę do działania, wypluwającą z siebie najróżniejsze tekściki, nieznośnie, uparcie dobijającą się do kolejnych bram, aż rzeczywiście trafiłbym w góry. Ta siła stałaby się jednak nieludzka. Analogicznie, mógłbym spróbować okiełznać moją potęgę uwodzącą, aby zaczęła mi do czegoś służyć, pootwierała drzwiczki, otworzyła drogę ku górom. Wówczas zmieniłbym się w szczęśliwego trupa, na co nie mam najmniejszej ochoty. I mniej więcej na tym polega zmaganie się z własną mocą. Ona nie jest do końca moja, jest siłą, dla której trzeba znajdować właściwe ujście. Celem podkreślenia, czy może unaocznienia sensu tego, co naprawdę chcę powiedzieć, posłużmy się metaforą niską, czyli uliczną. Każdy, kto bił się w młodości, chociaż troszeczkę, wie, że natłuczenie kolesia tak, żeby nie wstał, nie jest specjalnie trudne. Można walnąć w nasadę nosa, a potem poskakać po gardle, rąsia trach o krawężniczek. Sztuką jest, by obalić skurwiela, jednocześnie unikając ciosów. A potem odejść, nie robiąc mu trwałej krzywdy.

tydzień z głowy (167)

Jak żyć, zapytacie. Na czym życie polega? Zaglądam do jaskini, gdzie, dawno temu, Platon umieścił swoje ognie i cienie. Przepadły. Zamiast nich jest sobie goluchny facet przykuty do ściany. Łańcuch daje mu, powiedzmy, trzy metry manewru. Przed sobą ma drugiego gościa, również uwiązanego w ten sposób, że naprężywszy łańcuch, mogliby zderzyć się czołami, ale już nie zdołaliby się objąć. Ów drugi facet jest potężnie umięśniony i okłada naszego nieszczęśnika po pysku ile wlezie. Nieszczęśnik może umknąć poza zasięg boksujących ramion, ale wówczas odsłania się ku innemu niebezpieczeństwu. Po drugiej stronie jaskini jest jeszcze trzeci mężczyzna, czarnoskóry olbrzym z gigantycznym przyrodzeniem, zawsze gotowym do akcji. I tak to trwa. Nieszczęśnik obrywa po gębie albo bierze w zada – i tak w kółko. Czasem któryś z dwóch dręczycieli raczy sobie przysnąć. Te rzadkie chwile zwykliśmy zwać szczęściem.

Im człowiek robi się starszy, tym bardziej zwraca uwagę na pogodę. Przypominam, pisarsko mam lat czterdzieści, metrykalnie trzydzieści cztery, a duchem ledwo przekroczyłem dwudziestkę. Niegdyś wierzyłem, że aby poznać wiek prawdziwy, należy wyciągnąć średnią z tych trzech liczb, teraz rośnie we mnie obawa, czy przypadkiem się nie sumują. Jeszcze niedawno nie istniała sytuacja baryczna zdolna odwieść mnie od rozrabiania. Jabcoki, pite z Urbaniukiem na trzaskającym mrozie, pamiętam, jakby jeszcze coś zostało na dnie flaszki, a tymczasem minęło ponad dwadzieścia lat. Wówczas, w tym cudownym dawno-niedawno odprowadzałem dziewczyny przez pół miasta lodowatą nocą, stałem pod halą targową w deszczu, nawet od piątej rano. Jestem niesłychanie zadowolony z tegorocznej jesieni, ale coś się przemieniło: spoglądam na nagie drzewa, martwą trawę zasnutą przez ospałych wczorajszych, wyobraźnia dopowiada podmuchy wiatru, temperaturę na granicy ujemności, w skutek czego nie idę po fajki, choć palić mi się chce jak jasna cholera.

Wydaje mi się, że stosunek człowieka do pogody dobrze odzwierciedla nasze zmaganie ze światem. Moje to już na pewno. Być może inni ludzie się nie zmagają. Jako dzieci, a potem bardzo młodzi ludzie jesteśmy wolni od kwestii pogodowych. Nie obchodzi nas zimno, słońce, deszcz. Potem pogoda zaczyna nam dokuczać, robi się przykra. Narzekamy, tak jak ja narzekam, na słotę, pluchę, słyszałem też o tępych tłukach nienawidzących upałów. Jednocześnie odkrywamy jakiś nowy rodzaj radości, powiedzmy, wzdychającego ucieszenia się: tak jak ja cieszę się z tego, że mieliśmy słoneczną jesień tego roku. Pogoda, zyskawszy miejsce w naszych sercach, kontynuuje szturm, efekt tych zmagań jest doskonale znany starcom. Strzyka na zmianę pogody. Upał odbiera mięśniom resztki sił. Lumbago, coś tam, gdzieś tam i to cholerne ciśnienie, za wysokie, za niskie, nigdy nie właściwe. Resztę możemy sobie dośpiewać. W podobny sposób wikłamy się w przeszłość, w innych, w drugiego, znajdujemy siebie w zależności od powinności, wreszcie opuszcza nas własne ciało i pora się wymeldować. Co ja na to poradzę?

Jak zwykle, niewiele. Ilość walk, które toczę w moim życiu, nieco mnie przerasta, dzień w dzień opędzam się od lewiatanów i wolałbym nie otwierać nowego, tym razem pogodowego frontu. Właściwie mógłbym zacząć godzić się z życiem. Mógłbym przynajmniej spróbować, jak by to pogodzenie się wyglądało. Ale nie. Nie znam nic gorszego niż poddanie się światu. Więc zamierzam mieć swoją własną wewnętrzną pogodę. Błażej Pascal pięknie pisze o sztormach i burzach przetaczających się przez niego. Jako depozytariusz wewnętrznej pogody nie interesuje się tą zewnętrzną. Może, w takim razie, wyhodowałbym w sobie przyjemny kawałek ciszy morskiej? Właściwie, czemu nie? Z trudem wyobrażam sobie, na czym miałoby polegać wytworzenie takiej wewnętrznej pogody. Jakie ciśnienia winienem w sobie wytworzyć? Jak wzbudzić w sobie wiatr, gdzie we mnie jest słońce? Muszę znaleźć odpowiedzi na te pytania. I to prędko. Zima już za pasem.

sen ze środy na czwartek

We śnie wreszcie zrobiłem sobie tatuaż. Stało się to bardzo szybko. Po prostu poszedłem do studia, artysta pokazał projekt, który mi się natychmiast spodobał, rzuciłem kasę na stół i zaraz miałem dziarę na pół siebie. Była oldschoolowa, nie w moim stylu, ale nawet mi się podobała. Czaszki, ostre geometryczne wzory do połowy ramienia i na barkach, czerwone półksiężyce jak łódki wypływały na szyję, a przez środek klatki piersiowej biegł miecz zwrócony ostrzem do pępka. Natychmiast popędziłem ku znajomym pochwalić się, jak to się upiększyłem. Lecz nawet we śnie czułem coś na kształt niepokoju. Koledzy generalnie chwalili tatuaż, wskazując co najwyżej niewielkie poprawki, normalne zresztą przy tak dużym wzorze. Przyglądnąłem się sobie w lustrze. Naprawdę nieźle, uspokoiłem się, ale coś nie grało. I rzeczywiście. Przez całe, długie przecież ostrze na piersi biegł napis: GREGORE R.R. MARTIN. GRA O TRON. SIÓDMY TOM JUŻ W SPRZEDAŻY.