„Nic się nie zmieniłeś przez dziesięć lat” – powiedziała mi Ela znad piwa. Faktycznie, znamy się długo.
Akurat wychodziłem. Miałem na sobie ramoneskę, równie starą co nasza znajomość, zdartą z kumpla, który, oddawszy ją, natychmiast zyskał status gwiazdy metalowego undergroundu. Spodnie kupiłem za dziesięć dolarów w Detroit, czy też koło Detroit, bluzę dostałem od A. przy okazji wizyty w Londynie. Dziesięć funtów, jeśli mnie pamięć nie myli. Dziesiątka staje się cyfrą znaczącą.
Wtedy miałem dwadzieścia cztery lata, teraz dobiłem trzydziestki czwórki i radośnie przedzieram się przez resztki młodości ku rejonom, do których nikt nie tęskni, no może poza tymi, co nad grobem stoją. Dziesięć lat temu byłem zjebem. Teraz jestem pisarzem, publicystą, stypendystą, diabeł jeden wie kim jeszcze. Znaczy to, że zjeb jakoś pozostał, czy też podziało się dokładnie na odwrót – zapowiedź „mnie-teraz” tkwiła we „mnie-wtedy” i tylko wyczekiwała okazji, żeby sobie pograsować?
W tym czasie napisałem kilka książek, zdążyłem się ożenić, zrobić dziecko i się rozwieść. Kupiłem mieszkanie i nie mam mieszkania. Żyłem w Bostonie, w Krakowie, przeniosłem się do Warszawy i zaraz wyruszam na północ, wpieprzać śledzie, pić piwo zero trzydzieści trzy w sześciopakach (dałoby się z tych liczb wykroić dziesiątkę czy nie?) i palić rzeczy, które się nie palą. Mam na myśli elektroniczne papierosy. Moje ciało dokonało samorzutnej wymiany. Z czasów, gdy poznawałem Elę, nie ocalała ani jedna komórka.
Teraz żałuję, że nie zapytałem jej, o co właściwie chodziło. Być może, prawie na pewno, o jakąś spójność zewnętrzną pomiędzy „mną-teraz” a „mną-wtedy”. Dalej nie zarastam, przybrałem zaledwie parę kilogramów, ten sam ubiór ciągle trzyma się bezwłosej skóry i aż chciałbym zapytać, cóż by się stało, gdybym wskoczył w obiecaną sobie od dawna luźną koszulę, czarną marynarkę, gdybym wyszukał do tego buty i gacie właściwe? Wtedy bym się zmienił? Tylko wówczas, gdyby zmiana stroju wynikała z czegoś innego niż z poddania się okolicznościom zewnętrznym. Kiedyś będę musiał skapitulować. Czterdziestolatkowi nie wypada chyba chodzić w sztruksach i ramonesce zbliżającej się do pełnoletniości. Przybierając nowy strój, maskę też bym przybrał, stałbym się człowiekiem przebranym, nie ubranym, co wcale nie musi być złe, tak samo jak kłamstwo bywa lepsze od prawdy. Inaczej byłoby w sytuacji, gdyby zmiana stroju wynikała z wewnętrznej potrzeby, zrodzonej wewnątrz mnie, niejako, samoistnie. Znalazłbym w sobie ciśnienie, zmuszające do zakupu rzeczonych spodni i marynarki, a nim bym mu uległ, przebraniem byłaby moja bluza z kapturem i ramoneska.
Ponieważ Ela jest jednak kobietą, możemy założyć, że miała na myśli życie wewnętrzne, toczące mój umięśniony organizm. Tylko tutaj poczucie zmiany występuje z wyjątkowym nasileniem. Byłem niesłychanie naiwnym, ufnym młodzieńcem – do tej pory ocalało głównie zaufanie względem przyjaźni. Poza tym nic, w co wierzyłem dziesięć lat temu, nie dostąpiło łaski ocalenia. Tim Burton, potrzeba rodziny, Terry Gillam, Stephen King, King Diamond, zabawa do bladego świtu, wóda jak szkło, padanie sobie w ramiona bez wyraźnego powodu, te radosne twarze, niekontrolowany podbój świata, szum i trzaski w przestrzeni – wszystko poumierało, wyświadczając mi ostatnią przysługę, i jestem teraz nawiedzany przez dobre duchy. Przysiadują, mówią, śpiewają, ustępując grzecznie miejsca nowym namiętnościom, które są równie istotne jak te, które padły zatłuczone, nawet nie wiem kiedy.
Och, pozostał też skrzek. Niech sobie skrzeczy do woli.
Nigdy nie zapytam Eli, co właściwie miała na myśli. Ten tekst nie jest takim pytaniem. Co się nie zmieniło? Brak sympatii do siebie przy jednoczesnym przemożnym zaufaniu do własnych działań. Mylę się, mając rację. Jest we mnie siła burząca mury pomiędzy mną i światem. Ochoczo zwracam się ku nowym możliwościom i nie potrafię zaznać spokoju niczym szaleniec albo upiór. Mogę być wesołym duszkiem Kacperkiem, właściwie czemu nie? Wierzę w tę jedną drogę, którą ja jeden mogę powędrować. No i proszę. Coś jednak zostało ocalone.