Archiwa dla Styczeń, 2012

tydzień z głowy (175)

Duńczycy są momentami zdrowo postrzeleni. Czwarta po południu, oglądam brytyjskiego „Sherlocka”, robię notatki na potrzeby tekstu do GW, a tu dzwonek do drzwi. Nigdy wcześniej nie słyszałem dzwonka tutaj, więc drepczę zdziwiony, a tam rosłe babsko ostrzyżone na krótko, w workowatych ciuchach. I mówi mi, że jest sąsiadką z piętra niżej, uśmiech nie chodzi jej z gęby (ta mogłaby należeć do pomocnika hycla czy kogoś takiego). „Pan strasznie głośno chodzi, proszę pana”, mówi mi, „słyszę takie łup, łup, łup”, naśladuje krok Godzilli spacerującej po Tokio. Zdębiały odpowiadam, że ruszam się raczej niewiele, bo to i prawda. Albo siedzę przy biurku, albo na kanapie. To cały mój ruch. „Koło siódmej przychodzi druga osoba i wtedy jest jeszcze głośniej”. Czyli rzeczywiście słyszy. „No dobrze”, mówię, „pani ma na pewno rację, ale co ja mogę z tym zrobić? Fruwać nie umiem”. A ona na to ze stalowym uśmiechem: „Mówię panu, żeby pan wiedział”.

No to, kurwa, wiem. Gadamy jeszcze chwilę o kotach, kapciach, dywanach, zamykam za ropą drzwi. Nie wiem, śmiać się czy płakać. Gdybym jeszcze wykonywał jakiś inny zawód, gdybym na przykład był perkusistą albo reżyserem przygotowującym teatralną wersję „Mostu na rzece Kwai” na potrzeby kopenhaskiego teatru, ale nie, jestem pisarzem, a to jeden z najcichszych zawodów świata i każdy winien się cieszyć, że takiego nad sobą posiada, zwłaszcza że o północy zawsze jestem w łóżku, nie imprezuję i nie mam tutaj dzieci. Dzieci, które mieszkały tu przede mną, również ropie z dołu przeszkadzały. Otworem paszczowym i przy pomocy dynamiki swego okropnego ciała odtworzyła dla mnie odgłosy wszystkich zabaw, jakim w swej bezczelności oddawały się duńskie niewyskrobki. Próbowałem ją zrozumieć, ale nie potrafię. Gdyby jeszcze opiekowała się stareńką matulą, cierpiała na egzotyczną chorobę albo sama pisała książki, ale gdzie tam, otóż pani ropa, ropcia wrażliwoucha, wykonuje zawód stomatologa, ma gabinet pode mną i mimo tego przeszkadza jej moje chodzenie. Właściwie to przeszkadza jej pacjentom. Tak powiedziała. Sam chodzę do dentysty i z wiertłem w gębie nie zwróciłbym uwagi nawet na stado słoni grające w krykieta piętro wyżej. Nic z tym wszystkim nie zrobię, wieszczę jednak kłopoty. A żeby było jeszcze lepiej, baba ma wycieraczkę z wielkim napisem CARPE DIEM, czyli powinna być wyluzowana i bardziej pogodzona z życiem, z diabłem, Bogiem i ze mną. A nie jest. Swoją drogą, co za idiotyczny pomysł – taka wycieraczka u dentysty!

Jeden z moich ulubionych filmów – „The Wickerman” – opowiada o małej szkockiej wyspie, na której doszło do restytucji pogańskich kultów. Bogobojny sierżant, prowadzący śledztwo w sprawie zaginięcia młodej dziewczyny, natrafia na tamtejszy cmentarz i z oburzeniem stwierdza, że w miejscu nagrobków posadzono drzewa. Cmentarz Assistens, położony jakieś pół godziny spacerem od mojego domu, nasuwa skojarzenie właśnie z tamtym miejscem. Przekraczając bramę można odnieść wrażenie, że to park, a nie stara nekropolia.

Chowają tutaj duńskich debeściaków. Nagrobki stoją oddalone od siebie nawet i o kilkadziesiąt metrów, okolone przez równo przystrzyżone żywopłoty. Nazwiska, daty, pozieleniałe portrety często są ledwo widoczne, attyki ciążą ku ziemi albo nie ma ich wcale – ustąpiły miejsca krzakom i młodym, silnym pniom. Nieliczne krzyże rozkładają ramiona, jakby chciały się poddać. Jeden z nich wycięto na kamiennym nagrobku z połowy XIX wieku w taki sposób, aby przypominał dwa skrzyżowane ze sobą pieńki. Niektórych zmarłych, zapewne biedniejszych albo mniej wybitnych, kładzie się w okręgach. Płyta koło płyty, zieleń pośrodku. Gdzie indziej wysokie pnie wybijają się z łysych w trakcie zimy zagajników, ku nim biegną ziemiste ścieżki, rozdwajają się jak larwy, wiodąc ku polankom pod gałęziami. Tam płotek, za płotem z pękniętej płyty nagrobnej wyrastają długie, drewniane palce. Niedługo pozwolą jej zniknąć.

O, wiewióreczka! Ptak dziobie zimny grunt. Każdy grób, nawet bardzo stary, jest zadbany, ale na żadnym nie pali się lampka, nie znajdziecie tutaj kwiatów. Z wyjątkiem jednego. Zawędrowałem w rejony kaplicy, strzałka wskazała mi miejsce pochówku Kirkegaaarda (to nazwisko, paradoksalnie, oznacza po duńsku cmentarz), ale natrafiłem na coś innego. Twarz pięknej, młodej kobiety zamrożona na attyce. Poniżej leżały niecodzienne dowody ludzkiej pamięci: papierochy, woreczki ze struną, lufka, plastikowe żołnierzyki, notatnik, jakaś wyszywanka, zdjęcie małego chłopca w drewnianej ramie, drobne monety, do których dorzuciłem swoje. Miejsce przypominało groby gwiazd kultowych, Morrisona, Cobaina i tak dalej. Nie miałem nic do pisania, nawet telefonu, więc zapamiętałem imię i nazwisko. Natasja Saad. Obiecałem sobie, że dowiem się czegoś o zmarłej, co okazało się proste. Pani Saad była piosenkarką i zginęła w wypadku samochodowym. Momentalnie nabrałem dla niej szacunku. Żeby śpiewać reggae w deszczowej Danii, trzeba rzeczywiście mieć sporo samozaparcia. Natasja Saad zginęła w swojej duchowej ojczyźnie, na Jamajce. A ja poczułem się jak sierżant z „The Wickerman”. Znalazłem swoją dziewczynę.

o „battlefield 3″ na jawnych snach

Leci w niebo ptaszek złoty
Laur pokoju w dziobie niesie
Czy doniesie? Nie doniesie
Bo zastrzelił go pan w dresie.

Autor nieznany (i poszukiwany)

Wedle powszechnej opinii Dania nie jest potęgą militarną. Nie zawsze tak było. Mało tego, w przeszłości walczyliśmy ramię w ramię z naszymi północnymi sąsiadami. Wielki pamiętnikarz Jan Chryzostom Pasek wybrał się nawet do Danii z wojskiem i uczestniczył w kampanii szwedzkiej. Z rozczuleniem wspomina nieszczęsnych żołnierzy Karola Gustawa próbujących ujść z wieży, którą sam podpalił. „A w morze jako żaby wpadali”, pisze uszczęśliwiony. Po odniesionym zwycięstwie wojsko polskie ustawiło ołtarz polowy, kapelan już zabierał się za odprawianie nabożeństwa dziękczynnego, gdy okazało się, że brakuje ministrantów. Wielki pamiętnikarz Jan Chryzostom Pasek okazał się chętny do tego zadania, lecz ujawnił się kłopot. Otóż wielki pamiętnikarz Jan Chryzostom Pasek był cały w jusze pomordowanych przeciwników. Czy godzi się służyć do mszy w takim stroju?; pytano. Rzecz rozstrzygnął ksiądz, tymi oto słowy: „Nie wadzi to nic, nie brzydzi się Bóg krwią rozlaną dla Imienia Swego”.

Tak to drzewiej na wojnie bywało. Rzucony na ziemię duńską, między kebab i ścieżkę rowerową postanowiłem dowiedzieć się, jak wojna wygląda współcześnie, a ponieważ tyle słyszałem o kształcącej funkcji gier wideo, zdarłem ochoczo folię z najnowszego „Battlefielda”. Podobno ta seria, wraz z konkurencyjnym „Call of Duty” napędza rekrutów do amerykańskiej armii. Jeśli ktoś pod wpływem gry postanawia pójść na trepa, znaczy to, że mamy do czynienia z prawdziwym fenomenem. I rzeczywiście. Anemiczność pierwszych misji skłoniła mnie do rozważenia dezercji, ale potem zassało niczym ruletka. Gdyby ktoś stanął mi za plecami podczas grania, miałby niezłą uciechę. Zobaczyłby, jak stuprocentowy dureń gnie swoje nieforemne ciało przed telewizorem, wywrzaskując głosem mordercy: „Masz, skurwysynu!”. Zaprawdę, odczuwałem dziką radość na widok obłoczków krwi wokół głów przeciwników, cieszyły mnie wybuchające czołgi i samoloty spadające dziobem ku pustyni, ze skwierczącymi ciałami lotników w środku. Och, nie. To skwierczenie sam musiałem sobie dopowiedzieć. Ot, potęga sugestii.

Nie bawię się w przemoc dla przemocy jeno; ta zawsze musi służyć celom wyższym, w tym wypadku edukacyjnym. Haniebnie krótka rozgrywka nauczyła mnie o wojnie więcej niż wszystkie filmy razem wzięte, z „Hurt Locker” na przedzie.

ciąg dalszy na jawnych snach

tydzień z głowy (174)

Ciekawe, jak wygląda moje życie z perspektywy kota. Czy też życie w ogóle. Myślę oczywiście o Prezesie i Kresce. Koty, to pewne, widzą inaczej niż ludzie, koncentrując się nie na kształtach i kolorach, lecz na wydarzeniach, na ruchu. Ruchu te moje zwierzaki miały co niemiara i poczułem nawet coś w rodzaju winy względem tej wykastrowanej dwójki. Najpierw parę mieszkań w Krakowie, potem Warszawa, hotel w Kopenhadze, kopenhaski dom, wszystko okupione godzinami jazdy w samochodzie. Ostatnią podróż spędziły na progu klatki, uwiązane na nazbyt krótkiej smyczy, zamykały się im zaćpane oczka, unosiła się trzecia powieka. W hotelu zaległy na skraju podwójnego łóżka, jakby na coś czekały. Boję się, że kiedyś za to zapłacą, a ja razem z nimi. Powiedzmy sobie szczerze, Prezes i Kreska są, w najlepszym razie, tuż za połową swojego życia i byłoby dobrze, gdybym czasem o tym pomyślał. Tymczasem wychodzi na to, że niepotrzebnie się martwię, gdyż koci żywot pod duńskim niebem jest żywotem przyjemnym. Rano wraz z budzikiem – lub dzwonem, w który tłucze pastor obok – rozbrzmiewa chór miauczących głodomorów. Prezes kręci się przy mnie, gdy piję kawę, robię sobie tosty, następnie siadam, żeby spisać poprzedni dzień tutaj, a jego już nie ma. Zabieram się za „Kpiarzy…” zupełnie samotnie, choć wcześniej, przy poprzednich rozdziałach, Prezes czuwał nieustannie, wyleci dopiero, gdy, w zależności od dnia, wychodzę na spacer lub trening. Przylecą na wyścigi dopiero podczas obiadu, odstąpią na czas popołudniowego pracowania, ewentualnie któryś przywlecze się z okazji książkowej, filmowej, konsolowej fazy schyłku dnia. Czuję się opuszczony, na początku wietrzyłem wielką obrazę kocią. A jednak nie. Prezes i Kreska odkryły rzecz innym kotom przyjazną, a sobie jak dotąd nieznaną. Kaloryfery. Wcześniej nie miały do nich szczęścia. Albo zabudowane, albo zimne, albo skryte pod parapetem tak, że nie dało się wyłożyć. Więc leżą. Dwa futrzane półksiężyce o miękkich kształtach.

Dlaczego piszę horrory? Cóż, ludzie powiedzieli, ja jedynie przystałem na to. Ludziom wolno mówić i myśleć, co tam chcą. Horror rozumiem jako literaturę dającą wyraz ludzkim strachom, lękom i niepokojom. To słowo, horror, jest może nietrafione, nie tylko brzmieniowo, otóż każda prawdziwa literatura jest poświęcona tej tematyce. Żadnej innej. Można by napisać, ze strach to pierwsze ludzkie doświadczenie, co nie do końca jest prawdą. Płód, dziewięciomiesięczne dziecko w łonie matki, jeszcze istota, wciąż nie człowiek, kołysze się w bezpiecznym rytmie cudzego serca, aż tu schron się rozrywa, skurcze pchają tę żywą bezbronność, tę nagą, zakrwawioną kruszynę ku światłu. Widok – czy raczej przeczucie – tego światła i gwałtowny ruch ku niemu wiążą się ze strachem, trwogą trudną do oddania w słowach. Joseph Campbell wspomina pięknie o tym doświadczeniu, powtórzonym przez psychiatrów w ramach narkotycznych eksperymentów z podświadomością, niemniej wiele mu umyka. Twierdzi, że narodziny, poczucie „ja jestem” związane są ze strachem, z trwogą. Nie ma chyba racji. Przecież gdy zaczyn mnie, potencjalny Orbitowski wywlekał się wbrew sobie z łona, ja jeszcze nie istniałem. Nie było mnie, nawet w tym rozumieniu ciągłości, łączącym mnie z ja-pięcioletnim. Nie wiem, kiedy się pojawiłem, nie pytajcie o to. Jeszcze nie byłem, a już odczuwałem trwogę, nieporównywalną z jakimkolwiek innym rodzajem trwogi dostępnym w życiu. Poza jednym przypadkiem, który również Campbellowi, spokojnemu buddyście, musiał umknąć. Trwoga powróci w chwili, gdy światło, które przywitało mnie tutaj, w jedynym dostępnym mi świecie (a także jedynym dla moich okruchów, cieni, duszy i tak dalej) zacznie nieodwołalnie gasnąć. Gdy poczuję nieustępliwą konieczność zaniknięcia w tej ciemności, gdy nowa siła wepchnie mnie w łono tego mroku, gdy będę czuł jej uda zgniatające mi głowę. Gdy śmierć zapuka do drzwi i powie z uśmiechem: „Nie, nie, tym razem ja nie po chomika”. Oj, wtedy to nie będzie wesoło. Między tymi dwoma doświadczeniami, wstąpieniem w światło i zstąpieniem w ciemność, rozpina się życie każdego człowieka. Między trwogą a trwogą. To lina, po której idziemy. Więc trudno, abym pisał o czymkolwiek innym, nawet jeśli są koty śpiące na kaloryferze, miłość, przyjaźń, pieniądze, wolność niewyobrażalna dla innych, nawet jeśli dziewięćdziesiąt osiem procent ludzi na świecie zamieniłoby się ze mną miejscami. Nie jestem winny tego, co czuję. Nie jestem dumny, że piszę to, co piszę.

Być może to błąd naszej kultury przyjemności, zwanej przez niektórych cywilizacją śmierci, a jednak najlepszej możliwej cywilizacji, która wbrew temu przezwisku wyrugowała śmierć z siebie. Ci muskularni starcy. Sześćdziesięcioletnie madonny. Chorzy konający poza zasięgiem wzroku, ustawieni potem w urnach na kominku. To dobrze dla wszystkich. Tak właśnie powinno być. Ludzie mogą być śmieszni. Powinni być szczęśliwi. Złość na takiego starca, śmianie się z takiej madonny jest rechotem pobożnego prawiczka nad rozpustnikiem. Co ze mną? Zostałem ze swoją myślą o śmierci sam, nie mam się do kogo z tym zwrócić i jeszcze jestem śmieszny z moim myśleniem.

The sunset limited

Spotkanie starych mistrzów: Tommy Lee Jones i Samuel L. Jackson grają do słów Cormacka McCarthy, a wychodzi z tego minimalistyczny koncert na Boga i ciemność. Samobójca, niedoszły skoczek pod tytułowy pociąg, samotny i zgorzkniały profesor rozmawia z byłym więźniem, który go uratował. Gadają, oczywiście, o życiu. Ale jak. Profesor reprezentuje najczarniejszy z nihilizmów, więzień przemawia słowami żarliwego pastora. Po co żyć? Dlaczego nie umrzeć? Czemu pragniemy śmierci? Te i inne pytania prowadzą do dwóch monologów i tu widz musi rozstrzygnąć, po której stronie ma serce. Sam scenariusz podsuwa jednak rozwiązania, więźniowi brakuje słów, końcowa aktorska szarża Lee Jonesa jest majstersztykiem na miarę największych momentów w historii kina, pod koniec seansu pozostałem jako ten drugi interlokutor, mowę odebrało. A ostatniego pytania zadać nie mogłem. O czym to było, myślałem, o wielu rzeczach, o pustce także. Między człowiekiem wierzącym i prawdziwym ateistą (żeby odróżnić od ateisty fałszywego, czyli wesołego) nie będzie porozumienia, gdyż ich rozumienie pustki różni się od siebie. Pustka człowieka wierzącego jest wyrwą po Bogu, czymś w rodzaju rany, która może się zabliźnić, albo, zgodnie z logiką cudów, doczekać się uzdrowienia. Pustka ateisty jest wieczną ciemnością, jamą w której nigdy nic nie żyło. Niewiele filmów wstrząsnęło mną tak bardzo, jak to skromne arcydzieło.

The Sunset Limited, reż. Tommy Lee Jones, wyst. Tommy Lee Jones, Samuel L. Jackson, USA 2011, IMDB rating 7,4

nad morzem. grudzien 2011

w niskiej rozdzielczości, do wglądu. autorem fotografii jest Michał Gniot. do wykorzystania wyłącznie za jego zgodą. kontakt przeze mnie.

metal na dziś (48): Vallenfyre


Niesłychanie ciekawe stworzenia, te metale. Droga życiowa takiego osobnika lubi zyskać następujący przebieg. Metalowe pacholę pragnie nade wszystko być wściekłe, niekiedy nawet wściekłe bywa i dłubie w pierwszych, agresywnych nutkach. Źle się odwdzięcza swym hałaśliwym mistrzom, próbując pozostać ich uczniem. Następnie – jeśli mamy do czynienia z metalem twórczym – opornie, ale jednak, odnajduje własną drogę, wzbogacając obiegowy styl o nowe elementy. Powstają, przykładowo, takie płyty jak „Icon”, „Shades of God”, „Draconian Times” a nasz metalowiec dobija do trzydziestki, czego, biedaczyna nie dostrzega. Wówczas lubi opętać go diabeł, tak żarliwie wyznawany. Metalowiec zaczyna szukać, a że nade wszystko pragnie docenienia, czerwonego dywanu, kasiorki i dziwek, które nie zwykły rozkraczać się przed byle wyjcem. Próbuje wkupić się do wielkiego świata. Pragnie być klepanym po plecach. Chce mieć zdjęcie z Icem T, a jeszcze lepiej z Coco. Metalowiec nie wie tego wszystkiego i myśli, że po prostu się rozwija. Zaczyna więc nawiązywać do niemetalowych dźwięków z młodości, nagrywając w stylu Depeche Mode, inspiruje się młodszymi o dekadę wielbicielami elektroniki, szuka inspiracji w rytmice Rammstein, innymi słowy staje się epigonem, po raz drugi w życiu. Poszukiwanie nowych ścieżek nie koniecznie musi na tym polegać. Warto też pamiętać, że mamy właściwie trzy naprawdę wielkie zespoły metalowe: Black Sabbath, Iron Maiden i Metallikę. Te nigdy nie zrezygnowały z grania tego rodzaju muzyki. Co dalej z naszym metalem? Dobiega czterdziestki i raptem odkrywa na nowo swoje własne korzenie. Przypomina drzewo wyrosłe na tyle wysoko, że wreszcie może spojrzeć w dół. Zbiera chłopaków, pędzi do sali prób i szarpie druty jak za dawnych lat, ignorując złośliwe docinki o kryzysie wieku średniego – te pochodzą głównie od sfrustrowanych mężów złośliwych, starzejących się żon, borykających się z nastoletnimi dziećmi. Zresztą, ma kontrakt na pocieszenie. Z reguły z takiego grania wychodzi niewiele, ale czasem i owszem. Greg Mackintosh (Paradise Lost) pod szyldem Vallenfyre zdołał wyknocić piękną, złowrogą, tłuściutką płytę pełną prehistorycznych bębnów, gardłowego ryku, okraszonego odrobiną gotyckiego marzycielstwa. Warto by tu użyć szyldu samego Bogusława Kaczyńskiego: rewelacja miesiąca.

Tydzień z głowy (173)

Kopenhaga natchnęła mnie myślą z gatunku „gdyby” – tych „gdyby” mam pełne kieszenie, więc gdyby nie Julek, A, bliscy, przyjaciele, gdyby nie konieczność bywania tu i tam, netodostępność i nienawiść do mrozu, gdyby nie mój wiek, mógłbym przyjąć kontrakt na jakiejś stacji arktycznej. Tylko ja i biel, pół roku lub rok. Oddawałbym się polarnym obowiązkom i czekał, aż Rzecz mnie odnajdzie, przejmie, wykluje się, przemieni w kogoś innego.

Pierwsza noc w nowym domu, pomiędzy kotami czekającymi przy łóżkach niczym sfinksy, cóż, jakie czasy, taki Egipt mamy i ciemności egipskie na swoją własną miarę. Zaprawdę, nigdy nikt nie został doświadczony przez los ponad swoje siły, a ja, w tych przyjemnych czasach, wśród miliardów ludzi ostatnich, jak napisałby Nietzsche, zwracam ku przeszłości zmrużone oczęta. Na przykład ostatnie noce w starym domu warszawskim, który tak polubiłem i o którym już zapominam. Nie przyniosły mi snu, co nie powinno budzić zdziwienia czy współczucia. Niewiele trzeba, bym przestał spać, więc głupia wyprowadzka z Polski zrobiła swoje. Ale gdy stałem w wąskiej, jeszcze swojej kuchni, skromnie odziany jedynie w niepokoje, między kwiatem, lodówką, zlewem i kotem, pojawiła się myśl, której się nie spodziewałem, a nawet kiedyś napisałem coś przeciwnego. Wydawało mi się, że nie lubię bezsenności, bo tracę siebie. Parę dni bez snu odbierało jasność myśli i uczuć, rzeczy ważne stawały się nieważne i odwrotnie, nerwy wychodziły na wierzch, splątane przez najbardziej poirytowaną z możliwych obojętności, słowem, byłem pewien, że bezsenność odbiera mi siebie, że sam siebie tracę, sprzęgnięty za sprawą najprostszych, najbardziej prymitywnych sprzężeń. Ale w kuchni, w wigilię mojego wyjazdu doszedłem do wniosku, że może być zupełnie inaczej, wcale siebie nie tracę, lecz zyskuję, odrzucając pozory, całą tę skomplikowaną fakturę mojego bycia między ludźmi diabli biorą i oto jestem, kula w szron, goły w sobie samym i poza sobą też, w sensie dosłownym, w kuchni, nocą, z papierosem, potrzebnym w tym wszystkim jak kaktus w dupie, właśnie siebie rozpoznałem, zmierzyłem, zważyłem i nic przyjemnego z tego nie wynikło. Pozostaje nadzieja, że się mylę, całkiem spora zresztą. Ja-bezsenne może być jedynie odpryskiem ja-sypiającego, czyli ja-między ludźmi może być na odwrót, albo jeszcze inaczej. Ja-bezsenny i ja-sypiający nie muszą mieć ze sobą najmniejszej styczności poza faktem, że zamieszkują to samo ciało i biorą się z sąsiednich neuronów. Tego nie wiem, gdyż nic o sobie nie wiem, o świecie tak samo, poza jedną jedyną rzeczą, której jestem pewien. Na pytanie o relację między mną śpiącym i nieśpiącym również nie potrafię odpowiedzieć, tak samo jak na wszystkie inne pytania.

Bo nie wiem, czemu ludzie są tacy, jacy są, i robią to, co robią, nie wiem, czemu ja jestem, jaki jestem, i robię to, co robię, a co najważniejsze, nie mam bladego pojęcia, gdzie zacząć szukać. Nie wiem, dlaczego się urodziłem, czy mogę nadać swojemu życiu jakikolwiek sens i czy moja śmierć będzie śmiercią sensowną. Nie wiem, dlaczego życie trwa akurat tyle. Nie wiem, co to znaczy być dobrym, a co złym człowiekiem. Nie wiem, czym jest praca prawdziwa i praca nieprawdziwa. Nie wiem, w jaki sposób należy uprawiać sztukę. Nie wiem, w jaki sposób mogę uratować drugiego, pomóc mu lub zaszkodzić, tak samo jak nie wiem, czy powinienem go ratować, pomagać lub szkodzić. Myli mi się nagroda z karą, ale nie zaryzykuję stwierdzenia, że są tym samym. Czemu jesteśmy okrutni dla najbliższych? Czemu czasem chcemy, aby ich zabrakło? Dlaczego czujemy się winni wobec tych, którzy nas skrzywdzili, a własnych przewinień nie potrafimy dostrzec, choćby otoczyły nasz dom? Co to jest wina? Co to jest krzywda? Co to jest dom? Czemu się odurzamy? Czemu inni się nie odurzają? Skoro nasze grzechy są odkupione, czemu za nie płacimy? Dlaczego nie ma grzechów? I tak dalej. Mógłbym pytać w nieskończoność i nic mądrego z tego by nie wynikło (Co to jest nieskończoność? Co to jest mądrość? Co to jest pytanie?), znów plotę, a przecież mogę napisać tę jedną rzecz, którą wiem na pewno. Nie można się bać. Nigdy. A jak już strach przyjdzie, nie można się nim kierować. Należy żyć tak, jakby go nie było.

carnage


Z nowym Polańskim mam pewien kłopot – obejrzałem w rosnącym poczuciu szacunku dla realizacyjnej sprawności reżysera i operatora, podziwiałem znakomitą pracę aktorów, czyli wszystko to, czego należało się spodziewać. Wartość dodaną stanowi nienajgorszy scenariusz, oparty na sztuce teatralnej, co znajduje swoje odzwierciedlenie w materiale filmowym. Inne okoliczności produkcyjne pozwoliłyby nazwać „Carnage” teatrem telewizji. Oto czworo ludzi w przypadkowych okolicznościach ujawnia przykrą prawdę o sobie, życiach nieudanych i podłych, małostkowych charakterach. Przy napisach końcowych owładnęło mną poczucie pustki, otóż nie dowiedziałem się o człowieku niczego, czego bym wcześniej nie wiedział (nie mniemał) a i to co wiedziałem (mniemałem) zostało mi ujawnione w znajomej formie. Nie doczekałem się żadnej nowej perspektywy, pożegnałem się z filmem wzruszeniem ramion. „Ok., tak właśnie jest no i co z tego?” Podobne wrażenia odniosłem przy „Happiness” Solondza, czyli filmie, który innymi wytarł podłogę, wpędził w przerażenie. Jedyny dyskomfort, jaki mogę odczuć wiąże się z tym, ze ktoś moje widzenie świata oddaje właściwie jeden do jeden, ten film jest jak lustro, w którym przyglądam się kawałkowi własnej duszy, nie znajdując nic ciekawego w tym widoku. Przeciwnie, znam go aż do znudzenia. Nieważne to wszystko, ważne, ze właśnie podejmuję próbę reaktywowania kącika filmowego na blogu.

Carnage, reż. R. Polanski, Francja-Polska-Hiszpania-Niemcy, 2011, IMDB rating 7,6

zapowiedź „Widm”

„Alternatywna historia pokolenia Kolumbów z Krzysztofem Kamilem Baczyńskim w roli głównej.

Powstanie warszawskie nie dochodzi do skutku. W zagadkowych okolicznościach broń nie wypala.

Kolumbowie przeżywają wojnę. Krzysztof Kamil Baczyński i jego żona Basia zmagają się z PRL-owską rzeczywistością. Poeta, męczony przez majaki i senne koszmary, zaczyna pisać książkę w socrealistycznym duchu.

Równolegle śledzimy losy dwóch przyjaciół: gorliwego milicjanta Wiktora, który bada sprawę Cudu Dnia Pierwszego – jak nazywane jest zdarzenie z 1 sierpnia 1944 roku – oraz politycznego więźnia Janka.

Kto spośród niedoszłych powstańców zostanie katem, a kto ofiarą? Czy uda się przeprowadzić zamach na Bolesława Bieruta? Jak uratować Polskę? Los kraju może odmienić tylko tajemnicze pudełko, które już raz przyczyniło się do odwrócenia biegu historii.”

książka ukaże się w marcu 2012 roku.

Binding of isaac


Nie mam czasu na indie games (dla niewtajemniczonych, nie chodzi tutaj o gry indyjskie o ryżu krowie i krokodylu, jak kiedyś myślałem, ale o niezależne produkcje –skrót od independent games, zjawiska kontestującego wysokie budżety generowane przez mainstrem). Musi zajść szereg okoliczności, bym skłonił się ku takiej zabawie. W lecie było „Limbo”, teraz „Binding of Isaac” czyli pozostajemy w kręgu kultury judeochrześcijańskiej. Zresztą, te dwa drobiazgi są do siebie podobne. Eksplorują świat dziecięcych lęków w ten sposób, aby oddziałał na dorosłego z tą różnicą, że „Limbo” epatowało lekkim gotycyzmem i tajemnicą, to wędrówka Isaacka przez podziemia dokonuje się w scenerii splatter, umownej, schematycznej i działającej. Śmieszne to i straszne jednocześnie, z wyraźną przewagą straszności, niby nic nowego, a jednak trzyma – przepykałem parę godzin w mieszkaniu rozpieprzonym przeprowadzką. Rzadki to przykład udanego łączenia dwóch nieprzystających do siebie światów i to na dwóch poziomach, humor z makabrą jeszcze się zejdzie, ale dosłowność z niedopowiedzeniem już trudniej. Polecam szczerze grającym czytelnikom.

Następna strona »