tydzień z głowy (175)
Duńczycy są momentami zdrowo postrzeleni. Czwarta po południu, oglądam brytyjskiego „Sherlocka”, robię notatki na potrzeby tekstu do GW, a tu dzwonek do drzwi. Nigdy wcześniej nie słyszałem dzwonka tutaj, więc drepczę zdziwiony, a tam rosłe babsko ostrzyżone na krótko, w workowatych ciuchach. I mówi mi, że jest sąsiadką z piętra niżej, uśmiech nie chodzi jej z gęby (ta mogłaby należeć do pomocnika hycla czy kogoś takiego). „Pan strasznie głośno chodzi, proszę pana”, mówi mi, „słyszę takie łup, łup, łup”, naśladuje krok Godzilli spacerującej po Tokio. Zdębiały odpowiadam, że ruszam się raczej niewiele, bo to i prawda. Albo siedzę przy biurku, albo na kanapie. To cały mój ruch. „Koło siódmej przychodzi druga osoba i wtedy jest jeszcze głośniej”. Czyli rzeczywiście słyszy. „No dobrze”, mówię, „pani ma na pewno rację, ale co ja mogę z tym zrobić? Fruwać nie umiem”. A ona na to ze stalowym uśmiechem: „Mówię panu, żeby pan wiedział”.
No to, kurwa, wiem. Gadamy jeszcze chwilę o kotach, kapciach, dywanach, zamykam za ropą drzwi. Nie wiem, śmiać się czy płakać. Gdybym jeszcze wykonywał jakiś inny zawód, gdybym na przykład był perkusistą albo reżyserem przygotowującym teatralną wersję „Mostu na rzece Kwai” na potrzeby kopenhaskiego teatru, ale nie, jestem pisarzem, a to jeden z najcichszych zawodów świata i każdy winien się cieszyć, że takiego nad sobą posiada, zwłaszcza że o północy zawsze jestem w łóżku, nie imprezuję i nie mam tutaj dzieci. Dzieci, które mieszkały tu przede mną, również ropie z dołu przeszkadzały. Otworem paszczowym i przy pomocy dynamiki swego okropnego ciała odtworzyła dla mnie odgłosy wszystkich zabaw, jakim w swej bezczelności oddawały się duńskie niewyskrobki. Próbowałem ją zrozumieć, ale nie potrafię. Gdyby jeszcze opiekowała się stareńką matulą, cierpiała na egzotyczną chorobę albo sama pisała książki, ale gdzie tam, otóż pani ropa, ropcia wrażliwoucha, wykonuje zawód stomatologa, ma gabinet pode mną i mimo tego przeszkadza jej moje chodzenie. Właściwie to przeszkadza jej pacjentom. Tak powiedziała. Sam chodzę do dentysty i z wiertłem w gębie nie zwróciłbym uwagi nawet na stado słoni grające w krykieta piętro wyżej. Nic z tym wszystkim nie zrobię, wieszczę jednak kłopoty. A żeby było jeszcze lepiej, baba ma wycieraczkę z wielkim napisem CARPE DIEM, czyli powinna być wyluzowana i bardziej pogodzona z życiem, z diabłem, Bogiem i ze mną. A nie jest. Swoją drogą, co za idiotyczny pomysł – taka wycieraczka u dentysty!
Jeden z moich ulubionych filmów – „The Wickerman” – opowiada o małej szkockiej wyspie, na której doszło do restytucji pogańskich kultów. Bogobojny sierżant, prowadzący śledztwo w sprawie zaginięcia młodej dziewczyny, natrafia na tamtejszy cmentarz i z oburzeniem stwierdza, że w miejscu nagrobków posadzono drzewa. Cmentarz Assistens, położony jakieś pół godziny spacerem od mojego domu, nasuwa skojarzenie właśnie z tamtym miejscem. Przekraczając bramę można odnieść wrażenie, że to park, a nie stara nekropolia.
Chowają tutaj duńskich debeściaków. Nagrobki stoją oddalone od siebie nawet i o kilkadziesiąt metrów, okolone przez równo przystrzyżone żywopłoty. Nazwiska, daty, pozieleniałe portrety często są ledwo widoczne, attyki ciążą ku ziemi albo nie ma ich wcale – ustąpiły miejsca krzakom i młodym, silnym pniom. Nieliczne krzyże rozkładają ramiona, jakby chciały się poddać. Jeden z nich wycięto na kamiennym nagrobku z połowy XIX wieku w taki sposób, aby przypominał dwa skrzyżowane ze sobą pieńki. Niektórych zmarłych, zapewne biedniejszych albo mniej wybitnych, kładzie się w okręgach. Płyta koło płyty, zieleń pośrodku. Gdzie indziej wysokie pnie wybijają się z łysych w trakcie zimy zagajników, ku nim biegną ziemiste ścieżki, rozdwajają się jak larwy, wiodąc ku polankom pod gałęziami. Tam płotek, za płotem z pękniętej płyty nagrobnej wyrastają długie, drewniane palce. Niedługo pozwolą jej zniknąć.
O, wiewióreczka! Ptak dziobie zimny grunt. Każdy grób, nawet bardzo stary, jest zadbany, ale na żadnym nie pali się lampka, nie znajdziecie tutaj kwiatów. Z wyjątkiem jednego. Zawędrowałem w rejony kaplicy, strzałka wskazała mi miejsce pochówku Kirkegaaarda (to nazwisko, paradoksalnie, oznacza po duńsku cmentarz), ale natrafiłem na coś innego. Twarz pięknej, młodej kobiety zamrożona na attyce. Poniżej leżały niecodzienne dowody ludzkiej pamięci: papierochy, woreczki ze struną, lufka, plastikowe żołnierzyki, notatnik, jakaś wyszywanka, zdjęcie małego chłopca w drewnianej ramie, drobne monety, do których dorzuciłem swoje. Miejsce przypominało groby gwiazd kultowych, Morrisona, Cobaina i tak dalej. Nie miałem nic do pisania, nawet telefonu, więc zapamiętałem imię i nazwisko. Natasja Saad. Obiecałem sobie, że dowiem się czegoś o zmarłej, co okazało się proste. Pani Saad była piosenkarką i zginęła w wypadku samochodowym. Momentalnie nabrałem dla niej szacunku. Żeby śpiewać reggae w deszczowej Danii, trzeba rzeczywiście mieć sporo samozaparcia. Natasja Saad zginęła w swojej duchowej ojczyźnie, na Jamajce. A ja poczułem się jak sierżant z „The Wickerman”. Znalazłem swoją dziewczynę.












