metal na dziś (48): Vallenfyre

Niesłychanie ciekawe stworzenia, te metale. Droga życiowa takiego osobnika lubi zyskać następujący przebieg. Metalowe pacholę pragnie nade wszystko być wściekłe, niekiedy nawet wściekłe bywa i dłubie w pierwszych, agresywnych nutkach. Źle się odwdzięcza swym hałaśliwym mistrzom, próbując pozostać ich uczniem. Następnie – jeśli mamy do czynienia z metalem twórczym – opornie, ale jednak, odnajduje własną drogę, wzbogacając obiegowy styl o nowe elementy. Powstają, przykładowo, takie płyty jak „Icon”, „Shades of God”, „Draconian Times” a nasz metalowiec dobija do trzydziestki, czego, biedaczyna nie dostrzega. Wówczas lubi opętać go diabeł, tak żarliwie wyznawany. Metalowiec zaczyna szukać, a że nade wszystko pragnie docenienia, czerwonego dywanu, kasiorki i dziwek, które nie zwykły rozkraczać się przed byle wyjcem. Próbuje wkupić się do wielkiego świata. Pragnie być klepanym po plecach. Chce mieć zdjęcie z Icem T, a jeszcze lepiej z Coco. Metalowiec nie wie tego wszystkiego i myśli, że po prostu się rozwija. Zaczyna więc nawiązywać do niemetalowych dźwięków z młodości, nagrywając w stylu Depeche Mode, inspiruje się młodszymi o dekadę wielbicielami elektroniki, szuka inspiracji w rytmice Rammstein, innymi słowy staje się epigonem, po raz drugi w życiu. Poszukiwanie nowych ścieżek nie koniecznie musi na tym polegać. Warto też pamiętać, że mamy właściwie trzy naprawdę wielkie zespoły metalowe: Black Sabbath, Iron Maiden i Metallikę. Te nigdy nie zrezygnowały z grania tego rodzaju muzyki. Co dalej z naszym metalem? Dobiega czterdziestki i raptem odkrywa na nowo swoje własne korzenie. Przypomina drzewo wyrosłe na tyle wysoko, że wreszcie może spojrzeć w dół. Zbiera chłopaków, pędzi do sali prób i szarpie druty jak za dawnych lat, ignorując złośliwe docinki o kryzysie wieku średniego – te pochodzą głównie od sfrustrowanych mężów złośliwych, starzejących się żon, borykających się z nastoletnimi dziećmi. Zresztą, ma kontrakt na pocieszenie. Z reguły z takiego grania wychodzi niewiele, ale czasem i owszem. Greg Mackintosh (Paradise Lost) pod szyldem Vallenfyre zdołał wyknocić piękną, złowrogą, tłuściutką płytę pełną prehistorycznych bębnów, gardłowego ryku, okraszonego odrobiną gotyckiego marzycielstwa. Warto by tu użyć szyldu samego Bogusława Kaczyńskiego: rewelacja miesiąca.



