Archiwa dla Styczeń, 2012

metal na dziś (47): taking back my soul

O Arch Enemy już było. Kto wie, może już wrzuciłem ten kawałek? Niesłychanie mi się podoba, oto przebojowy metal co się zowie, z gitarami przywodzącymi na myśl pamiętny „Heartwork” i nic dziwnego, że młodzi szaleją, zwłaszcza, że dziewczyny bez nadwagi zawsze były u metali w cenie. Pamiętam, więc nie szydzę. A ja po prostu biorę ten pozytywny kopniak za zapowiedź dobrego tygodnia, sam tytuł za motto dwóch tygodni, miesiąca lub i reszty zimy dla mnie samego. Oczywiście nic złego się nie stało. Muszę po prostu duszę wygrzebać z bagaży, wyprać, wykręcić, wpakować sobie tam gdzie jej miejsce i pozwolić, żeby ułożyła się tak, jak jest jej wygodnie. Dusza to nie taka znów ważna część człowieka, ale czemu ma mieć źle?

tydzien z głowy (172)

Rok z głowy. Jaki był? Póki co, nie umiem powiedzieć, to znaczy może bym umiał, tylko nie bardzo znajduję w sobie chęć do nabycia tej umiejętności. W odróżnieniu od swojego poprzednika wydaje się cichszy, mniej spektakularny, za do zakończony bardzo mocnym akcentem, jakim okazał się wyjazd z kraju. Nie wydałem nowej książki. Nie ujawniłem się w zbyt wielu nowych miejscach, nie pojechałem na żadną wielką wyprawę, słowem – okazałem mniejszą niż zwykle skłonność do robienia z siebie widowiska; rzekłbym, żyłem sobie.

A życie to było dobre, momentami nerwowe, niekiedy liryczne, zabarwione troską, a jednak przyjacielskie. Złożyłem jedną książkę i napisałem drugą. „Widma” i „Ogień” znajdą swoje miejsce w kalendarzu na rok, który teraz nastał. Popisałem trochę sympatycznych felietonów i doczekałem się wielu sympatycznych reakcji i tylko jednej niesympatycznej. Obmyśliłem następną powieść, która znajduje się w połowie i której nienawidzę szczerze, więc najprawdopodobniej jest całkiem dobra, a w dalszej perspektywie oczekuje mnie nowy cykl miniatur literackich, jakieś opowiadania, zero dłuższych projektów książkowych. Jak każdy artysta jestem gotów od tego zamierzenia odstąpić, uznając słuszność argumentacji złożonej z odpowiedniej liczby zer u jej końca. Ale czekałem, przyczaiłem się trochę wcale nie dlatego, że miałem na to ochotę. Po prostu siły, które kierują mną w pracy twórczej, domagały się, żebym siedział w norze.

Cieszę się z innego powodu. To kolejny rok, kiedy mogę sobie powiedzieć, że nie zaniedbałem kontaktu z moim synem, a nawet więcej – chyba lubimy się nieco bardziej niż wcześniej, oczywiście na tyle, na ile dwóch egoistycznych, zasadniczych facetów może lubić siebie nawzajem. Aby kogoś prawdziwie kochać, należy go również lubić. Wydaje mi się, że rozpady małżeństw, kłótnie między rodzeństwem czy między rodzicami a dziećmi mają za przyczynę taki właśnie błąd: ludzie mogą pracować nad miłością do bliskich, ale zapominają w tym rejwachu, że bliskich należy również lubić, tak jak lubi się kumpla od kielicha, sztangi, pada czy też innych, nieznanych mi przedmiotów łączących ludzi. Więc chodziliśmy z Julkiem na spacery, pokazywałem mu różne rzeczy na tyle, na ile potrafię pokazywać – nie jestem najlepszy w widzeniu. Jeździliśmy samochodzikiem, organizowaliśmy napad na bank i jakże skuteczną ucieczkę oraz wspólnie pogłębialiśmy wiedzę na jeden z najbardziej fascynujących tematów świata. Mowa oczywiście o dinozaurach. Jestem z siebie w miarę zadowolony – ojciec dochodzący, teraz dolatujący, dumny raczej się nie poczuje. Moje zadowolenie bierze się stąd, iż właściwie nie posiadam żadnych ojcowskich talentów. Jestem wolny od instynktów, ale i od doświadczenia. W moim otoczeniu nigdy, przenigdy nie było żadnych dzieci, dlatego też brzdąców nie znoszę szczerze, robiąc wyjątek na jednego tylko brzdąca. Cieszę się i ta radość daje nadzieję na przyszłość.

Pozostają moi przyjaciele – żywię nadzieję, że nie zaniedbałem żadnego z nich, a jeśli nawet, trudno, wasza to wina, kochani kurwipołcie. Jest was bowiem od cholery. Zastanawiam się czasem, jakim cudem zdołałem zawrzeć tak mocne, głębokie relacje z tak dużą ilością osób. Powiedzmy sobie szczerze, jeśli ktoś ma więcej niż trzech przyjaciół, znaczy to, że ma ich od groma. Ja więc mam kopułę gromu, czy coś podobnego, każdy jest ważny, za każdym teraz tęsknię, co jest kolejnym idiotyzmem z mojej strony. Przecież niedługo się znów zobaczymy.
Ludzie pytają, co będę robił w Kopenhadze. Otóż będę prowadził życie intelektualne i duchowe. Wróciwszy do Polski, zajmę się za to życiem ojcowskim i towarzyskim, co razem oferuje niemal schizofrenicznie rozkoszną perspektywę.

o „Another earth” w Nowej Fantastyce

(…)
Najwyżej cenię ten rodzaj kina, który pozostawia mnie bezradnym. Przeczytałem to, co napisałem powyżej i doszedłem do wniosku, że mogę zostać źle zrozumiany i zachwycam się pretensjonalną jazdą emocjonalną na wysokim diapazonie. Wolę już takie rzeczy od bezduszności i nie opuszcza mnie wrażenie, że podczas seansu otworzył się przede mną inny świat, zaprawdę inna Ziemia, gdzie doświadczenie człowieka, rozumiane jako przeżycie zewnętrzne i wewnętrzne jest podobne do tego, które znam, a jednak radykalnie inne. I jak odkrywca przybyły na inną planetę, poszukuję słów, żeby nazwać po kolei wszystko, co tam zobaczyłem.
Wydaje się, że „Another Earth” – zdobywający nagrody, obecny w naszych kinach – winien być zapamiętany przez fantastów w sposób szczególny, mianowicie jako głos o sposobie używania fantastki w filmie i nie tylko. To skromne dzieło pozostaje wolne od efekciarstwa i gadżeciarstwa. Brak tu statków kosmicznych, zostaliśmy szczęśliwie uwolnienie od szczegółów lotu na planetę bliźniaczkę, nie wiemy skąd się wzięła i dlaczego jest tak podobna a twardogłowi wielbiciele wypraw kosmicznych zawiodą się, gdy zdradzę, że przytłaczająca większość akcji rozgrywa się na Ziemi, w domku, między dwojgiem. Czy to znaczy, że moglibyśmy tę fantastykę wykroić, usunąć Ziemię – bliźniaczkę z nieba i fabuły? Bynajmniej. Ona musi wisieć nad nimi niczym niebieski księżyc. Powstaje pytanie, czemu służy jej niesamowita obecność. Gdyby pojawiła się nade mną, chciałbym wiedzieć, czy tam daleko też siedzę w tej chwili i piszę felieton do Nowej Fantastyki. A może robię coś innego? Może istnieją drobne różnicę i w swojej drugiej wersji piszę coś innego, nie piszę nic, bo nie jestem żadnym pisarzem, lecz ponurym hyclem? Te dwa zawody więcej łączy niż dzieli.
(…)

tradycyjne info wrzucam z opóźnieniem, ale numer wciąż jest w kioskach.

metal na dziś (46): Kriegsmaschine

Jak łatwo dostrzec, mój blog ma nową skórkę. autorem projektu jest M. (Mgła/Kriegsmaschine) czyli kult w ciapki. chwalę się.

tydzień z głowy (171)

Zafundowałem sobie przepiękny grudzień. Pojechałem nad morze, do Krakowa, potem do Oławy wyrwać zęba, z Oławy do Wrocławia, z Wrocławia do małego miasteczka, w którym mieszka mój syn, i wreszcie do Krakowa ponownie. Każdego by to mogło umęczyć, ja udaję jednak, że nie męczę się nigdy, więc zmęczyłem się samym tylko udawaniem. Kiedy wczoraj szedłem przez miasto wigilią ogłuszone, jakby w łeb mu walnąć, jakby mu oczy wyłupić, zrozumiałem, gdzie zrobiłem błąd. Wymyśliłem sobie takie wielkie żegnanie się z rodziną i przyjaciółmi, co nie miało sensu chociażby dlatego, że tak naprawdę nie ma żadnego powodu, żeby się żegnać, ja się nie żegnam, gdyż przecież nie nurkuję za żadnym horyzontem. Będę tkwił na wyspie, rzut kamieniem od Polski, i widywał bliskich mniej więcej tak często, jak widuję. Tymczasem zdołałem zarazić się niepotrzebnym wrażeniem, że tak nie będzie, że zniknę, zaszyję się w jakiejś lodowej jamce i będę liczył krople zamrożonej wody gromadzące się na klepisku mojego serca. Ja-samotnik, ja-knur, zaprawdę nie mogę żyć bez ludzi, choć często ich nie lubię, choć bardzo męczę się ludźmi, to bez ich złości i miłości sam zmieniam się w upiora.

Nienawidzę kpiarzy. Mam na myśli nową powieść, „Krótkie życia kpiarzy i szyderców”. Niby nic nowego, gdyż nienawidzę wszystkich moich książek, lecz ten przypadek jest szczególny. Trzęsę się, gdy tylko mam zasiąść do pisania, piszę niesłychanie powoli, głowa zwisa nad klawiaturą, palce długo szukają drogi do słowa. Towarzyszy temu intensywne przekonanie o niskości dzieła. Może dlatego, że powieść w dużej mierze traktuje o chorobach? Chorowanie jest dość niskim stanem, znoszenie choroby niekoniecznie. Chyba nie do końca o taką niskość mi chodzi, w każdym razie nie tylko. „Kpiarze” przepełnieni są prostymi emocjami, jak zazdrość, wściekłość, poczucie niespełnienia czy różne rodzaje pogniewania się na życie. Wydarzenia spotykające bohaterów również są proste i niskie w tej prostocie. Nie miałbym nic przeciwko temu, ale to jest moja prostota, moja niskość, małość, ułomność, w skutek czego książka również może być niska, mała i ułomna. Stąd też moje męczarnie przy codziennej pracy. Nieustannie zastanawiam się, co poszło nie tak, i coraz częściej pojawia się przekonanie, że nie mógłbym znaleźć innej drogi. Każdy człowiek jest mały, ułomny, więc i ja jestem taki, sięgnąłem po tę część siebie, przelewam w plik tekstowy i jeszcze się dziwię, że nie znajduję w tym radości. I oto będzie, kiedyś zostanie ukończona. Niska książka, mała książka, przez to bardzo ważna dla mnie samego. Gdybym był chrześcijaninem lub chociaż katolikiem, mógłbym dla własnej niskości znaleźć jakieś uzasadnienie o charakterze metafizycznym. W Boże Narodzenie wiem lepiej niż kiedykolwiek, gdzie mogę sobie wszelką metafizykę wepchnąć. Ale, ale, moja niskość jest potrzebna innym. Ja, jako niski, jestem im potrzebny, dokładnie tym samym ludziom, do których będę przylatywał z deszczowej wyspy. Trudno jest być moim przyjacielem, niskość zapewne to ułatwia, zresztą takie spotkania są miłe: z twarzami przy ziemi, nosek w nosek. I może niepotrzebnie martwię się „Kpiarzami”? Może mój nochal jeszcze raz otrze się o kinole miłych czytelników, kto wie?

A jednak jestem niewolnikiem przyszłości – to naprawdę ciekawe, tkwić w jarzmie czegoś, co nie istnieje. Wróciłem do Warszawy po tygodniu spędzonym z synem, rodziną i przyjaciółmi, tak jak planowałem. Kręcę się po domu. Za oknem Stadion Narodowy wygląda jak nocnik dla Pana Boga, skrzy się ten biedny downtown warszawski, po domu spacerują koty, niespokojne i stęsknione. Za trzy dni będzie tutaj pusto, wyjadą wszystkie meble, telewizor, konsole i książki, nie licząc tych, które rozdam lub już rozdałem. Posiedzimy sobie z A na jedynym ocalałym łóżku, potem wsiądziemy w auto i zostawimy mieszkanie na zawsze. Nie ulega wątpliwości, że wrócę do Polski, być może będę nawet mieszkał w Warszawie, ale nigdy nie wrócę do tego mieszkania na Saskiej Kępie, czego żal mi niezmiernie, bo lubię to miejsce i świetnie się w nim czułem. Dużo myślę o mieszkaniach, w których niegdyś żyłem, i zwróciłem uwagę, że wspominam głównie te, gdzie byłem nieszczęśliwy. Najprawdopodobniej więc o zaczarowanej chatce na Saskiej Kępie zapomnę gdzieś w rejonach promu.

« Poprzednia strona