Zafundowałem sobie przepiękny grudzień. Pojechałem nad morze, do Krakowa, potem do Oławy wyrwać zęba, z Oławy do Wrocławia, z Wrocławia do małego miasteczka, w którym mieszka mój syn, i wreszcie do Krakowa ponownie. Każdego by to mogło umęczyć, ja udaję jednak, że nie męczę się nigdy, więc zmęczyłem się samym tylko udawaniem. Kiedy wczoraj szedłem przez miasto wigilią ogłuszone, jakby w łeb mu walnąć, jakby mu oczy wyłupić, zrozumiałem, gdzie zrobiłem błąd. Wymyśliłem sobie takie wielkie żegnanie się z rodziną i przyjaciółmi, co nie miało sensu chociażby dlatego, że tak naprawdę nie ma żadnego powodu, żeby się żegnać, ja się nie żegnam, gdyż przecież nie nurkuję za żadnym horyzontem. Będę tkwił na wyspie, rzut kamieniem od Polski, i widywał bliskich mniej więcej tak często, jak widuję. Tymczasem zdołałem zarazić się niepotrzebnym wrażeniem, że tak nie będzie, że zniknę, zaszyję się w jakiejś lodowej jamce i będę liczył krople zamrożonej wody gromadzące się na klepisku mojego serca. Ja-samotnik, ja-knur, zaprawdę nie mogę żyć bez ludzi, choć często ich nie lubię, choć bardzo męczę się ludźmi, to bez ich złości i miłości sam zmieniam się w upiora.
Nienawidzę kpiarzy. Mam na myśli nową powieść, „Krótkie życia kpiarzy i szyderców”. Niby nic nowego, gdyż nienawidzę wszystkich moich książek, lecz ten przypadek jest szczególny. Trzęsę się, gdy tylko mam zasiąść do pisania, piszę niesłychanie powoli, głowa zwisa nad klawiaturą, palce długo szukają drogi do słowa. Towarzyszy temu intensywne przekonanie o niskości dzieła. Może dlatego, że powieść w dużej mierze traktuje o chorobach? Chorowanie jest dość niskim stanem, znoszenie choroby niekoniecznie. Chyba nie do końca o taką niskość mi chodzi, w każdym razie nie tylko. „Kpiarze” przepełnieni są prostymi emocjami, jak zazdrość, wściekłość, poczucie niespełnienia czy różne rodzaje pogniewania się na życie. Wydarzenia spotykające bohaterów również są proste i niskie w tej prostocie. Nie miałbym nic przeciwko temu, ale to jest moja prostota, moja niskość, małość, ułomność, w skutek czego książka również może być niska, mała i ułomna. Stąd też moje męczarnie przy codziennej pracy. Nieustannie zastanawiam się, co poszło nie tak, i coraz częściej pojawia się przekonanie, że nie mógłbym znaleźć innej drogi. Każdy człowiek jest mały, ułomny, więc i ja jestem taki, sięgnąłem po tę część siebie, przelewam w plik tekstowy i jeszcze się dziwię, że nie znajduję w tym radości. I oto będzie, kiedyś zostanie ukończona. Niska książka, mała książka, przez to bardzo ważna dla mnie samego. Gdybym był chrześcijaninem lub chociaż katolikiem, mógłbym dla własnej niskości znaleźć jakieś uzasadnienie o charakterze metafizycznym. W Boże Narodzenie wiem lepiej niż kiedykolwiek, gdzie mogę sobie wszelką metafizykę wepchnąć. Ale, ale, moja niskość jest potrzebna innym. Ja, jako niski, jestem im potrzebny, dokładnie tym samym ludziom, do których będę przylatywał z deszczowej wyspy. Trudno jest być moim przyjacielem, niskość zapewne to ułatwia, zresztą takie spotkania są miłe: z twarzami przy ziemi, nosek w nosek. I może niepotrzebnie martwię się „Kpiarzami”? Może mój nochal jeszcze raz otrze się o kinole miłych czytelników, kto wie?
A jednak jestem niewolnikiem przyszłości – to naprawdę ciekawe, tkwić w jarzmie czegoś, co nie istnieje. Wróciłem do Warszawy po tygodniu spędzonym z synem, rodziną i przyjaciółmi, tak jak planowałem. Kręcę się po domu. Za oknem Stadion Narodowy wygląda jak nocnik dla Pana Boga, skrzy się ten biedny downtown warszawski, po domu spacerują koty, niespokojne i stęsknione. Za trzy dni będzie tutaj pusto, wyjadą wszystkie meble, telewizor, konsole i książki, nie licząc tych, które rozdam lub już rozdałem. Posiedzimy sobie z A na jedynym ocalałym łóżku, potem wsiądziemy w auto i zostawimy mieszkanie na zawsze. Nie ulega wątpliwości, że wrócę do Polski, być może będę nawet mieszkał w Warszawie, ale nigdy nie wrócę do tego mieszkania na Saskiej Kępie, czego żal mi niezmiernie, bo lubię to miejsce i świetnie się w nim czułem. Dużo myślę o mieszkaniach, w których niegdyś żyłem, i zwróciłem uwagę, że wspominam głównie te, gdzie byłem nieszczęśliwy. Najprawdopodobniej więc o zaczarowanej chatce na Saskiej Kępie zapomnę gdzieś w rejonach promu.