tydzień z głowy (174)
Ciekawe, jak wygląda moje życie z perspektywy kota. Czy też życie w ogóle. Myślę oczywiście o Prezesie i Kresce. Koty, to pewne, widzą inaczej niż ludzie, koncentrując się nie na kształtach i kolorach, lecz na wydarzeniach, na ruchu. Ruchu te moje zwierzaki miały co niemiara i poczułem nawet coś w rodzaju winy względem tej wykastrowanej dwójki. Najpierw parę mieszkań w Krakowie, potem Warszawa, hotel w Kopenhadze, kopenhaski dom, wszystko okupione godzinami jazdy w samochodzie. Ostatnią podróż spędziły na progu klatki, uwiązane na nazbyt krótkiej smyczy, zamykały się im zaćpane oczka, unosiła się trzecia powieka. W hotelu zaległy na skraju podwójnego łóżka, jakby na coś czekały. Boję się, że kiedyś za to zapłacą, a ja razem z nimi. Powiedzmy sobie szczerze, Prezes i Kreska są, w najlepszym razie, tuż za połową swojego życia i byłoby dobrze, gdybym czasem o tym pomyślał. Tymczasem wychodzi na to, że niepotrzebnie się martwię, gdyż koci żywot pod duńskim niebem jest żywotem przyjemnym. Rano wraz z budzikiem – lub dzwonem, w który tłucze pastor obok – rozbrzmiewa chór miauczących głodomorów. Prezes kręci się przy mnie, gdy piję kawę, robię sobie tosty, następnie siadam, żeby spisać poprzedni dzień tutaj, a jego już nie ma. Zabieram się za „Kpiarzy…” zupełnie samotnie, choć wcześniej, przy poprzednich rozdziałach, Prezes czuwał nieustannie, wyleci dopiero, gdy, w zależności od dnia, wychodzę na spacer lub trening. Przylecą na wyścigi dopiero podczas obiadu, odstąpią na czas popołudniowego pracowania, ewentualnie któryś przywlecze się z okazji książkowej, filmowej, konsolowej fazy schyłku dnia. Czuję się opuszczony, na początku wietrzyłem wielką obrazę kocią. A jednak nie. Prezes i Kreska odkryły rzecz innym kotom przyjazną, a sobie jak dotąd nieznaną. Kaloryfery. Wcześniej nie miały do nich szczęścia. Albo zabudowane, albo zimne, albo skryte pod parapetem tak, że nie dało się wyłożyć. Więc leżą. Dwa futrzane półksiężyce o miękkich kształtach.
Dlaczego piszę horrory? Cóż, ludzie powiedzieli, ja jedynie przystałem na to. Ludziom wolno mówić i myśleć, co tam chcą. Horror rozumiem jako literaturę dającą wyraz ludzkim strachom, lękom i niepokojom. To słowo, horror, jest może nietrafione, nie tylko brzmieniowo, otóż każda prawdziwa literatura jest poświęcona tej tematyce. Żadnej innej. Można by napisać, ze strach to pierwsze ludzkie doświadczenie, co nie do końca jest prawdą. Płód, dziewięciomiesięczne dziecko w łonie matki, jeszcze istota, wciąż nie człowiek, kołysze się w bezpiecznym rytmie cudzego serca, aż tu schron się rozrywa, skurcze pchają tę żywą bezbronność, tę nagą, zakrwawioną kruszynę ku światłu. Widok – czy raczej przeczucie – tego światła i gwałtowny ruch ku niemu wiążą się ze strachem, trwogą trudną do oddania w słowach. Joseph Campbell wspomina pięknie o tym doświadczeniu, powtórzonym przez psychiatrów w ramach narkotycznych eksperymentów z podświadomością, niemniej wiele mu umyka. Twierdzi, że narodziny, poczucie „ja jestem” związane są ze strachem, z trwogą. Nie ma chyba racji. Przecież gdy zaczyn mnie, potencjalny Orbitowski wywlekał się wbrew sobie z łona, ja jeszcze nie istniałem. Nie było mnie, nawet w tym rozumieniu ciągłości, łączącym mnie z ja-pięcioletnim. Nie wiem, kiedy się pojawiłem, nie pytajcie o to. Jeszcze nie byłem, a już odczuwałem trwogę, nieporównywalną z jakimkolwiek innym rodzajem trwogi dostępnym w życiu. Poza jednym przypadkiem, który również Campbellowi, spokojnemu buddyście, musiał umknąć. Trwoga powróci w chwili, gdy światło, które przywitało mnie tutaj, w jedynym dostępnym mi świecie (a także jedynym dla moich okruchów, cieni, duszy i tak dalej) zacznie nieodwołalnie gasnąć. Gdy poczuję nieustępliwą konieczność zaniknięcia w tej ciemności, gdy nowa siła wepchnie mnie w łono tego mroku, gdy będę czuł jej uda zgniatające mi głowę. Gdy śmierć zapuka do drzwi i powie z uśmiechem: „Nie, nie, tym razem ja nie po chomika”. Oj, wtedy to nie będzie wesoło. Między tymi dwoma doświadczeniami, wstąpieniem w światło i zstąpieniem w ciemność, rozpina się życie każdego człowieka. Między trwogą a trwogą. To lina, po której idziemy. Więc trudno, abym pisał o czymkolwiek innym, nawet jeśli są koty śpiące na kaloryferze, miłość, przyjaźń, pieniądze, wolność niewyobrażalna dla innych, nawet jeśli dziewięćdziesiąt osiem procent ludzi na świecie zamieniłoby się ze mną miejscami. Nie jestem winny tego, co czuję. Nie jestem dumny, że piszę to, co piszę.
Być może to błąd naszej kultury przyjemności, zwanej przez niektórych cywilizacją śmierci, a jednak najlepszej możliwej cywilizacji, która wbrew temu przezwisku wyrugowała śmierć z siebie. Ci muskularni starcy. Sześćdziesięcioletnie madonny. Chorzy konający poza zasięgiem wzroku, ustawieni potem w urnach na kominku. To dobrze dla wszystkich. Tak właśnie powinno być. Ludzie mogą być śmieszni. Powinni być szczęśliwi. Złość na takiego starca, śmianie się z takiej madonny jest rechotem pobożnego prawiczka nad rozpustnikiem. Co ze mną? Zostałem ze swoją myślą o śmierci sam, nie mam się do kogo z tym zwrócić i jeszcze jestem śmieszny z moim myśleniem.



