Gazeta Wyborcza o „Szczęśliwej ziemi”

Początkowe partie „Szczęśliwej ziemi” do złudzenia przypominają „Tracę ciepło”, powieść Orbitowskiego sprzed sześciu lat.

Znów widzimy nastolatków, jak gdyby przeflancowanych z książek dla młodzieży. Może najbardziej z kart opowieści o Panu Samochodziku – wszak jest zamek i są tajemnice. Szybko się jednak orientujemy, że to zupełnie inny pomysł literacki, odbiegający od tego, do czego zdążył nas przyzwyczaić pisarz. A więc motywów fantastycznych w „Szczęśliwej ziemi” mamy niewiele, a tandety rodem z horroru, do której miał ongiś słabość, jeszcze mniej. Zaskakuje egzystencjalny smutek, jakim podszyta jest ta powieść.

Wszechobecność śmierci

Gdyby rzecz sprowadzić do jednego zdania, można by powiedzieć, że „Szczęśliwa ziemia” to literackie rozwinięcie znanego porzekadła: uważaj, czego pragniesz, bo możesz to dostać.

Zrazu jesteśmy w fikcyjnym miasteczku Rykusmyku ulokowanym gdzieś na Dolnym Śląsku. Nad mieściną góruje zrujnowany zamek piastowski, mamy mniej więcej drugą połowę lat 90. XX w. Piątka kumpli oddaje się typowym grom i zabawom wieku licealnego, ale też każdy z nich zmaga się z jakimś bólem. Na przykład Szymek, główny opowiadacz „Szczęśliwej ziemi”, nie radzi sobie z alkoholizmem matki i z tym, że nie wie, kim jest jego ojciec. Ponadto od najwcześniejszych lat słyszy w głowie nieprzyjemne dźwięki zwane w powieści skrzekiem.

W wersji elektronicznej książkę można kupić TUTAJ

Chłopaki obiecują sobie, że zaraz po maturze wyruszą w wielki świat, bo Rykusmyku to dziura, miejsce nieznośne pod każdym względem. Zdarzeniem cementującym ich przyjaźń ma być zapuszczenie się w labirynt podziemnych korytarzy zamku. Tam spotykają bestię – byka, który zabija jednego z nich. Ten baśniowy motyw – jak wszystkie pozostałe w „Szczęśliwej ziemi” – ma wykładnię symboliczną. Odsyła do tego, co nie mieści się w wyobrażeniu o beztroskiej młodości, przypomina o istnieniu mrocznych sił i o wszechobecności śmierci.

I tu warto odnotować postęp. Otóż w najnowszej powieści Orbitowski nie używa fantastycznych gadżetów dla efektu i z chęci utrzymania się w ulubionej konwencji horroru. „Szczęśliwej ziemi” najbliżej do konwencji powieści obyczajowej. Baśniowa groza i inne – by tak rzec – zjawiska paranormalne zostały tu pomyślane jako rewers banalnej rzeczywistości. Reprezentują to, co w nas i w naszym życiu mroczne i niepojęte.

Czy warto raz jeszcze spotkać się z bestią?

W kolejnych rozdziałach przedstawia dalsze losy bohaterów, mniej więcej do chwili, gdy w połowie trzeciej dekady życia dopada ich życiowy kryzys. Przypomnijmy – pozostało czterech chłopaków, z których tylko trzech wyrusza w wielki świat. Szymek znalazł bowiem szczęście na miejscu, wiążąc się z miłą, acz ekscentryczną Teklą. Szczęśliwym małżonkiem i dobrym mieszczaninem nie był jednak długo – opętana przez demony Tekla zadaje sobie śmierć. Bartek w Kopenhadze też nie zaznał szczęścia, mimo że jako menedżer w międzynarodowej korporacji odniósł sukces. Greczynka Maya, miłość jego życia, również postradała zmysły. Z kolei Staszkowi, deweloperowi działającemu wWarszawie, przydarzyła się bolesna plajta. Wreszcie Karol, krakowski dziennikarz, oddala się od żony i chorego na autyzm synka, a na dodatek wikła się w aferę z doktoratempisanym na zamówienie gangstera.

Bliżej finału powieści czterej mężczyźni przeczołgani przez życie spotykają się po latach w rodzinnym Rykusmyku. Nie powiem, czym to spotkanie zaowocowało, zasygnalizuję tylko, że zaczyna się od wątpliwości, czy warto raz jeszcze zejść do podziemi zamku i spotkać się z bestią. Bliżej finału poznajemy też treść średniowiecznej legendy o tytułowej szczęśliwej ziemi, a właściwie o przekleństwie ciążącym nad Rykusmyku.

Wiemy na pewno, że cztery pomysły na życie doprowadziły bohaterów do klęski. „Przecież jesteśmy młodzi” – mówi jeden z nich. Warto więc zacząć raz jeszcze, no i zajrzeć do książki Orbitowskiego, żeby się przekonać, na czym to nowe otwarcie może polegać. I czy w ogóle jest możliwe.

„Szczęśliwa ziemia” nie jest powieścią idealną, zwłaszcza od strony stylistycznej – drażni prosta składnia i chropowatość języka. Ale jako opowieść o dojrzewaniu i życiowych bilansach dzisiejszych trzydziestoparolatków zaciekawia i przekonuje. Nie tylko dlatego, że jest bodaj pierwszym rozrachunkowym przedsięwzięciem w tym segmencie wiekowym. Urodzeni pod koniec lat 70. po raz pierwszy pytają, co poszło nie tak.

Dariusz Nowacki