Paweł Goźliński o „Szczęśliwej ziemi”

„Ostatnio pisał o alternatywnej historii Warszawy, w której nie było Powstania, za to Kamil Krzysztof Baczyński żył i wiódł – aż do zaskakującego zwrotu akcji – żywot poety w Polsce Ludowej (powieść „Widma”). Tym razem Łukasz Orbitowski, specjalista od wysysania grozy z codzienności, wraca do współczesności, choć akcja jego nowej powieści rozkręca się w miejscu mniej konkretnym niż w „Widmach” czy „Świętym Wrocławiu”. To miasteczko Rykusmyku, gdzieś pod Legnicą, dziura właściwie z zamkiem i legendą o spełnionych marzeniach, za które ktoś musi zapłacić śmiercią. Baśń, horror? Po trosze. Orbitowski spenetrował obydwa gatunki w poprzednich swoich powieściach i opowiadaniach, ale teraz służą mu one co najwyżej jako podpory w całkiem misternie stworzonej konstrukcji. Jej sens i cel są jednak gdzie indziej. Oto grupie przyjaciół – poznajemy tylko ich ksywki – sportretowanych jak w klasycznej obyczajowej powieści o dojrzewaniu coś się przydarza. Co? Byłby to ewidentny spojler, więc nie zdradzę. To coś ma, albo i nie ma wpływu na ich dalsze losy i o losach tych będzie to powieść, brutalna, mroczna, choć trzymająca bebechy tam, gdzie miejsce bebechów – w precyzyjnie wyznaczonych granicach formy. Bo „Szczęśliwa ziemia” to również powieściowa układanka: dorośli bohaterowie to już imiona, nazwiska, pozycje w życiowych układach, miejsca zamieszkania (również Kopenhaga, gdzie Orbitowski – co widać po jego powieści – trochę się męczy). Teraz czytelnik musi je dopasować do dziecięcych przezwisk. I do dziecięcych przeżyć, które przecież mają nas kształtować na całe życie. Piszą tu i tam, że to najlepsza i najdojrzalsza dotychczasowa powieść Orbitowskiego. Na pewno. Najwięcej znaczy tu jednak słowo dojrzałość. Bo „Szczęśliwa ziemia” to jedna z najważniejszych polskich powieści o dojrzewaniu i dojrzałości dzisiejszych trzydziestoparolatków.”

Cały tekst znajduje się pod tym adresem.