Tydzień z głowy (435)

O dobroczynności

Hobbes-Leviathan

Ku swojemu zdumieniu zainicjowałem akcję dobroczynną. Ta niecodzienna sytuacja wymaga paru słów wyjaśnienia.

Obiecywałem sobie, że nigdy tego nie zrobię. Nie ufam dobroczyńcom, wydają mi się podejrzani. Chcę, żeby ludzie mi ufali, i nie mam ochoty kojarzyć się z czymkolwiek podejrzanym. Mężczyzna winien się troszczyć wyłącznie o swoich. Jest z tym wystarczająco dużo roboty.

Jestem wyjałowiony z wszelkich instynktów społecznych. Czytałem kiedyś o czymś takim jak dobro wspólne, lecz nie potrafię go dostrzec, podobnie jak daltonista zdaje sobie sprawę z istnienia barwy czerwonej, nie mając pojęcia, jak ona wygląda. Uważam, że wszyscy ludzie kotłują się w brzuchu hobbsowskiego lewiatana. Przyjaźń to naprawdę sojusz. Miłość jest formą wojny.

Mało tego, jestem self-made manem, dokładnie takim, po jakim skaczą teraz na stronach Nowego Obywatela czy innych lewicowych portali. Wszystko, co mam, wydarłem życiu, raz zdobytego nie oddam, prędzej gardła poprzegryzam. Z ogromnym zdziwieniem i jeszcze większym politowaniem przyglądam się młodemu pokoleniu, którego przedstawiciele wydają się sądzić, że cokolwiek im się należy. Otóż nie, misiaczki.

Nie potrafię jednak przejść obok osobniczego nieszczęścia, wobec tragedii, która ma imię, twarz, swoją historię, która spogląda w moim kierunku i mówi. Staję się wówczas bezbronny jak dziecko porzucone w lesie, do tego ogarnięty, na zmianę, tkliwością i furią na wielką krzywdę zapisaną w świecie. Postawiony wobec skrzywdzonego, jestem gotów się rozdać i roztrwonić. Jeśli będę żył wystarczająco długo, skończę jako starzec rozbijający zimą piwniczne okna, obłąkany przyjaciel kotów. Boję się tej perspektywy.

Nietzscheańską obserwację o śmierci Boga znają wszyscy. W „Tako rzecze Zaratustra” znajduje się przyczyna tej śmierci. Boga zabiła litość nad ludźmi. A jeśli litość dała sobie radę z Bogiem, los Orbitowskiego jest przesądzony.