Tydzień z głowy (440)

Posted on 27 lutego 2017

O nawróceniu

paul-the-apostle

Wielu ludzi mówi mi, że kiedyś się nawrócę, że uwierzę w Boga i będę ganiał do kościoła, takiego albo innego. Ci ludzie najczęściej nie znają mnie dobrze, ale paru przyjaciół rzeczywiście uważa, że jestem ukrytym chrześcijaninem. Mijają lata, a z nawrócenia nici. Cieszę się z tego powodu, zamierzam zgasnąć w niewierze.

Przyczyny, dla których unikam nawrócenia, są dwie, zewnętrzna i wewnętrzna. Nie nawracam się zarówno ze względu na świat, jak i na siebie.

Byłbym okropnym chrześcijaninem, jednym z tych najgorszych. Do wszystkiego w moim życiu podchodzę z dużą starannością i konsekwencją, nigdy też nie bawię się w półśrodki. Jestem, na przykład, całkowitym i totalnym bezbożnikiem. Nawróciwszy się, stałbym się najgorszym typem chrześcijanina faryzejskiego, podążałbym ścieżkami wytyczonymi przez terlikowszczyzne, liczył diabły na główce od szpilki, niepomny na belkę we własnym oku. Znam siebie i wiem, że tak by było – napominałbym innych, stałbym się utrapieniem, zwłaszcza dla najbliższych. Wolę mieć przyjaciół, niż być zbawiony.

Istnieje i drugi powód. Otóż wydaje mi się, że nie istnieje coś takiego jak Dobra Nowina. Religia, przynajmniej w monoteistycznym ujęciu, to nie radość, lecz ciężar. Wiedzą o tym Hindusi i każdy mądry rabin. Przyjmując Boga do swojego serca, wikłam się nie tylko w skomplikowany system nakazów i zakazów, ale i metafizyczną wątpliwość związaną z życiem pozagrobowym. Barany czy owce, góra czy też dół? Dlatego też jestem przeciwny wszelkiej misyjności. Nie powinno się ludziom wciskać takich rzeczy.

Nie mam żadnych oporów, by krzywdzić siebie i innych. Ale nie w ten sposób.