Tydzień z głowy (450)

Posted on 8 maja 2017

O karmieniu Lewiatana

leviatan

Grafika: Michael McDevitt

Ziemia – w sensie metaforycznym – spoczywa na grzbiecie Lewiatana. Określenie to nie jest do końca precyzyjne. Lewiatan jest w każdym z nas, ale i w kosmosie. Jako na górze, tako i na dole.

Lewiatan pochłonie kiedyś świadomość nas wszystkich, sprawiając, że nasze myśli, uczucia, marzenia i lęki nieodwołalnie przestaną istnieć. Lewiatan śpiewa, jego pieśń bierze się z głodu i jest pustką.

Wydaje mi się, że większość ludzi ją słyszy (ja na pewno), ale niekoniecznie wie, co to takiego. Dociera do nich coś bardzo niepokojącego i groźnego, czego jednak nie potrafią nazwać. Może nawet udają, że nic tam nie śpiewa? Niewątpliwie pragną, aby to choć na chwilę zamilkło.

Aby Lewiatan zamilkł, musi zostać nakarmiony. Pod tym jednym względem jest taki sam jak my. Nie potrafimy przecież śpiewać z pełnymi ustami. Lewiatan także. Żuje, więc milczy.

Lewiatan je mnóstwo rzeczy. Niemal wszystko mu smakuje, na przykład miłość, przyjaźń, macierzyństwo i ojcostwo, a także twórczość wszelka, poszukiwanie przygód, wiara żarliwa oraz sport. Mógłbym wyliczać tak bez końca. Kochamy, wychowujemy dzieci, piszemy książki i odwiedzamy rodziców po to, aby nakarmić Lewiatana. Niech się zamknie, chociaż na chwilę.

Szczęśliwe zwierzęta nie słyszą pieśni Lewiatana. My jednak tak. Dzięki niej cieszymy się fugami Bacha i napędem na cztery koła. Mamy też o wiele mniej domów starców i sierocińców.

Och, ten Lewiatan. Tak dobrze, że jest.