Tydzień z głowy (456)

Posted on 19 czerwca 2017

O snach i śnieniu

Nosferatu_2-580x368

Nie ma czegoś takiego jak koszmarny sen. Wszystkie moje sny są koszmarne. Śni mi się, że uciekam. Śni mi się, że morduję ludzi w tchórzliwy sposób.

Niedawno rozmawiałem z kolegami o świadomym śnieniu. Kiedyś nawet chciałem się tego nauczyć. Podobno technika uległa daleko idącemu udoskonaleniu, czyli każdy może. Roje światłych Amerykanów śnią świadome sny.

Do czego mógłbym wykorzystać świadome śnienie? Jestem przyziemnym człowiekiem pozbawionym życiowej fantazji, więc odpowiedź narzuca się sama – otóż śniłbym o pracowaniu. Rozważałbym fabuły swoich książek, wymyślał bohaterów i  szkicował kolejne odcinki programu gdzieś tam, w fantazmatycznych labiryntach mojej zakurzonej głowy.

Takie rozwiązanie uczyniłoby mnie kimś wyjątkowym. Czas we śnie biegnie inaczej. Czterdziestominutowy sen śnię przez dziesięć minut, z głową na poduszce. Oznacza to (ujmując rzecz skrótowo), że wykorzystując metodę świadomego śnienia, mogę stać się jedynym człowiekiem na świecie, który pracuje 48 godzin na dobę.

Piszę o tym wszystkim, bo dziś w nocy miałem sen o wypadającym zębie, po raz pierwszy w życiu. Ruszał się w dolnej szczęce, aż wreszcie wypadł. Zdaniem onejromantów to poważna sprawa. Zwiastuje śmierć kogoś bliskiego. Jung uważał, że w ten sposób manifestują się lęki przed utratą witalności, za to Freud rozumował bardziej przyziemnie: ot, niebawem uschnie mi kuśka. Nic dziwnego, że obudziłem się przejęty, a nawet przestraszony.

Oprzytomniawszy, przejechałem językiem po szczęce i splunąłem kawałkiem dolnej czwórki na mokrą poduszkę.