tydzień z głowy (462)

Posted on 31 lipca 2017

O wypaleniu twórczym 

francisco-collantes-the-burning-of-troy1

Słyszałem o wielu artystach, którzy wypalili się twórczo. Malarz zastygał z pędzlem w swej śmierdzącej terpentyną pracowni. Pisarz siwiał przed pustą kartką papieru. Gitarzyście nutki pouciekały z dziurawych kieszeni.

Wypalenie twórcze – te słowa sugerują jakąś posępną grozę. Wyobrażam sobie głowę, która obserwowana z zewnątrz wygląda całkiem normalnie (jeśli nie liczyć oczu niczym płytkie, okopcone jamki), ale gdyby ją przekroić, ujawniłaby się pusta, zwęglona przestrzeń, coś na kształt ziemniaka, który przeleżał nazbyt długo w żarze ogniska. Prawda okazuje się inna. Wypalony artysta jest smutnym, przemądrzałym snujem, do tego mięciutkim w środku.

Sam, dawno temu, byłem bliski wypalenia i mogę powiedzieć, że prawdziwy artysta nie wypala się nigdy. Co najwyżej znudzi się swoją pracą albo uzna ją za niepotrzebną. Nikt też nie musi być artystą przez całe swoje życie. Powołanie często dobiega końca przed linią mety. Uciekinierzy z klasztorów o tym wiedzą.

Przez lata pisałem, korzystając z tego, co mi się przydarzyło. Po prostu brałem swoje przygody, emocje i jazdy, przerabiałem trochę i wsadzałem do książek. Ludziom się nawet podobało. Ufam, że docenili szczerość. Aż pewnego dnia, jakoś w rejonach 2009 roku, zrozumiałem, że opisałem już wszystko. Nie miałem nowych przygód, uczuć i przemyśleń. Nie bardzo wiedziałem, co z tym zrobić, chodziło mi nawet po głowie, by sprowokować jakąś przygodę.

A potem zrozumiałem, że nie muszę mieć żadnej przygody, bo po tym smutnym świecie łazi siedem i pół miliarda ludzi, z których każdy coś przeżył, a ja swoim pisarskim prawem mogę brać te życia, przerabiać, tak jak przerobiłem swoje na użytek literackiej fikcji. Siebie i swój marny skądinąd świat wewnętrzny pozostawiam w spokoju. I tak już ledwo dycha.

Kto grzebie w sobie, ten wygrzebie wszystko. Na świat życia nie starczy.