Tydzień z głowy (464)

O największym szczęściu

800px-Caravaggio_Judith_Beheading_Holofernes

Mój obyty w bólu przyjaciel ma własny ranking cierpienia. Na trzecim miejscu wymienia otwarte złamanie, drugie zarezerwował na ból zęba. Zwycięzcą jest, ponoć, pierwszy stolec po wycięciu hemoroidów.

Nigdy niczego nie złamałem, hemoroidy traktuję jako pieśń przyszłości nieodwołalnie związaną z moim zawodem ale o bólu też mogę powiedzieć parę słów. Na przykład mam krzywą nóżkę i czasem dostaję zapalenia śródstopia. Napierdala mnie tak, że nie mogę niczego dotknąć tą nieszczęsną nóżką. Wprawiłem się w podskakiwaniu: tym sposobem przemierzyłem pół Sopotu i całą starówkę Edynburga.

Zęby to też był koszmar, zwłaszcza, że mam słabe z natury i jeszcze zniszczyłem je sobie pijąc jabcoki w młodości. Były tygodnie kiedy na przemian wiłem się z bólu i kiwałem się na krześle, otumaniony ketonalem. Teraz jest już lepiej, głównie dlatego, że twardzielem będąc odważyłem się odwiedzić dentystę. Większość zębów mam już zatrutych, sztucznych albo nie mam ich wcale.

Chcę jednak podzielić się innym doświadczeniem. Mianowicie nigdy w życiu nie bolała mnie głowa. Nawet nie wiem jak to jest, gdzie właściwie boli, jak bardzo, jak długo i co z tym nieszczęściem można zrobić. W młodości balowałem przez długie tygodnie od rana do nocy, budziłem się słaby, rozkojarzony, targany przez torsje – lecz nigdy nie bolał mnie łeb.

Przez jakiś czas uważałem nawet, że innych też nic tam, pod dyńką, nie napierdala, że to ściema w stylu bólu brzucha u dziecka. Ale już tak nie sądzę, gdyż wiem, że wygrałem życie. Jestem szczerbaty, mam krzywą nogę, ryj jak orangutan, nie jeżdżę samochodem, cierpię na bezsenność, nie umiem grać w piłkę i zacinam się w windzie.

Ale nigdy nie bolała mnie głowa.