Tydzień z głowy (463)

Posted on 7 sierpnia 2017

O wzgórzu trzech krzyży

golgotha_by_radojavor-d7f6o4n

Rado Javor: http://radojavor.deviantart.com

 Ostatnie parę dni spędziłem w Kazimierzu Dolnym, na festiwalu Dwa Brzegi. Impreza udała się na medal. Byłem z dzieckiem, więc wszystkie siły skoncentrowaliśmy na przebywaniu w namiocie z grami planszowymi. Zaraz będę się nabijał i wyzłośliwiał, więc zaznaczam, iż nie zamierzam pluć jadem w stronę organizatorów.

Kazimierz jest malowniczą dziurą nad Wisłą, gdzie w sezonie letnim przyjeżdża mniej więcej tyle osób, co do Krakowa podczas papieskiej wizyty. W sklepach duszno, tłumnie, kelnerki nie podchodzą do stolików. W dziesiątkach galerii próżno szukać choćby jednego dobrego obrazu. Nigdzie można płacić kartą. Mniej więcej w połowie drogi stateczkiem, usadzony między tłustą młodzieżą a szwadronem tłustych, rumianych niewiast, obiecałem sobie, że następne wakacje spędzam w Bytomiu. To chyba zakonnice bezhabitowe były, te rumiane niewiasty.

Nad miastem wznosi się pagór zwieńczony aż trzema krzyżami. Chyba jest wspanialszy niż Giewont, gdyż tam postawili tylko jeden. Krzyże upamiętniają zwycięstwo nad zarazą trawiącą to miasto wiele wieków temu. Widziane z dołu wzbudziły we mnie podwójny smutek. Jestem przecież bezbożnikiem, a do tego nabrałem przekonania, że Kazimierz, z tymi knotami w galeriach, tłokiem i pizzą z mikrofali, zasłużył tylko na nawrót plagi.

No ale poszliśmy z młodym na tę całą górkę stromym i krótkim podejściem. Na samym szczycie, na krawędzi lasu okalającego łysy placek ziemi, z którego sterczą krzyże, stała sobie budka. I pani z tej budki powiedziała, że halo, że proszę czekać, wejście na górę kosztuje dwa złote, no i kartą się nie da.

Cztery złote (za mnie i juniora) to żadne pieniądze, no ale trzeba je mieć – i to w blaszkach. Nikt mnie nie uprzedził, że w Kazimierzu spacerowanie jest płatne. Pomyślałem, że taka budka powinna stać na dole, ale wówczas nikt by się aż tak nie palił do wejścia na tę Golgotę Słowiańszczyzny. A potem pojawiła się myśl druga, daleko bardziej niepokojąca.

Opłata opiewa za wejście na górę. Tymczasem ja już na tę górę wszedłem. Odmawiając opłaty (choćby ze względu na brak drobnych), dopuszczam się czegoś karygodnego, a mianowicie wyłudzenia wejścia na górkę. Jakie są konsekwencje takiego przewinienia? Będę musiał kupić obraz? Kto tego pilnuje? Przecież nie ta smutna dziewczyna w budce. A zatem czy istnieje górkowy odpowiednik kanara? Co gorsza, wtargałem ze sobą dziecko, czyniąc je wspólnikiem w czynie zabronionym. Za moją sprawą Julek poczynił pierwszy krok w nieuczciwość: wyłudził wejście na górkę. John Dillinger zaczynał od czegoś podobnego.

Na szczęście wygrzebałem ze spodni ostatniego piątaka. Spod krzyży rozciągała się panorama miasta z uroczym ryneczkiem, arkadami i tłumem karnie stojącym w ogonku. Była to kolejka do bankomatu.