Tydzień z głowy (465)

O złości

TYRANNOSAUR-jumbo

Mama przypomniała mi niedawno, że ćwierć wieku temu kopałem drzwi windy bo ta nie przyjeżdżała. W dawnych latach wściekałem się zresztą na wszystko: na nie przyjeżdżający tramwaj, na ludzi w kolejce, na faceta co za długo piwo zamawia i tak dalej. Byłem chodzącą bombą zegarową. Maszerowałem zaciskając pięści w kieszeniach i byłem gotów ruszać do walki ze światem zawsze, o wszystko.

Wściekały mnie też rzeczy grubszego kalibru, na przykład Kościół katolicki, kolejne rządy albo staruszkowie. Uważałem (może nie bez pewnej racji), iż zniszczyli nasz kraj. Dalej przychodził gniew na rzeczy subtelniejsze. Wkurwiała mnie śmierć. Przeklinałem Boga, w którego przecież nie wierzyłem ani przez moment. Wreszcie, wkurwiałem się na bezlitosny los, który skazał staruszków na samotność, nieważność, cierpienie.

Dziś wciąż złoszczę się na nieprzyjeżdżający tramwaj bądź permanentną nieobecność taksówek ale z resztą rzeczy się pogodziłem. Kościół coraz intensywniej uczestniczy w życiu społecznym, a przecież nie ma lepszej drogi do ateizmu niż częsty kontakt z klerem. Postarzałem się troszeczkę i rozumiem, że kiedyś umrę. Trudno, przecież nie zabiję się z tego powodu.

Czasem myślę sobie, że powinienem zacząć się złościć na różne rzeczy, które dzieją się w naszym pięknym kraju. Być może byłoby to nawet przyzwoite. Z przyzwoitością nigdy nie było mi po drodze. Musiałbym jednak nauczyć się złościć na te różne rzeczy.

A nauka mnie złości.