Tydzień z głowy (466)

Zajdel czyli życie 

zajdel

Dziesięć lat temu najbardziej na świecie chciałem dostać Zajdla. Może nie najbardziej, bo miałem chyba gorętsze marzenia, ale ten Zajdel rzeczywiście mi się śnił. Byłem młodym artystą i bardzo potrzebowałem potwierdzenia własnej wartości. Musiałem na nie poczekać bardzo długo.

Cztery razy siedziałem na gali i patrzyłem jak nagrodę odbiera ktoś inny, co gorsza, zasłużenie. Nie czułem zawiści, nie towarzyszyło mi poczucie krzywdy, po prostu pojawiało się ukucie smutku, które skutecznie rozpędzałem zakrapianą zabawą w miłym towarzystwie. Nie przeżywam swoich porażek. Zresztą, brak jakiejkolwiek nagrody trudno uznać za porażkę.

Za czwartym razem uznałem, że skoro nie dostałem Zajdla, to już go nie dostanę i pogodziłem się z tym. Jednocześnie, wypalał się we mnie fantasta. Zrozumiałem bowiem, że w fantastyce powiedziałem wszystko co mogłem, że pewien zamysł twórczy, który podjąłem podczas pisania pierwszych opowiadań zrealizował się w „Szczęśliwej ziemi”. Nie umiałem i nie umiem, przynajmniej powieściowo, powiedzieć nic więcej. Odszedłem bez żalu, bez żalu pożegnany. W ten sposób stałem się pisarzem głównonurtowym, do tego odnoszącym sukcesy. Moja wielkość wzięła się z niemocy.

Zapraszano mnie na tegoroczny Polcon, ale nie pojechałem. Wiele zawdzięczam fantastyce, ale świadomie pojawiam się rzadko i tylko na mniejszych konwentach. Byłem pewien, że słuchowisko napisane razem z Michałem Centarowskim przemknie niezauważone. Stało się inaczej. Zajdla, najważniejszą nagrodę w polskiej fantastyce otrzymałem gdy przestałem pisać fantastykę i nie odebrałem go osobiście.

Tak mam ze wszystkim: z powieściami, z pieniędzmi, z miłością, z sukcesem i z klęską, z życiem po prostu. Nigdy nie zjawiały się, kiedy ich oczekiwałem, lecz przychodziły nagle, być może wówczas gdy były naprawdę potrzebne. Życie jest mądrzejsze od nas, żyjących. A ja wiem, jak to się zakończy. Przecież napisałem „Szczęśliwą ziemię” – znam ciemne oczy byka.