Tydzień z głowy (471)

O nieznajomym z pociągu 

strangers-on-a-train2

Wracam do Krakowa z Łodzi po trasie trwającej sześć dni. Ruszyłem w Polskę gnany przez chciwość. Greed is good, indeed, rację miał Gordon Geeko. Za jej sprawą piłem wódkę w Poznaniu, zobaczyłem średniowieczną wieżę w Szamotułach i koncert Angel Witch w Łodzi, teraz wracam do domu wieczornym pociągiem, a naprzeciw mnie klapnął najprawdziwszy świr.

Spałem w kamienicy, która się trzęsła od chłodnego świtu, i uczyłem młodzież pisania manifestów, tymczasem świr ma kaszkiet, podkręcany wąs, słuchawki w uszach i wielkie, dziwne oczy skryte za okularami w rogowych oprawach. Ten rodzaj spojrzenia wydaje się zarezerwowany dla leciwych aptekarzy i dzieci obserwujących lot płonących ptaków. Te jajka wielkanocne, te malowane głazy mrugają ospale przed wielkim laptopem.

Widziałem dobrych ludzi, porządnych, prawych ludzi, którzy kochają swoje koty i dzieci, a wieczorami wypijają dwa piwka, palą jointa na balkonie i tulą się do siebie, rozumiejąc, jak ważna jest radość życia, tymczasem świr, ów kompletny szaleniec, nieustannie skubie swoje dłonie, masuje je i pieści, jakby należały do kogoś bliskiego, jakby te krótkie, drobne paluszki wydały spod siebie symfonię klasy Beethovena. Jednocześnie te palce rwą się do klawiatury komputera, stawiając wariata w nierozwiązywalnym konflikcie wewnętrznym: chce pieścić swoje dłonie, lecz pragnie również klikać.

Dostałem plakat, nosorożca i honorarium, wymarzłem solidnie, czekając w zapiętej kurtce na wieczorny  pociąg, tymczasem mój towarzysz podróży ma na sobie koszulę w delikatną kratę, beżową kamizelkę, płaszczyk do tyłka oraz krótkie spodenki niesięgające sękowatych kolan. Nagie golenie schodzą do butów pod kostkę, skarpetek nie stwierdzono. Między dłońmi, wąsami, spojrzeniem i tą nagością, jakże dziwną pierwszego października, dostrzegam napięcia, których nie potrafię zgłębić. Zresztą nie jestem od zgłębiania, tylko od patrzenia – ja, facio w czerwonych butach i koszulce Necromantii, z tą mordą, z tobołem i tatuażami.

On klika. Pieści dłonie, trąca klawiaturę, wraca do pieszczenia i tak na okrętkę. Co, jeśli ten krogulec, ten wystrojony wariat właśnie pisze o mnie?