Tydzień z głowy (473)

O tym, skąd jestem

IMG_2073

Lubię myśleć, że przybyłem z nicości, ewentualnie, że wziąłem się z gówna. Ukształtowały mnie filmy na kasetach video, komiksy, kasety Iron Maiden i powieści Mastertona. Do niedawna tak uważałem, ale zmieniłem zdanie. Już wiem: jestem z książki „Od Lewiatana do Jormungandra” pióra Zofii Drappelli.

Jestem z tej książki tak bardzo, że zapomniałem o jej istnieniu. Niedawno przeszperałem moją dziecinną biblioteczkę w mieszkaniu mamy. Szukałem jakiejś innej książki, a znalazłem tę właśnie, oprawioną w gruby papier, tak aby się nie zniszczyła.

Usiadłem i zaraz przeczytałem ją całą, stając się na ten czas dziesięcioletnim chłopcem, który otworzył ją po raz pierwszy. Drapella pisze o morskich potworach: trytonach, celsusach, polipach i wężach morskich, w szerokim mitologicznym ujęciu. Najciekawszy był oczywiście rozdział o wodnych dziwadłach ze wskazaniem na rybę-biskupa. Taką złowiono akurat w Polsce. Czemu mnie to nie dziwi?

Drapella konsekwentnie ujawniała kulturę, z której pochodziły te stwory. To u niej po raz pierwszy przeczytałem fragmenty eposu o Gilgameszu, dowiedziałem się o Marduku ćwiartującym Tiamat, zobaczyłem cudaczną głowę straszliwego boga Seta i niewiele lepszego Wisznu w towarzystwie dziewięciogłowego węża. Właśnie! Przecież u Drapelli było pełno ilustracji. Fotografie rzeźb, reprodukcje obrazów i rycin tłoczyły się niemal na każdej stronie.

Czytając – a nade wszystko oglądając – książkę Drapelli, zrozumiałem, że mój strach przed potworami (a bałem się ich naprawdę) nie jest niczym niezwykłym. Dorośli ludzie, na przykład kapitanowie statków, również się ich obawiali, a nikt nie uważał ich za tchórzy. Może ze mną nie było tak źle. Ponadto pojąłem coś, co przeczuwałem już wcześniej: sensem świata jest tajemnica, w tym wypadku ukryta pod wodą. Nie należy też ufać temu, co napotykam. Wyspa zawsze może okazać się morskim smokiem pogrążonym w drzemce.

Naczytałem się o potworach i postanowiłem stworzyć własne. Pani Zofio, dziękuję.