Tydzień z głowy (478)

O pierdoleniu 

Platos_Academy

Jest późne popołudnie, piątek, a ja pierdolę razem z dwoma kolegami na spotkaniu bibliotecznym w Gdyni. Ujmując sprawę ściślej, to głównie koledzy pierdolą, gdyż mnie przypadła rola moderatora. Kontroluję pierdolenie tych znakomitych gości, popycham je we właściwym kierunku i pomagam wydobyć esencję tego pierdolenia. Na szczęście goście są otwarci i stwarzają okazję, abym i ja troszeczkę sobie popierdolił.

Tu muszę opowiedzieć, że pierdolenie mych dwóch interlokutorów jest pierwszoklaśne, creme de la creme. Mało kto tak pięknie, kwieciście pierdoli w naszym, skądinąd nawykłym do pierdolenia kraju. Wystarczy spojrzeć na zachwyconą publiczność. Dla takiego pierdolenia warto przyjechać z Gdańska, Sopotu a nawet Wejherowa.

Mniej więcej w połowie naszego pierdolenia do sali wchodzi chłopak. Ma może dwadzieścia lat, dżinsy i sweter. Przepycha się między ludźmi, siada przed instrumentem klawiszowym, zakłada słuchawki, rozkłada nuty i zaczyna grać, mając kompletnie w czterech literach nasze pierdolenie.

Jesteśmy czterdziestoletni, jesteśmy docenieni, wydaliśmy słynne książki, nazbieraliśmy trochę nagród, a jeden z nas to nawet, fiu fiu, w filmach występował. Ludzie nas kochają. Przynajmniej niektórzy. Tymczasem ten chłopak ma za nic całą naszą wielkość, gra i słucha tego grania na słuchawkach. Niby dalej pierdolę, słucham pierdolenia, tylko nie mogę oderwać wzroku od tego chłopaka. Jest pięknie skupiony, garbi się nad instrumentem, trąca klawisze, a ja łapię się na pragnieniu, że chciałbym posłuchać tego, co tam gra.

My niby mamy wszystko, on nie ma nic, nawet własnego instrumentu. A może na odwrót? Co utraciłem, pierdoląc w Gdyni? Ten chłopak znalazł w sobie determinację, aby tutaj przychodzić. Jest artystą marzącym, szukającym, takim, który jeszcze się nie zamanifestował, nie wie nawet (bo i skąd), czy kiedyś mu wyjdzie, czy też nie.

Ale życzę mu tego, życzę naprawdę i z całego serca. Chciałbym, aby grał muzykę, jaką lubi, zyskał słuchaczy i zarobił pieniądz, chciałbym też, aby kiedyś, za dwadzieścia lat, przyszedł do tej biblioteki popierdolić troszeczkę. My, artyści, okropnie lubimy pierdolić, więc i on polubi. I może na spotkanie z nim wpełznie jakiś chłopaczyna w golfie i skórzanej marynarce, rozłoży przed sobą książki, odwróci się plecami do wszystkich, nałoży słuchawki i zacznie pisać.