Tydzień z głowy (480)

Posted on 4 grudnia 2017

O potworze

minotaur

Nieustannie jestem pytany o ewolucję swojej twórczości. „Nieustannie” odnosi się oczywiście do sytuacji publicznego przepytywania na spotkaniu autorskim albo wywiadu. Pani w sklepie nie zapyta raczej, czemu nie piszę już fantastyki. Kanar w tramwaju chce biletu, a nie nowego horroru sygnowanego moim nazwiskiem. Naprawdę dobrze zrobiłem, zajmując się czymś tak nieważnym i niszowym jak literatura. Mam święty spokój.

Zawsze kochałem potwory i próbowałem pisać właśnie o nich. Miłość do potworów wzięła się z wczesnej nastoletniości, z książek Mastertona i Tolkiena, horrorów na VHS i okładek płyt metalowych. Potem, w późnych latach dwudziestych, kiedy nieco poważniej zaczynałem myśleć o literaturze, zdecydowałem, że będę pisał fantastykę, o potworach właśnie.

Sprawę potraktowałem poważnie. Pisałem przecież dla dorosłych. Chciałem w pierwszym rzędzie, aby każdy mój potwór coś znaczył, no i był naprawdę przerażający. Potwór powinien przerażać, prawda? Zresztą ludzkość wymyślała potwory, aby się ich bać, ale i żeby się od nich uczyć. Sfinks mówi nam o tym, że mądrość pozostaje bezradna wobec ślepego przypadku, a los zwycięzcy i zwyciężonego bywa jednakowy. Winy nie zdołamy ukryć nawet w labiryncie – oto historia Minotaura.

Nakręcałem się tymi opowieściami, próbując stworzyć potwora najstraszliwszego z możliwych. Wydawało mi się, że będzie nim byk ze „Szczęśliwej ziemi”. Padło jednak na człowieka, na Jędrka z „Innej duszy”. Byk go zapowiadał. Miał przecież ludzkie dłonie.

A potem, przy najnowszej książce zrobiłem coś, do czego wcześniej brakowało mi odwagi. Sprzątnąłem potwora, spojrzałem w grozę, którą przesłaniał, która go zrodziła.