Tydzień z głowy (486)

To ciągle jest

nabuchodonozar 

Zdarza mi się pisywać o życiu szczęśliwym, o tym jak łaskawe jest dla mnie życie. Pora, bym poruszył inny temat.

Byłem bardzo smutnym młodzieńcem, chodziłem w skórzanym płaszczu i miałem pentagram wypuszczony na czarny golf. Wręcz epatowałem smutkiem, ale nie umiałem odpowiedzieć, skąd się ów smutek brał. Dziś oczywiście wiem. Chodzi o skrzek świata, o niedopasowanie między tym światem a mną, o metafizyczną grozę, o doświadczenie bezsensu trwania i potworność pustki. Czułem to wszystko, lecz nie umiałem nazwać. Teraz już umiem.

Kiedyś, dawno temu, liczyłem, że to umilknie. Nie jestem już tak naiwny. Skoro nie pomogła miłość, wódka, podróże, przyjaźnie, sukces zawodowy – to nie pomoże nic. Będę się kurwa męczył do końca moich dni. Cierpienie metafizyczne. Czemu akurat to mnie spotkało? Nie mogłem po prostu dostać garba?

Z cierpieniem metafizycznym, ze skrzekiem świata łączą się przynajmniej dwa problemy. Pierwszy taki, że istnieje masa gorszych nieszczęść. Ludzie są głodni, mają raka, bomby spadają im na domy i tak dalej. W tym kontekście, moje cierpienie jest fanaberią, kaprysem rozpieszczonego gnoja, niczym więcej. Trudno z taką myślą poczuć się lepiej. Cierpię, więc nie cierpię siebie za to, że cierpię.

Do tego dochodzi oczywiste powodzenie, lukratywność mojego losu, jakże komicznie kontrastującą z metafizyczną grozą przeszywającą moją obolałą duszę? To jak dławienie się kawiorem, jakbym kaleczył sobie dłonie pluszem koloru lila. Do skrzeku dochodzi przekonanie, że jestem człowiekiem głęboko niewdzięcznym za dobre rzeczy, które stały się moim udziałem. A ponieważ wszystko zawdzięczam sobie, obrażam się na siebie samego.

I tak, mając lat czterdzieści, ze sobą się męczę.