Tydzień z głowy (488)

O kolejkach

0002M9I2ARXIOWIV-C317-F3fot.  Krzysztof Wójcik 

 

Słuchajcie, one wróciły. Po raz pierwszy od kilkunastu lat regularnie stoję w kolejkach.

Pamiętam je jeszcze z lat osiemdziesiątych, te monstrualne, wielogodzinne kolejki do pustych sklepów. Stałem w nich ze względu na system kartkowy, czy też sprzedaż reglamentowaną. Po prostu, sprzedawano jedną torbę cukru na głowę, nie więcej. No to stałem, mały i wściekły po rzeczy, które wydawały mi się kompletnie niepotrzebne. Na ścianie budynku w którym mieścił się sklep namalowano coś, co dziś uznano by za wyjątkowo paskudny mural. Ludek okładał ludka młotkiem po głowie, a jeden z tych ludków (nie wiem już który) krzyczał „woe, woe, woe!”. „Woe” da się przetłumaczyć jako biada, niedola, nieszczęście, czego wtedy nie wiedziałem, ale teraz już wiem.

Przypomina mi się jeszcze jak na wakacjach w Kuźni Raciborskiej rzucili arbuzy. Ówczesny  status arbuza porównałbym do tego, którym cieszą się dziś single malty. Każdy by chciał, nie każdego stać, w mało którym sklepie można kupić. Więc szedłem sobie, jakoś dziesięcioletni i zobaczyłem, że w spożywczaku sprzedają te jebane arbuzy i ludzie za nimi stoją. Chciałem polecieć do mamy i powiedzieć jej o tym cudownym wydarzeniu (arbuzy, arbuzy, mamusiu są arbuzy) tylko, wytresowany staniem po cukier wiedziałem, że te cudowności wykupią mi nim obrócę, więc stanąłem w kolejce, obracając w kieszeni resztki kieszonkowego. Pieniędzy wystarczyło na trzy czwarte arbuza. Do całego brakło, połówka wydała mi się śmiesznie mała. Przecież każdy kawałek był wartością. Nie wiem czy zapakowali mi tego arbuza do jakiejś siatki, czy w szary papier, czy w ogóle nie zapakowali, co przecież jest nieważne, bo ten pokrojony, poszatkowany arbuz (bez jednej czwartej) całkowicie mi się rozpierdolił po drodze do domu. Upaskudziłem sobie porcięta, koszulinę, nogi i ramiona miałem całe w soku. Doniosłem resztki miąszu w zielonych półksiężycach. Powiedziałem mamie, że ma być ze mnie dumna, bo przecież zdobyłem arbuza. Powinna też oddać pieniądze.

Potem komuna się skończyła, kolejki wraz z nią (nie mówię oczywiście o kolejkach w przychodni). Pamiętam, że pojawiły się jeszcze na moment w Biedronkach, kiedy te ostro zaczęły wchodzić do Polski. Na każdym osiedlu stanął tani sklep i ludzie natychmiast tam przyszli. Wszystkim brakowało pieniędzy. Byłem aroganckim, agresywnym gnojkiem i stanie w kolejce uważałem za upokarzające. Brałem towary do koszyka, liczyłem ile kosztuje to wszystko, mijałem te dwadzieścia, trzydzieści osób w kolejce, kładłem pieniądze przed kasjerką, pokazywałem co mam w koszyku i wychodziłem odprowadzany przez okrzyk „proszę pana ja to musze skasować!”. Nikt mnie nie zatrzymywał. Przecież, na upartego, niczego nie ukradłem. Nie jestem dumny z takiego postępowania, pocieszam się jednak, że w tamtych czasach robiłem rzeczy o wiele gorsze. Na przykład rzucałem się z pięściami na ludzi po knajpach, bez żadnego powodu.

Teraz kolejki wróciły. Są w Biedrze, w Tesco, w Kauflandzie też. W tych sklepach akurat kupuję. Stoję wściekły, klikam w telefon i zabijam czas myśleniem. Kolejki w latach osiemdziesiątych wynikły z niedoboru towarów. Te piętnaście lat temu, w Biedrze – z biedy. Co spowodowało tę, w której stoję teraz?