Tydzień z głowy (484)

Posted on 1 stycznia 2018

Rok z głowy

moona

Ten rok był wypalaniem planet, prasowaniem się kosmosu, gwiazdy gasły, powstawały nowe wszechświaty. Odcięte warkocze komet wirowały przez pustkę. Nie wiem jak go streścić, gdzie poszukać klucza.

Po długiej chorobie zmarł mój ojciec. Zostawił po sobie obrazy i mnóstwo dobrych wspomnień. Niestety, to nie jedyna śmierć. Parę miesięcy wcześniej straciłem tez wujka. Nie wiedzieliśmy się chyba dwadzieścia lat. Wujo był morowym gościem i doglądał mojego szczęśliwego dzieciństwa. Przypomniałem sobie wielką zasadę świata. Wszystko co dobre zostanie pewnego dnia bezpowrotnie utracone.

Ale zbudowałem sobie dom (właściwie współbudowałem, domu nigdy wznosi się samotnie) i nauczyłem się nim cieszyć. Radość sprawia mi siedzenie w domu, wracanie do domu i wyjeżdżanie z domu: część mojej duszy wciąż należy do drogi. Łagodnieję, staję się bardziej wyrozumiały i spokojny. W mojej szczęce ruszają się zęby.

Są pchły, drobiazgi, mikroby. Skończyłem czterdziestkę, z czego nie wyniknęło zgoła nic, co najwyżej posiwiałem trochę. Nie mam poczucia, że przekroczyłem jakąś granicę, a policzalność lat przyszłych, przybliżający się horyzont traktuję w kategoriach dobrej motywacji. Wydałem „Exodus”, a „Dezerterzy”, mój mały program wrócił na właściwe tory. Okazało się, że wciąż umiem pisać książki i robić telewizję. Pierwszego stycznia 2017 roku wcale nie byłem tego taki pewien.

Miłość i śmierć, dom i strata, znajomości ocalone i znajomości zakończone, rozjazdy, przyjaciele, łzy. Kiedyś chciałem być najlepszym pisarzem w Polsce, ale dziś wiem jaka to niezdrowa, niedorzeczna ambicja, bo widzę jak literatura niewiele znaczy. Jest moim powołaniem, ale co kogokolwiek obchodzi moje powołanie? Interesuje mnie życie. Literatura pozwala żyć, literatura służy życiu i taka właśnie jest jej funkcja.

Piję whisky. Czytam biografię Gombrowicza. Piszę komediową jednoaktowkę. Słucham starego metalu z płyt winylowych. Ponownie przechodzę „Dark souls 3”, tym razem z bulidem na zręczność.