Tydzień z głowy (491)

Posted on 19 lutego 2018

O śmierci 

Skull

Ludzie często opowiadają co to zrobią na moim pogrzebie. Takie pogadanki wpędzają mnie w konfuzję. Z jednej strony wypada się cieszyć, bo ktoś w ogóle przyjdzie na ten cholerny pogrzeb. Martwi jedynie milczące założenie, że oni, ci wszyscy ludzie będą żyli, a ja nie. Założono, że umrę pierwszy, czego nie zamierzam, lecz nie mogę wykluczyć.

Boję się nie tyle śmierci, co procesu umierania. Obserwowanie umierających było doświadczeniem, z którym do dzisiaj nie mogę się uporać. Sama śmierć natomiast mi dynda i powiewa, że tak powiem. Nie istnieje żadne życie po śmierci. Umierając zniknę, po prostu mnie nie będzie – zawsze i nieodwracalnie. Czym tu się martwić?  Żegnaj Łukaszku!

Najchętniej nie miałbym żadnego pogrzebu. Życzę sobie, aby moje martwe ciało wyrzucono na śmietnik. Żadnych pochówków, broń Boże z honorami, a gdyby komuś przyszło do głowy chować mnie na jakiejś alei zasłużonych, proszę niech palnie się w ten durny łeb i ciśnie mnie do hasioka.

Niestety wiem, że jest to niemożliwe. W Polsce wyrzucają na śmietnik  żywych, a nie martwych.  W takim razie życzę sobie, aby pochowano mnie w nieoznaczonym grobie, a zamiast grobowca z attyką macie posadzić jakieś porządne drzewo. Na przykład dąb. Niech sobie wzrasta na moim ciele, niech korzenie wplątują się w moje kości i rozsadzają czaszkę od środka. Piszę śmiertelnie poważnie. Takie jest moje życzenie.

Póki co jednak żyję i zamierzam ten stan utrzymać. Siłę do życia biorę nie z pracy, z miłości, z ciekawości świata, czy też wyzwań jakie stawia codzienność. Po prostu wyobrażam sobie jakie przemówienia wygłoszą przyjaciele pisarze na moim pogrzebie i nagle, ze wszystkich sił, niemal rozpaczliwie – chcę żyć.