tydzień z głowy (494)

Posted on 12 marca 2018

O uszczęśliwianiu

 red

Wenzel Jamnitzer, Daphne, 1550

Kiedy byłem młody próbowałem uszczęśliwiać innych. Miałem z tym kupę roboty, bo ludzie zawsze i wszędzie są nieszczęśliwi.

Zawsze wyglądało to mniej więcej w ten sam sposób. Spomiędzy bliskich wynajdywałem jednego człowieka i usiłowałem mu pomóc. Najczęściej była to kobieta, ale nie zawsze. Jak nie miała pracy, to taką załatwiałem. Spłacałem długi. Podsuwałem sensy, pasje, rozwiązania zawikłanych sytuacji, byłem na każde skinienie i tak dalej, i tak dalej.

Osoba uszczęśliwiana nie stawała się od tego szczęśliwsza. Przeciwnie, było jeszcze gorzej. Przecież tak naprawdę nie chciała żadnej pracy. Z długami można żyć, podobnie jak z brakiem poczucia sensu. Człowiek na każde skinienie jest tylko kłopotem. Reagowałem na to źle maskowanym żalem i złością. W końcu marnowano mój, niemały wysiłek. W efekcie osoba uszczęśliwiana była jeszcze bardziej nieszczęśliwa. Psuły się kontakty ze mną, na których jej, tej osobie zależało.

Dziś już wiem, że nikomu nie da się pomóc ani nikogo nie uszczęśliwić. Kto idzie, niech idzie. Kto padnie – niech leży.  Sami wyciągamy się za włosy z bagna. Nikt za nas tego nie zrobi.

Jeden raz w życiu udało mi się kogoś uszczęśliwić. Jechałem z Krakowa, przez Sosnowiec na Śląsk, do mojego przyjaciela. Zabrałem do torby piwo, żeby wypić je w pociągu. Ale w końcu go nie wypiłem, po prostu zapomniałem o nim i już.

Poranek zastał mnie w centrum Katowic trawionych przez remont. Kręciłem się, czegoś szukałem. Podleciał do mnie skacowany człowiek, żaden tam żul, po prostu facet który ostro zapił i teraz miał z tym problem. Zażenowany popatrzył na mnie, powiedział, że nigdy o takie rzeczy nie prosi, ale teraz chyba musi – miałbym dorzucić jakiś grosz do piwa? W jego oczach zobaczyłem wstyd i pogardę do siebie. Powiedziałem, że nie dam żadnych pieniędzy, bo zaraz dostanie coś lepszego.

Wręczyłem piwo. Twarz mężczyzny – dosłownie – uniosła się lekko, a w oczach zaszkliły łzy wdzięczności. Był jak zbrodniarz, który dostał komunię od papieża. Jeszcze chwilę wcześniej jego życie było przesycone bolesną niepewnością. Bał się czy uzbiera pieniądze w wystarczającej kwocie. Musiał odnaleźć sklep. Może zdarzyłaby się kolejka? Piwo ode mnie rozwiało te czarne chmury, odpędziło wątpliwości, oferując procentowy konkret. Mężczyzna odszedł dziękując mi po stokroć, a ja dużo później zrozumiałem, że był jedynym człowiekiem, którego kiedykolwiek zdołałem uszczęśliwić.