tydzień z głowy (497)

Posted on 2 kwietnia 2018

O prawdziwej samotności

cave

Ostatnio zrozumiałem coś ważnego: nie posiadam łączności sam ze sobą w wersji minionej. Jestem bardzo świadomym człowiekiem. Wiem kim jestem. Co mogę, czego nie mogę. Potrafiłam wyznaczać sobie cele. Znam drogę na szczyt. Umiem też wygrzebać się z kanałów. Ale człowiek, którym byłem kiedyś pozostaje mi kompletnie obcy. Swoje dzieciństwo, liceum, wielką imprezę obłąkanej młodości, życie za granicą, miłości i miłostki, przyjaźnie, idee, książki wymarzone, słowem wszystko wspominam z rozsądną czułością – jak doświadczenie kogoś innego. Równie dobrze mógłbym oglądać film o jakimś młodym Orbitowskim. Dziwiłbym się co ten dureń wyrabia i trochę martwił się o niego.

To wszystko wiedziałem już dawno, ale ostatnio zrozumiałem, że ludzie tak nie mają. Wręcz przeciwnie. O swojej przeszłości myślę w trzeciej osobie. On poszedł, on zrobił. On bawił się klockami. Inni (tak sądzę) używają pierwszej. Ja poszedłem. Ja zrobiłem. Ja bawiłem się klockami. Ten rodzaj objawienia towarzyszy mi od wielu lat a potem reaguję nerwowym zdziwieniem na informację, że inni różnią się ode mnie. Jestem jedyny. To takie niepokojące.

Tej obserwacji towarzyszy obraz mniej więcej dziesięcioletniego chłopczyka. Chłopczyk ma sztruksy z łatami naszytymi na kolana, kalosze, szalik i sweterek. Stoi sobie i wyciąga rękę – biedne dziecię, które zgubiło drogę i potrzebuje przewodnika. Obok pręży się gówniarz-kabanos w obcisłych spodniach, plecaku kostce i okularach upodobniających go do zagniewanej muchy. Wyciąga rękę w stronę studenta w wojskowym swetrze.  I tak dalej aż do teraz. Ale nikt nikomu tutaj ręki nie podaje, nie chwyta, nie podtrzymuje.

Kiedyś ja także zniknę, to znaczy stanę się swoim własnym duchem, straszącym niemal za życia. Wiem, że niesłychanie to zawiłe, że mącę, ale próbuję tutaj mówić o sprawach, które tak naprawdę nie mogą zostać wyrażone. Po prostu, kiedyś stanę się człowiekiem minionym, widmem złożonym w ofierze na rzecz nowego życia. Będę matką, kokonem i zniknę. A to, co zostanie po mnie przystanie na pustkowiu, zagubione tak samo jak oni wszyscy, jak ten chłopczyk w kaloszach trzydzieści lat wcześniej i wyciągnie rękę, której nikt nie chwyci, bo nikt nie sięga po takie ręce, bo taka jest kolej rzeczy.