Tydzień z głowy (499)

O „Amadeuszu”

 amadeo

Zmarł Milos Forman, reżyser ważny dla mnie na kilku poziomach. Weźmy drogę tego faceta. Wyjechał z bratniej Czechosłowacji, nakręcił oskarowe arcydzieło z Nicholsonem, „Hair”, „Amadeusza”, po czym obrońcę wolności ujrzał w dystrybutorze pornografii. Może w tym jest jakaś słuszność, może miarą naszego rozumienia wolności jest stosunek do porno? Spokojnie tworzył, żył. Roman Polański wyjechał z Polski, nakręcił niemal oskarowe arcydzieło z Nicholsonem, po czym wlazł na trzynastolatkę od zakrystii, po czym musiał spieprzać. Polak za granico zawsze gnoju narobi.

„Amadeusza” widziałem po raz pierwszy w szkole średniej. Nasza polonistka zabrała nas do kina. W tym miejscu przesyłam podziękowania dla pani Gidlewskiej, naprawdę wiedziała co robi. „Amadeusz” otworzył mi oczy na inne kino. Dotąd byłem dzieckiem kultury VHS, oglądałem filmy z Brucem Campbellem i Dolphem Lundgrenem, czego nigdy się nie wyprę. Wprost przeciwnie, bardzo wiele mi dały jako artyście i istocie ludzkiej. Za sprawą „Amadeusza” zobaczyłem inne filmy Formana, ale także Antonioniego, Bergmana, Malicka i innych. Nie wyparłem się hałaśliwego, przerysowanego świata z którego przyszedłem, ale go ubogaciłem. „Amadeusza” po raz drugi zobaczyłem dopiero wczoraj, po dwudziestu pięciu latach.

Ten film zawiera w sobie wielką prawdę, ale i wielkie kłamstwo o artyście. To kłamstwo jest również prawdziwe, jak wszystkie wielkie kłamstwa. Nie bardzo wierzę w takich Mozartów (mówię o postaci z filmu, niewiele wiem o tym prawdziwym, zresztą, co to znaczy „prawdziwy Mozart”?). Ten brak wiary jest chyba rewersem zagubienia Salierego. Jasne, nie mam wątpliwości, że istnieją geniusze, którzy niosą w głowie całe symfonie, tomy książek czekających na napisanie i obrazy wyglądające płótna. Powiem więcej, spotkałem w swoim życiu paru takich Mozartów. Mieli pomysły i talent pozwalający na ich wykonanie. Zabrakło chęci do pracy, odrobiny pokory i woli uczenia się. Dwadzieścia lat temu mieli u stóp domy kultury. Dziś stoją grzecznie w kolejce do pośredniaka.

Być może Mozart według Formana był depozytariuszem nie tylko ogromnego talentu ale i niezwykłego szczęścia. Zyskał szansę aby być wysłuchanym i kilka lat życia. Nie umarł przedwcześnie – wprost przeciwnie, jakimś cudem ten genialny baran dokulał się do połowy swych lat trzydziestych. Przecież tacy goście toną w butelce albo wywracają się na bananie. Co go ocaliło? To kolejna prawda o artystach, którą w tle, dyskretnie, może nie intencjonalnie pokazuje film.

Otóż, ocaliła go żona, prosta kobieta przy genialnym prostaczku. W jednej z ostatnich scen widzimy, jak pędzi do Wiednia, aby ocalić męża. Przybywa jednak za późno, Amadeusz jest martwy. Ale przez resztę jego życia zawsze była na czas.