tydzień z głowy (500)

O nocach ciemnych

nightmare

Miałem bardzo dobre dni. Nagrałem dwa udane odcinki Dezerterów, z udziałem gości o których długo zabiegałem, a jakich rzadko widuję się w telewizji. Podpisałem dwa dość lukratywne kontrakty (jeden już ujawniłem, o drugim będzie wkrótce), zrobiłem sobie nowy tatuaż, a i podatek do płacenia wyszedł odrobinę mniejszy niż przewidywałem. W czwartkowy wieczór siedziałem sobie w knajpce, piłem piwko i myślałem o tym jaki jestem szczęśliwy, jak bogate, wspaniałe mam życie.

Obudziłem się w hotelu, o piątej rano, zdjęty niewysłowioną grozą: jakby ciężki but dociskał mi głowę do ziemi, a kark chłodziła lufa pistoletu. Byłem pewien, że niedługo stracę wszystko, mój dom spłonie, kariera runie, bliscy mnie opuszczą, a ja zdechnę gdzieś w bramie, w przytułku, znajdą mnie zimnego w rowie i już. Taka perspektywa wydawała się równie pewna jak prognoza pogody o nadciągającym niżu, więc trząsłem się w mokrej pościeli.

Oczywiście, przez cały czas wiedziałem, że są to bzdury. Jestem pierdolonym Orbitowskim i zawsze poradzę sobie w życiu. Nic mnie nie zdoła zmiażdżyć – tak podpowiadał rozum. Serce wiedziało coś przeciwnego.

Uświadomiłem sobie, że tak jest zawsze. Gdy tylko spotyka mnie coś miłego – na przykład spędzę uroczy wieczór z ciepłymi ludźmi, albo co gorsza dostanę prezent – budzę się o tej piątej rano dygocząc ze strachu i przeklinając siebie. Mam nawet ochotę dzwonić do ludzi, którzy byli dla mnie dobrzy, przepraszać ich za wczoraj i pytać, co im odpierdoliło, że poświęcili mi czas. Im więcej dobra oddania i życzliwości doświadczam, im więcej fajnych rzeczy mi się uda, tym głębsza jest otchłań, w którą wpadam o świcie.

Zdaję sobie sprawę, że to jakiś nonsens, dysfunkcja mózgu, emocjonalny błąd i zastanawiam się, co mógłbym z tym zrobić. Najprościej – musiałbym przestać być dla siebie dobry. Akurat w tym jestem dobry, bo przez większość życia byłem bardzo niedobry dla siebie. Czy wówczas ta groza nocy ciemnych, ten cyrk autonienawiści odstąpi? Nie, bo jeśli w tym celu zrezygnuję z bycia dobrym dla siebie, to przecież będę dobry dla siebie. I co teraz?