tydzień z głowy (505)

Posted on 28 maja 2018

O dwóch przykrościach

 china_ass

Człowiek w swoim życiu doświadcza dwóch prawdziwych nieprzyjemności: ciosu w mordę i chuja w dupie. Obrywa w łeb, albo jest dymany. Wszelkie inne przykrości są mniej lub bardziej subtelnymi wariacjami tych dwóch sytuacji.

Wiem o tym dość dobrze, ponieważ wielokrotnie przyjąłem cios na cymbał, byłem też dymany. Szczególnie smutne myśli biegną ku chwilom, gdy obie te czynności zachodziły równocześnie.

Reakcja na cios w mordę jest dość prosta. Należy oddać. Niekoniecznie natychmiast, czy też w ten sam sposób, ważne jest jednak, by przy pierwszej sposobności wyprowadzić nokautującą kontrę. Nie wolno się wahać. Nadstawianie drugiego policzka nie wchodzi w grę, bo zaraz wybiją zęby i wydłubią oczy. Ponadto, najczęściej jest tak, że wymiana ciosów załatwia sprawę. Zdrowy cios w mordę przynosi otrzeźwienie.

Z byciem wydymanym sprawy mają się gorzej, bo co w takiej sytuacji można zrobić? Ktoś ze mnie zakpił, zawiódł, oszukał. Mam teraz dymać jego? Zakpić, zawieść, oszukać? Kim wówczas będę? Otóż kimś, kim nigdy nie chciałbym zostać.

Cios w mordę tutaj nie przystoi. Walka zasadza się na równości. Ja ci przypierdolę, a może ty mnie przypierdolisz. I cudnie, i w porządku. Dymanie wręcz przeciwnie, wymaga by jeden był na górze, a drugi na dole. Polega na nierówności. Odbiera mi to wszelką przyjemność. Co to za frajda w dymaniu słabszego?

To właśnie jest najgorsze w byciu wydymanym. Właściwie nic nie można z tym fantem zrobić. Mogę się pieklić, oskarżać w Internecie, mogę wpaść z kumplami na klawisz albo podać do sądu (w zależności od tego jakie wydarzenie ukrywa się metaforycznymi obrazami chuja oraz dupy), co nie zmieni przykrego faktu, że stało się najgorsze. Wydymali mnie. Jestem frajerem. Chuj mi w dupę.

Poszukałbym pocieszenia w niewesołym losie dymających, lecz na tym świecie nie znajdziesz karmy ni sprawiedliwości. Obracam więc mokre oczy ku innym wydymanym. Ich posępne legiony ciągną się po horyzont – znajdziesz tu rolnika, księcia i biskupa. Patrzą sobie w stopy, kołyszą się obolałe dupcie. Wszyscyśmy jednacy. A ja wreszcie nie czuję się samotny.

Bracia moi, siostry moje.