tydzień z głowy (511)

Posted on 16 lipca 2018

Na Białorusi

 IMG_4528

Pojechałem na Białoruś kręcić film dokumentalny. Do diabła z filmem, sam kraj jest ciekawy.

Zawsze gdy jadę na wschód mam wrażenie, że granica przesuwa się nie o kilkadziesiąt, kilkaset, ale o parę tysięcy kilometrów. Jestem w innym świecie. Tak było na Ukrainie, na Łotwie i w Estonii, za każdym razem z innego powodu. Przypomina mi się pierdolenie polskich eurosceptyków i rewizjonistów. Złapaliśmy Boga za rogi z tą Unią Europejską, żeby zacytować językową pomyłkę zacnej koleżanki.

Białoruś z wszystkich wschodnich krajów jest najsympatyczniejsza i najciekawsza, w ogóle jest najbardziej w każdym możliwym kierunku. W wioskach, które mijaliśmy można by kręcić „Nad Niemnem”, albo film o UPA. Mowa o dziesiątkach drewnianych chatek krytych popękaną dachówką, otoczonych przez chwierutne płoty, skrytych w bezczelnym przepychu drzew.

Za to budownictwo miejskie jest sowieckie w najlepszym sensie tego słowa. Między blokami na gigantycznych osiedlach można by urządzać defilady, albo – co sensowniejsze – pograć w piłkę, wyprowadzić psa na spacer, albo obalić flaszkę na łączce między blokami. Pisze to jako chłopak z tłocznego Kazimierza, który niedawno wylądował w nowoczesnym blokowisku i zerka sąsiadom w cyce. Inna przestrzeń, odmienne myślenie o niej, do tego wszelkie budynki użyteczności publicznej, od urzędu miasta aż po szalet łączą w sobie cechy kościoła oraz twierdzy. Lubię monumentalizm minionej epoki i źle się czuję w architektonicznej, szklanej skromności późnego kapitalizmu.

I ludzie, wspaniali ludzie. Jestem za stary i na ludzi już się nie nabieram. Gdy słyszę, że ktoś gdzieś był i spotkał „takich miłych ludzi” uśmiecham się do jego własnej naiwności, a także swojej – minionej. Ludzie są wszędzie tacy sami. Ale chwile powierzchownej serdeczności, takiej radości ze spotkania zapadły mi w sercu. Pamiętam dobrze staruszki, które spotkaliśmy w Bohatyrowiczach. Miały jakoś tak pod dziewięćdziesiątkę. Robiły zakupy w sklepie obwoźnym, który przyjeżdżał dwa razy na tydzień. Sprawiały wrażenie zachwyconych tym, że ktoś mówi do nich po polsku i jeszcze się nimi interesuje. Przyjemne wrażenie pozostawił też podchmielony staruszek, który zaczepił nas rano pod hotelem. Powiedział, że bardzo interesuje się Polską, zna filmy Wajdy i Zanussiego. Uścisnął mi rękę z pięć razy i poszedł.

Wszędzie było czysto, czyściej niż u nas. Na ulicy nocą czułem się bezpiecznie. Celnicy białoruscy są dużo bardziej pomocni niż polscy. A, jedna z tych staruszka w Bohatyrowiczach kupiła sobie dwie flaszki wódki. I tak właśnie tam było.