Tydzień z głowy (512)

Posted on 23 lipca 2018

Traktat przeciwko marchewce

fire 

Już samo istnienie czegoś tak potwornego jak marchew stanowi niezwyciężony oręż w rękach ateistów. Marchew, jej sataniczna obecność na stołach i w warzywniakach bezdyskusyjnie przeczy istnieniu miłosiernego Stwórcy troszczącego się o dobro swego stworzenia. Co najwyżej wskazuje na bolesną obecność bezlitosnego i głupiego Demiurga gnostyków, który, nienawidząc iskierek światła zatopionego w ludziach, do kruchej i brudnej materii dorzucił i marchewkę.

Niestety, ta sama straszliwa marchew odbiera zasadność wiary w celowość ład doboru naturalnego, w co jakże naiwnie wierzą niektórzy ludzie nauki. Przeciwnie, marchew ze swoją barwą, konsystencją, wonią i tak zwanym smakiem jednoznacznie wskazuje, że przyroda to chaos i festiwal pomyłek, to nieme i ślepe piekło urządzone w cieniu tronu bezlitosnej dyktatury genów, zdolnych wydać z siebie okropności przy których Apokalipsa św. Jana wydaje się weekendem w Ciechocinku.

Co zrobić, co z tym zrobić? Możemy ostrzegać ludzi, ja Ciebie, ty mnie. Ratujmy nasze dzieci.

Marchew musi zostać wyrugowana z restauracji, sklepów spożywczych i warzywniaków. Na wszelki wypadek należałoby zlikwidować same warzywniaki. Jeśli ten szlachetny cel okaże się niemożliwy do osiągnięcia winniśmy stworzyć system wczesnego ostrzegania. Twórzmy mapy i grupy na portalach społecznościowych, gdzie będziemy mogli wymieniać haniebne miejsca, w których nowi barbarzyńcy sprzedają tę mroczną pomyłkę przyrody. Sklepy i restauracje gdzie oferują tę potworność musimy oznakować, najlepiej wielkim neonem UWAGA MARCHEW widocznym z kilkuset metrów.

W wypadku zetknięcia się z marchwią musimy zachować daleko idące środki ostrożności. Usuwanie marchwi winno dokonywać się z udziałem wyspecjalizowanych lekarzy i techników medycznych powiązanych z wojskiem. Odziani w szczelne, białe skafandry znane z amerykańskich filmów o epidemiach wynosiliby marchew ze stołówek szkolnych, barów mlecznych i tym podobnych. Postuluję również stygmatyzację wielbicieli marchwi, a konkretnie wypalanie im żelazem znaku królika na czołach.

Co zrobić z zarekwirowaną marchwią? W mojej opinii należy wywieźć ją do jakiegoś dzikiego kraju i tam unicestwić ogniem. Innymi słowy należy powtórzyć tę samą metodę, którą bogate kraje Europy zachodniej zastosowały względem Polski, wwożąc do nas swoje śmieci. Czym jednak są tony plastiku, czy nawet odpady radioaktywne wobec tej nagiej grozy, Belzebuba flory – marchewki?

Noblesse oblige!