Tydzień z głowy (514)

Posted on 6 sierpnia 2018

Na Mazurach

 mazur

Przez całe życie wzbraniałem się przed pływaniem na łódkach. Jestem wolny od wszelkiego romantyzmu, więc żagiel i bezkres wód niewiele mi robią. Nigdy nie byliśmy, nie jesteśmy i nigdy nie będziemy wolni. Właśnie – zamknięta przestrzeń łódki, niemożność jej opuszczenia, ludzie tam się tłoczący kojarzyli mi się z więzienną celą.

No ale popłynąłem. Trochę dlatego, że mój przyjaciel mnie namówił, a trochę ponieważ łódki rozstrzygnęły problem wakacji z moim synem. Chciałem, abyśmy pojechali gdzieś razem na parę dni. Nie mogłem wymyślić miejsca. Zasłaniałem się brakiem czasu, branżowymi wyjazdami, koniecznością pisania książki, poza tym dom jest także od tego, aby siedzieć w nim w wakacje.

Pogoda ducha zasadza się na konsekwentnym poszukiwaniu powodów do radości. Na łódkach miałem mnóstwo uciechy. Radowałem się, że ani razu nie wypadłem za burtę, a z deski, na której tak pięknie śmigały obecne z nami dzieci zleciałem jedyne trzy razy. Nie oberwałem grotem w głowę (grot, jeśli dobrze pamiętam, to taki drąg na którym trzyma się żagiel, ustawiony równolegle do pokładu), a nade wszystko nie upuściłem kotwicy razem z liną za burtę, na głębokości piętnastu metrów. Tego bałem się najbardziej. Nie wiem co byśmy wówczas zrobili.

Jest jakaś łagodna, lecz wyczuwalna przyjemność w obserwowaniu dzieci oderwanych od ekranów. Dzieci w wodzie. Dzieci budują zamki z piasku. Dzieci grają w karty. Dzieci na desce. Dzieci biegają po poniemieckich bunkrach. Dzieci wchodzą na wieżę widokową. Dzieci wybierają liny. Dzieci moczą nogi. I tak dalej. Wówczas miałem mocne, choć mylne zapewne wrażenie, że przepaść między mną a nimi zostanie kiedyś przekroczona.

Dowiedziałem się też innej, ważnej rzeczy. Żeglowanie polega na siedzeniu w przystani, nad rybą i kufelkiem. Ten rodzaj przygody pod żaglami akceptuję.