Tydzień z głowy (519)

Tamy na strumieniu

ship-of-fools 

Przypomniało mi się dziś rano jak byłem mały i budowałem tamy na strumieniu. Strumień płynął przez wioskę Niedźwiedź, niedaleko Mszany Dolnej, na skraju Groczańskiego Parku Narodowego gdzie z mamą spędzaliśmy wakacje. W ogóle, fajnie było w tym Niedźwiedziu. Po raz pierwszy próbowałem poderwać dziewczynę, oczywiście nieskutecznie. Paliliśmy ogniska. Zyskałem podstawową wiedzę o wypasaniu krów. Starszy kolega potrafił trafiać krowy kamieniem w rogi. Pozwalał mi nawet wybrać róg, prawy albo lewy. Niesłychanie mi to imponowało.

Strumień był wąski, płytki i bardzo kamienisty, słowem do tam nadawał się idealnie. Najpierw znosiłem jak największe kamienie. Niektóre były tak ciężkie, że toczyłem je po dnie. Jakieś drobne stworzona pryskały z odsłoniętej jamy, a ja już wznosiłem konstrukcję od brzegu do brzegu. Między wielkie kamienie wpychałem mniejsze. Uszczelniałem żwirem, przemokniętymi roślinami, niesłychanie użyteczne były też śmieci: kawałki folii, butelki, tym podobny szajs. Tama musiała spiętrzać jak najwięcej wody, w której potem mogłem się taplać. Ale to nie był jedyny cel.

W strumieniu żyły pstrągi, a ich młode, ten jasny drobiazg wędrował pod prąd, w kierunku źródła. Moja tama utrudniała im zadanie. Siadałem na brzegu, albo nawet w wodzie, z kolanami pod brodą i patrzyłem na te błyskotki, na łuski strącone ze słońca, jak wybijają się z wody, próbując pokonać przeszkodę. Pojawiały się w powietrzu na mrugnięcie oka na podobieństwo zimnej iskierki.

Byłem dość niecierpliwym dzieckiem, ale na pstrągi mogłem patrzyć godzinami. Niestety, strumień miał i inną atrakcję. Gdzieś wyżej (tam dokąd wędrowały pstrągi) mieściła się rzeźnia i pracownicy tej rzeźni wrzucali resztki zabitych zwierząt do strumienia. Na mojej tamie zatrzymywały się krowie kopyta, flaki, kości i mnóstwo rozdętej, białawej substancji organicznej, której nawet nie potrafiłem nazwać. Nasuwała skojarzenia z martwą ośmiornicą. Nie umiałem wymyśleć jeszcze nic lepszego.

Pamiętam jeszcze, że bardzo chciałem łowić dorosłe pstrągi, tak jak traperzy w książkach Jacka Londona. Wsuwałem dziecinne dłonie pod kamienie, chcąc chwycić za skrzela taką piękną rybę. Ani razu mi się to nie udało, czego żałowałem, bo bardzo chciałem być mężczyzną, a nie chłopcem. Udało się, w końcu jestem.