Tydzień z głowy (520)

Wizyta w małej miejscowości

 sparatus

Pojechałem do małej miejscowości na spotkanie autorskie. Spotkałem się z młodzieżą, było bardzo miło. Dostałem filiżankę i zbiorek opowiadań jakiegoś młodego autora, który stamtąd się wywodzi. Sam sfinansował sobie to wydanie. Przypomniałem sobie swój pierwszy, śmieszny tomik i nadzieje towarzyszące tej publikacji. Dziś resztki „Złych wybrzeży” zalegają u kumpla na strychu. Dwa egzemplarze swojego czasu podpierały mi szafę. Mniej więcej taki jest pożytek z mojej młodzieńczej pisaniny.

Na miejsce dojechałem ponieważ mam kierowcę. Pewien fajny facet dowozi mnie do miejsc, gdzie nie dochodzi komunikacja publiczna. Nie mam prawa jazdy, więc radzę sobie w ten sposób. Jestem wysokofunkcjonalnym niedołęgą, zresztą cenię sobie ten aspekt życia ze względu na publicity. Lepiej mieć własnego kierowcę niż własny samochód.

Przed spotkaniem porozmawiałem z ludźmi, którzy mnie zaprosili i chyba bardzo cieszyli się z tego spotkania. Powiedzieli mi, że zlikwidowano im wszystkie połączenia. Nie dojeżdżają tam autobusy ani pociągi, żaden prywaciarz nie wskoczył do busika. Jeśli ktoś nie ma autka, jest skazany uwięziony. Nie pojedzie do kina, do lekarza, do sklepu, na pogrzeb albo randkę.

Do tej pory naiwnie sądziłem, że takie miejsca zdarzają się na rubieżach naszego wspaniałego, nowoczesnego i przyjaznego obywatelowi kraju. Reportaże, teksty interwencyjne, które czytałem dotyczyły wiosek gdzieś w Bieszczadach. Mieścina o której mówię znajduje się w centralnej Polsce, kilkanaście (jakoś tak) kilometrów od autostrady, którą, na Warszawę i Kraków, śmigają sobie Flixbusy i inne takie.

Pomyślałem sobie, jak trudno wyrwać się z takiej miejscowości: na studia, do dobrej pracy. Jest to oczywiście możliwe, pod warunkiem, że człowiekowi nie podwinie się noga na wejściu, że rodzice nie chleją na umór, że w domu jest jakikolwiek hajs, zaś nie ma choroby. Wystarczy jedna poważna trudność, możliwa do przezwyciężenia choćby w mieście powiatowym i jest po człowieku, po życiu, po nadziei.,

Nie będę uderzał w tony społeczne ani apelował do tłustych kutasów zawiadujących Polską, bo nie zamierzam się upokarzać. Wiem, że macie mnie w dupie, podobnie jak tę nieszczęsną gminę. Mówię tylko, żebyście się nie dziwili. Nie dziwcie się, skurwysyny, że ludzie, co chwytają po dwa koła na czarno kupują sobie gruchoty na diesla i zatruwają powietrze, którym oddychamy wszyscy, że piją od rana, że biją swoje żony, swoich mężów i swoje dzieci, że wkurwieni napierdalają się pod remizą a potem głosują na każdego, kto mami ich groszem i przywróceniem godności. Tak postępuje człowiek, któremu odebrano wolność. Może też postąpić inaczej.

Pamiętajcie o Spartakusie, skurwysyny.