tydzień z głowy (521)

Małe samobójstwo

1280px-Arnold_Böcklin_-_Die_Toteninsel_III_(Alte_Nationalgalerie,_Berlin) 

Kiedyś myślałem, że należy ocalić w sobie dziecko. Byłem gorącym orędownikiem tego niedorzecznego pomysłu i nawet dzieliłem się nim z innymi. Dziś wiem, że takie cechy jak śmiałość, odwaga, wola przygody, lekkość życia, a także nieustanna gotowość do doświadczania radości nie są cechami dziecka lecz mężczyzny.

Czym jest dziecko w dorosłym człowieku? To skrzywdzona istotka pełna żalu i pretensji. Jego złość i smutek spływa do dojrzałych serc. Mówię o chłopczyku, kwilącym za matką w pustym pokoju. O grubej, wyśmiewanej przez koleżanki dziewczynce, która tłucze się w ciele pięknej, świadomej siebie kobiety. Błądzi zrozpaczona jak ślepiec w rozległej celi. Nie ma dla niej ratunku.

Jak można pielęgnować takie stworzenie? Czemu karmimy je tym co w nas najlepsze? Naszą miłością, naszym lękiem, naszą nadzieją? Mówiąc wprost jak długo można rozpatrywać krzywdy z dzieciństwa? Te słabości, smutki, wątpliwości i osamotnienie, które powinny dawno zostać pogrzebane?

Zabicie dziecka w sobie – to już rozumiem – oznacza wyzwolenie. To założycielski mord na sobie samym, w imię siły i dorosłości, a także prawa do szczęścia. Zabijamy z litości dla niego i dla siebie. Ciało należy rozszarpać i rozgryźć. Czy żyją w nas świnie? Z pewnością. Taka wszystko strawi. Egzorcyzmujmy własne trzewia. Po całej tej zabawie wypada jeszcze dobrze przewietrzyć.

Nie ja tego potrzebuję. Inni potrzebują. Przecież mogę iść przez życie z własnym cierpieniem. Lubię nawet siebie cierpiącego. Tylko moje cierpienie, ten skowyt i lęk nie jest nikomu potrzebny. Plącze nogi samym kwileniem. Kładzie się na ziemi i wyje.

Dosyć, już dosyć.