Tydzień z głowy (522)

Pocztówka z Prowansji

42852887_2233441946889863_3705765922644951040_n

To przepiękny kawałek ziemi, ugnieciony w starych skałach, z których sterczą niepotrzebne maszty. Są tu niskie domki w piaskowym kolorze, a wieczorami plac miasteczka grzęźnie w ciemnopomarańczowym świetle. Można odnieść wrażenie zatopienia w bezczasie, nie tak mocnego jak w Grecji. Ale nic tutaj nie ma wyraźnego stygmatu współczesności, wydaje się bylejakie i silne tą bylejakością, jakby nikogo tutaj żadne ważne sprawy nie obchodziły. Ciekawe – lubię europejską prowincję, lubię Grecję, Słowenię, południe Francji, a polskiej jakoś nie bardzo. Już nasza architektura, te ciężkie domy pomalowane na wszystkie możliwe kolory są wrogie i zapowiadają jakąś awanturę.

Najbardziej zapamiętałem motyle. Są wielkie jak wróble, naprawdę. Jak zobaczyłem pierwszego, myślałem, że to liść. Przy trzecim zacząłem się zastanawiać co to takiego lata. No i motyl. Wielki i lekki. Jest ich mnóstwo i mają różne kolory. Te jasne, białe albo żółte wyglądają jakby wyleciały wprost ze słońca. Ciemniejsze odrywają się od drzew po to by zaraz wtopić się długie, miedziane ciągi winnic. Za to, gdy wracaliśmy znad morza zjawiło się mnóstwo nietoperzy. Nad całą laguną latało mnóstwo tych skurczybyków. Ciekawe zwierzęta, trochę paradoksalne, jak nosorożce. Ssak, a lata. Cały czas się drze, a my go nie słyszymy.

Wieczorem kręciliśmy na moście wzniesionym jeszcze przez Rzymian. Liczy sobie jakieś dwa tysiące lat. Kiedyś przechodzili po nim legioniści Trajana, potem wojownicy Merowingów i Karola Wielkiego, żołnierze Napoleona i Hitlera, a teraz przejechałem sobie po nim ja. Poniżej z mostem zrasta się niewielka tama i kąpielisko miejskie. Mieszkańcy miasteczka przychodzą latem tutaj popływać. Woda jest czysta i głęboka, światło latareczki którą dostałem wbiło się mocno w jasnozieloną, zażółconą toń. Niby nic wielkiego, ale ponad dwa tysiące lat temu Galowie potrafili stawić czoła Juliuszowi Cezarowi. Przegrali, lecz bili się dzielnie i równo. Prawdziwy holocaust im urządził, mordował w dziesiątkach tysięcy. Czemu pamięć historyczna jest tak wybiórcza? Dlaczego nie pamiętamy o tym, że zbrodniarzami byli nie tylko Hitler i Stalin, lecz Cezar albo i Napoleon, którego przecież mamy w hymnie Polski. Dał nam przykład Bonaparte, jak zwyciężać mamy! Przepierdolił z Rosją, przepierdolił pod Waterloo i wykorkował na Świętej Helenie jak szczur w akwarium. Rzeczywiście, zwyciężamy jak Bonaparte. Ale gdzie byliśmy dwa tysiące lat temu, kiedy Galowie mocowali się z Cezarem? Mieli swoich generałów, kapłanów, religię, armię, kulturę? My nie mieliśmy nic. Nas jeszcze nie było, po prostu. Lasy i nic.

Jedna rzecz szczególnie mocno utkwiła mi w głowie. Jechaliśmy w stronę St. Tropez, górską drogą. Była bardzo stroma i kręta. Pięliśmy się po serpentynach, a pod nami otwierała się dolina zarośnięta przez niskie drzewa o skołtunionych koronach. Z naprzeciwka zjeżdżały drogie auta, często stare ale w świetnym stanie, ferrari, lamborghini, citroeny. Chłopaki mówiły te nazwy, bo ja się na tym nie znam. I nagle, tą drogą przemknął facet na wózku inwalidzkim. Zjeżdżał sobie. Siedział sztywno, był łysy, miał mocny, wyćwiczony korpus i bezwładne, pokurczone nóżki, no i jechał, jako normalny uczestnik ruchu. Zastanawiałem się nad nim, tylko bez powodzenia. Zjechał, bo widocznie miał powód, zakorzeniony w swoim kalectwie. Nie jesteśmy kalekami, więc go nie zrozumiemy.