Tydzień z głowy (523)

Weekend na Dolnym Śląsku

 oława

Przyjeżdżamy do Wrocławia na Festiwal Opowiadania. Wrocław natychmiast wyciąga ze mnie wszystko, co najgorsze. Okazuje się miastem bez uberów i taksówek, tymczasem mam publiczne czytanie fragmentów „Kultu”, boję się, że nie zdążę, raptem, w mojej idiotycznej głowie ta krótka prezentacja przed publicznością staje się ważna jak zmiany klimatyczne, jak pokój na świecie, a przynajmniej jak Konstytucja, miotam się przed hotelem, wrzeszczę na baby z dyspozytorni jakiejś korporacji taksówkarskiej i wyobrażam sobie masowe egzekucje kierowców Ubera. W końcu na spotkanie docieram tramwajem i to bez biletu. Czytam. Publiczność się śmieje. Moja dziewczyna mówi, że ostatni raz pojechała ze mną gdziekolwiek.

Wieczorem idziemy to filharmonii posłuchać symfonii Arvo Parta. Budynek jest nowoczesny, a akustyka po prostu olśniewająca. Słychać czwarte skrzypce w piątym rzędzie, każdy dźwięk, detal wydobyty z instrumentu. Niemal roztapiam się w dźwiękach, pozwalam myślom, by płynęły swobodnie. Przypomina mi się mój ojciec, który zmarł niemal dokładnie rok temu – biała skoda, którą jeździł, ulubiony nóż, sposób w jaki chodził, zawsze bardzo szybko, przechylony do przodu, jakby trwał w ciągłej gotowości do ucieczki. Jego piwo, pił zawsze bardzo szybko, nie mogłem za nim nadążyć z tym piciem, choć przecież niezły ze mnie zawodnik. No ale taty już nie ma i nigdy nie będzie. Jestem najstarszy. Jestem jedynym mężczyzną w rodzinie.

Następnego dnia wyruszamy do Oławy, na wódkę. Wcześniej zabieram dziewczynę do Nowego Otoku, na działki, gdzie pan Kazimierz Domański zobaczył Matkę Boską i do kościoła, który obok wybudował. W altance zastaliśmy nowych właścicieli.  Używają tego miejsca zgodnie z przeznaczeniem. Działka jest działką, a altanka altanką. Po dziesiątkach tysięcy pielgrzymów, którzy gromadzili się tutaj pozostały kibelki przy drodze i krzyż przed wejściem na tereny działek. Chwilę później spacerujemy wokół kościoła, który samowolnie postawił pan Domański. To ogromny kompleks z parkiem, domem pielgrzyma, budynkami gospodarczymi. Pełno tu figur świętych, skądinąd okropnych. Byłem tu kilka razy, ale dopiero teraz uderza mnie ogrom miłości, jaką włożono w to miejsce.

Wieczorami lądujemy na kinderbalu, potem idziemy do knajpy, z knajpy do domu, a ponieważ miły gospodarz jest rekonstrukcjonistą, przywdziewam replikę zbroi rycerskiej z XV wieku. Piję mnóstwo dziwnych alkoholi. Palę papierosy na balkonie. Półprzytomny wracam do wrocławskiego hotelu. Budzę się późno, przepełniony szczęściem.