Tydzień z głowy (529)

Dobra chwila

 lechu

fot. Aneta Gołąbek

Byliśmy wczoraj na wernisażu mojego przyjaciela. Znamy się kawał czasu, od kiedy miałem, mniej więcej, piętnaście lat. Właściwie więc znam go odkąd jestem na świecie, bo przecież wcześniej, przed piętnastym rokiem życia nie byłem nawet dawną wersją siebie, tylko kimś kompletnie innym, dzieckiem, nieznanym mi człowiekiem.

Gdy znasz kogoś przez całe swoje życie, gdy budujesz relację wraz z własnym dorastaniem, poznajesz ludzki los w całym jego pięknie i grozie. Znam faceta dwadzieścia sześć lat i w jego losie oglądałem wszystkie radości, ale i smutki. Smutków było, rzecz jasna, więcej, bo przecież życie każdego z nas ma przewagę smutku nad szczęściem.

Nie zawsze jednak, bo wczoraj zdarzył się ten wernisaż w nowohuckim Domu Kultury. Mój przyjaciel bardzo przejmował się tym wydarzeniem. Przypomniał mi się mój własny stary. Tatko porównywał każdą wystawę do ściągnięcia spodni, a był przecież weteranem tego sportu, do tego nauczycielem na wyższej uczelni. Co miał czuć mój przyjaciel, przygotowując drugą wystawę w życiu?

Przyjechaliśmy do domu kultury i sala była niemal pusta. Bohater wieczoru, ze dwóch zwiedzających, obrazy, naszykowane wino (swoją drogą ostro dawało do głowy), no i dzieła sztuki. I nagle ta sala zapełniła się ludźmi. Poschodzili się obcy i swoi, pozbijali się w grupy, oglądali obrazy no i pili to wino, a między nimi krążył gospodarz, coraz bardziej podekscytowany i uszczęśliwiony. I jeszcze obrazy zeszły! Nie wiem ile. Widziałem tylko, jak przy niektórych wyrastają karteczki z cudownym słowem: SPRZEDANY. Już po wystawie, w rozmowach dowiadywałem się, że ktoś tam jeszcze coś zamówił, wziął obraz, dwa rysunki, czy coś.

Najbardziej pamiętam mojego szczęśliwego przyjaciela. Niekiedy nam, ludziom dojrzałym zdarza się chwila absolutnego uniesienia. Miałem tak przynajmniej dwukrotnie. To moment kiedy nikną troski i zapominamy o wszystkim co złe, a świat bierze w swoje czarne, kolczaste dłonie koronę i nasadza ją na nasz gorący łeb. Ludzie klaszczą i się śmieją. Krew szumi w uszach, serce radośnie się tłucze, powietrze w ustach staje się ciepłe, a w plecy wieje przyjemny wiatr. Znikają niebezpieczeństwa. Nie stanie nam się nic złego. Przynajmniej do jutra, kiedy życie zacznie wracać do normy.

Znam ten stan, umiem rozpoznać go u innych i wiem, jak rzadko się zdarza. Dlatego wczoraj byłem szczęśliwy – szczęściem mojego przyjaciela.