Tydzień z głowy (530)

Kac w Łodzi, poniedziałek rano

IMG-0522 

Byłem sobie jurorem na festiwalu filmowym, a teraz leżę w łóżku i mam kaca, co stanowi ważną erratę do minionej chwały.

Przez trzy dni oglądałem filmy i to przeważnie dobre. Kondycja polskiego kina wzrosła i to poważnie przez ostatnią dekadę. Takiego przekonania nabrałem już w Gdyni, parę lat temu i dalej tak sądzę. Dawne górki są dzisiaj dołami, z czego mógłbym się cieszyć, ale czuję się źle.

Spacerowałem trochę po tym smutnym mieście, gdzie można by kręcić wojnę bez wnoszenia dekoracji i myślałem sobie o przedziwnym życiu, jakie stało się moim udziałem. Nigdy nie przypuszczałem, że mogę być tak szczęśliwy i jednocześnie przerażony. Na łódzkie kamienice kładły się twarze ludzi, których znam i za którymi tęsknię. Widziałem też siebie samego, jak, prawie trzydzieści lat temu ganiałem do wypożyczalni wideo, dzień w dzień, żeby tylko zobaczyć jakiś film. To wzruszające wspomnienie nie przegoni jednak mdłości, zawrotów głowy i odruchu wymiotnego.

Zjadłem tłuste śniadanie i wypiłem mocną kawę, więc istnieje dla mnie jakaś nadzieja. Nie o każdym można tak powiedzieć. Właśnie przyjaciel napisał, że zmarł Bernard Bertolucci. Kostucha po niego przyszła, tango się skończyło. Lubiłem jego filmy. Rozumiem coraz lepiej, że świat, który znałem, na którym wyrosłem przechodzi do przeszłości. Nie żyje już Lemmy. Nie żyje Christopher Lee. Vincent Price. Alan Rickman. Philip Seymour Hoffman. No ale przynajmniej się nie męczą tak jak ja teraz.

Dwie rzeczy, dwie rozmowy z ludźmi, z którymi pracowałem. Ktoś, w odniesieniu do mnie powiedział „Młody dobrze daje”. Za chwilę inna osoba wyliczyła, że mam starą duszę. Wskazuje na to data urodzenia. Być może obie opinie są prawdziwe. Jestem stary i młody jednocześnie, a nade wszystko zmaltretowany.

Zaraz spakuję brudne ciuchy, strzelę kawkę i pojadę pociągiem do domu. Kac jest niczym. Dom jest wszystkim. No i tyle mam do powiedzenia.