Tydzień z głowy (533)

Posted on 17 grudnia 2018

Pochwała masła (druga część „cyklu spożywczego”).

 IMG_0728

Zawsze bardzo lubiłem masło. Nie wyobrażam sobie śniadania bez masła: kilku kromek chleba posmarowanych na tłusto tą słoneczną wspaniałością.

Wypracowałem specjalny sposób wypowiadania słowa „masło”. Mówię je nieco obniżonym głosem, powoli i ciepło, tak, by sama artykulacja odzwierciedlała miłość, którą czuję. Akcent kładę na samogłoskę pierwszej sylaby, przeciągając ją odrobinę.

W dzieciństwie jadałem kromki z masłem, przyprawione jedynie solą, pieprzem i chili. To jedno z najwyraźniejszych wspomnień wczesnej młodości: kuchnia u babci z białym blatem, tam radio, drewniany pojemnik na chleb i talerz na którym leżały kromki z masłem, posypane przyprawami. Chleb był gruby, z kruszącą się skórką, a babcia kroiła go ręcznie nożem, który zużył się w ciągu lat i miał nieregularne, zwężające się ostrze. Na talerzu – bardzo starym, porcelanowym – były obrazki, tylko nie wiem już jakie. Dzieci z psem? Dzieci z piłką? Nigdy już sobie nie przypomnę.

Jak byłem młodszym nastolatkiem jadałem, tak w ogóle, samo masło. Otwierałem lodówkę, ukrawałem sobie kawałek i pałaszowałem prosto z noża. Ojciec pieklił się o to, a na wakacjach gruchnęła plotka, że nie dojadam. W końcu jaki normalny chłopak chce żywić się samym masłem? Taki jednak miałem kaprys. Potem przestawiłem się na zupki chińskie, hod-dogi, pizze i hamburgery.

Z tych czasów została mi niesłychana dbałość o obecność masła w lodówce. Zawsze, gdy przychodzą zakupy martwię się, że kurier go nie spakował. Pamiętam bowiem te straszne dni, kiedy zabrakło masła i polewałem kanapki oliwą. Boję się, że powrócą, a przecież nie pójdę sam z siebie do sklepu, nie jestem z tych, co tak sobie po prostu do sklepu chodzą. Ale masło brzmi pięknie. Masło oznacza śniadanie.