Tydzień z głowy (538)

Jak zostałem przemytnikiem

UNADJUSTEDNONRAW_thumb_1a0d

Jest ranek, leżę sobie w Pradze, w najpaskudniejszym hotelu Republiki Czeskiej myślę o dobrych dniach, które spędziliśmy włócząc się po jednym z najpiękniejszych miast na świecie. Mógłbym o tym napisać, ale nie napiszę. Wolę opowiedzieć o tym jak dwadzieścia lat temu przemycaliśmy płyty z Lodenic pod Pragą.

Dwadzieścia lat temu nie miałem pojęcia co zrobić z życiem i wymyśliłem sobie, że zostanę wydawcą muzyki metalowej. Wraz z kumplem założyliśmy niezarejestrowaną wytwórnię, zebraliśmy trochę grosza i z portmonetką w kieszeni ruszyliśmy na podbój świata. Starczyło akurat na wydanie singla grupy Throneum na winylu.

W tamtych czasach winyle tłoczono tylko w Lodenicach pod Pragą. Złożyliśmy zamówienie, jakimś cudem zdołaliśmy je opłacić i płyta została wytłoczona. Pani z wytwórni zadzwoniła do nas z informacją, że wysyłka czeka. Chciała tylko wiedzieć jak zamierzamy rozwiązać problem cła. Myśmy oczywiście żadnego cła nie chcieliśmy płacić, zresztą nie mieliśmy pieniędzy na to cło. Wymyśliliśmy, że pojedziemy do Czech i przemycimy te płyty.

Do Czech zawieźli nas znajomi tego kumpla. Wspólnie wynajęliśmy domek na kempingu w Pradze. Plan był taki, że przenocujemy tam, rano pojedziemy do Lodenic, a znajomi zostaną sobie na kempingu. Nie przespałem nocy bo bolał mnie ząb. Rano przez pomyłkę posoliłem sobie kawę. Pojechaliśmy do tej Pragi, wypiłem parę piwek i nocą okazało się, że właściciel kempingu nie chce nas tam wpuścić. To znaczy wpuści tamtych dwoje, mnie z kumplem już nie. Tłumaczyliśmy mu, że mamy rezerwację i opłacony nocleg. Był nieugięty. Odpowiedział, że mieliśmy być w Lodenicach w konsekwencji czego nie możemy spędzić nocy na jego kempingu. Spałem na parkingu, w samochodzie. Policjanci świecili mi latarkami w oczy.

Rano, umordowani pojechaliśmy do Lodenic i odebrać płyty. Pani z wytwórni patrzyła na nas, jakbyśmy prosili o drobne na jedzenie. Wydała jednak towar. Wyruszyliśmy w drogę powrotną. Każdy miał plecak ze stelażem a w nim dwieście winyli. Takie płyty trochę ważą, uwierzcie mi.

Na dworcu zgubiłem portfel i paszport. Natychmiast znalazłem jedno i drugie. Jechaliśmy najtańszym pociągiem do Cieszyna. Piliśmy Beherovkę i graliśmy w pokera na te płyty. Granicę przeszliśmy pieszo, w środku nocy, z tymi plecakami. Czułem się jakbym przemycał heroinę z Tajlandii do Chin. Celnicy na nas nawet nie spojrzeli.

Noc spędziłem na ławce przed dworcem. Nie mieliśmy nawet pieniędzy na powrót  i nie pamiętam nawet za co wróciliśmy do domu. Chyba sprzedałem resztę koron taksówkarzowi. Kumpel dożebrał do biletu. Albo kierowca się nad nami ulitował. Naprawdę nie wiem.

Co było dalej? Płyta oczywiście się nie sprzedała i było po wytwórni, kolega założył sklep muzyczny, a ja poważniej zabrałem się za pisanie. Gdy podliczyliśmy koszta wyjazdu, okazało się, że wyniosły więcej niż cło, którego tak się obawialiśmy. A co z tym facetem, który nie chciał nas wpuścić? Jego kemping znajdował się nad samą Wełtawą. Jakiś tydzień później Wełtawa wylała. Myślałem o tym długo i z wielka satysfakcją. Byłem młody. Wierzyłem w metal i w sprawiedliwość.