Tydzień z głowy (537)

Krewetki i żelki (trzecia część cyklu spożywczego).

 boy

Pierwszego żelka (a właściwie jego połowę) zjadłem w głębokiej szkole podstawowej. Był to żelek Haribo, o kształcie butelki coli. Kolega z klasy, Boguś, przyniósł całą paczkę takich.  Mógł być rok 1988, może odrobinę później, w każdym razie żelki zaliczały się do dóbr trudno dostępnych. Pierwszy raz takie widziałem.

Kolega Boguś utrzymywał, że po zjedzeniu takiego jednego żelka człowiek czuje się, jakby wypił całą butelkę Pepsi. Tego rodzaju pogląd powiększał jeszcze apetyt na żelka, a nade wszystko budował jego przewspaniałą mitologię. Żelek Haribo był czymś innym niż się wydawał, nie tylko ze względu na przenikanie się kolorów, to przenikanie mlecznej żółci i głębokiego brązu. Reprezentował sobą bogaty i piękny świat Zachodu, znany z niemieckich numerów Bravo, folderów z samochodami i telewizji satelitarnej. Do tego ucieleśniał w sobie, zdaniem Bogusia, inną wspaniałość, a mianowicie Pepsi. O ten napój było już łatwiej. Gdy pomieszkiwałem u wujka w Raciborzu mogłem wypijać jedną małą butelkę coli dziennie. I tak sporo. Ale malutki żelek był cała taką butelką. Paczka takich żelków równoważyła skrzynkę Pepsi. Czym byłaby więc skrzynka żelków? Morzem, oceanem przesłodzonego, gazowanego płynu. A ciężarówka żelków? Wolałem nie myśleć.

Niestety, nie dowiedziałem się jak to jest z Pepsi i tymi żelkami. Z Bogusia była uczynna morda, lecz w granicach rozsądku. Dał mi pół żelka. Z perspektywy czasu wypada bym podziękował mu za hojność, ale wtedy ogarnęło nie rozczarowanie. Boguś odstąpił mi górną połowę żelka, szyjkę butelki, gdzie nie kryła się żadna Pepsi. Zjadłem powietrze i szkło z żelatyny. Teraz cieszę się z takiego obrotu sprawy, bo wciąż wierzyłem, że gdybym zjadł całego żelka poczułbym się jak po flaszce Pepsi.

Z krewetkami była inna, a jednak taka sama historia. Miałem 27 lat i przyjechałem po raz pierwszy do Ameryki. Byłem robotnikiem i serio myślałem, że tam, w Stanach, zbuduję sobie życie. W pierwszych tygodniach gościł mnie taki Joe, rubaszny grubas obwieszony złotem. Był bardzo w porządku, dużo dla mnie zrobił. I raz, jak piliśmy wódkę podsunął mnóstwo krewetek. Wrzucił je na lód. I żarliśmy prosto z lodu te wielkie krewetki. Nigdy wcześniej ich nie próbowałem. Krewetka była czymś z nieznanego mi, lepszego świata, z tej krainy, którą jak dotąd znałem tylko w telewizji. W Polsce żarłem pizzę, tosty i u Chińczyka, a jak chciałem zaszpanować dziewczynie, zabierałem ją burrito. Tak właśnie było. Ogromny półmisek zasypany krewetkami przekraczał moje najśmielsze wyobrażenia o luksusie. Wiedziałem też, że krewetka widzi świat w zupełnie inny sposób niż inne stworzenia. Była czymś głęboko odmiennym i dziwnym. No to spróbowałem.

Okazało się, że krewetki smakują jak żelki.