tydzień z głowy (539)

Skończyłem pisanie książki

 IMG_0942

Skończyłem pisanie książki. I już. Jest, gotowe. To znaczy, w ogóle nie gotowe, bo zaraz zaczną się dopiski, skreślenia, zmiany. Często mam tak, że jedna trzecia tekstu idzie do kosza, zastąpiona czymś nowym. Noworodek pojawił się na świecie i natychmiast trzeba go reanimować. Tak zawsze jest.

Cztery lata temu, przy okazji finiszu prac nad „Inną duszą” wymyśliłem pewną, jak sądzę dość trafną metaforę twórczego trudu. Do tej pory nic lepszego nie przychodzi mi do głowy, więc się powtórzę: pisanie książki przypomina chodzenie z węglarką na plecach i szczotką ryżową w dupie. Węglarki nie można zdjąć, dupa od szczotki nie zostanie uwolniona. Jem, ćwiczę, pracuję, odpoczywam i śpię z tą szczotką i węglarką. Co to za sen? Co za odpoczynek.

Po jakimś czasie człowiek przywyka do tych niedogodności. Zapominam, jak to było przed nimi. I gdy, wraz z napisaniem ostatniego zdania książki węglarka spada z pleców a szczota wysuwa się z zadka nie mam pojęcia do czego właściwie doszło. Jestem jak niesłusznie ułaskawiony morderca. Niby dobrze, a jednak cholernie nie w porządku. Przez kilka następnych tygodni chodzę krzywo i siadam ostrożnie. Bo już się przyzwyczaiłem. Koniec końców spoglądam za siebie i dziwię się, że nie ma żadnej węglarki.

Co się zmieniło przez lata? Kiedyś myślałem, że moje książki są najważniejsze na świecie. Nie wstydzę się tego. Takie prawo młodego artysty. Potem liczyłem, że wraz z wydaniem tej czy innej książki moje życie ulegnie gwałtownej odmianie. Najczęściej na gorsze. Skandaliczna, bezczelna lichota moich powieści miała zaowocować wykluczeniem społecznym ich autora. Spodziewałem się, że mama się mnie wyrzeknie. Ukrainiec w Żabce napluje mi w mordę. Dziecko rzuci kanapką. Rewersem tego myślenia była oczywiście tęsknota za sukcesem, za wielkim wyniesieniem.

Co tak naprawdę się dzieje? Nic. Napisałem książkę i wyprawiłem dzieci do szkoły. Poszedłem do kolegi na flaszkę i siedzieliśmy sobie jak zawsze, jak od dwudziestu lat, jakbym nigdy w życiu nie napisał żadnej książki. Chodzę na treningi i po zakupy. Czytam. Pracuję. Gram. Oglądam filmy z dziewczyną. Czasem ktoś nas odwiedzi. Czasem gdzieś pójdziemy. Napisałem książkę i nic się nie wydarzyło.

Stało się tak, bo nasze życia są bez znaczenia. Moje i Twoje, każde. I gdy umrę będzie dokładnie tak jak z książką: ludzie będą wyprawiali dzieci do szkoły, pili wódkę i kupowali w Biedronce.

Tylko na chuj tak męczyć się z tą szczotką i węglarką?