tydzień z głowy (541)

Posted on 11 lutego 2019

metafizyka tyry

blacksmith

Próbuję zrozumieć z czego składa się moje życie. Jakie uczucia to życie buduje? Narzuca się troska i lęk. Dopominają się przynajmniej jednego akapitu na swój własny temat, a ja chętnie spełnię ich życzenie. Gdy piszę o trosce i lęku boję się trochę mniej i jestem też mniej zatroskany.

Troszczę się bo mam bardzo dużo. W gruncie rzeczy nie znam nikogo, kto miałby tyle co ja. Tyle tego, że aż strach wymieniać. Jest praca, właściwie dwie, bo wykonuję dwa zawody, oba zresztą przepiękne i bardzo wymagające. Ludzie w około. Jestem też bardzo kochany. Mam swoje miejsce na świecie i rzeczy które lubię. Miejsce jest ważne, i rzeczy też. Przecież odbijamy się w rzeczach.

Tutaj przychodzi lęk, że stracę to co mam. Niewątpliwie do tego dojdzie bo najszczęśliwsze nawet życie kończy się śmiercią. To co mam, ten wspaniały stan posiadania, tę robotę, tych ludzi nie umiem postrzegać jako czegoś, co po prostu wypracowałem, co udało mi się osiągnąć. Tak pewno jest, lecz nie potrafię myśleć w ten sposób. To co mam jest wynikiem cudu. Tak właśnie sądzę i wiem, że cuda mają swój koniec. Jezusa w końcu przybili do tego cholernego krzyża. Złota karoca o północy zmieniła się na powrót w dynię.

Po trosce i lęku przychodzi potrzeba pracy. Pracuję bardzo dużo i bardzo niemądrze. Być może powinienem odpuścić większość rzeczy, za które się biorę. Nie nadaję się, nic z tego nie ma. Lecz praca jest czynnością magiczną, rytuałem służącym podtrzymaniu cudu. Wierzę, że jeśli będę dużo pracował zdołam jakimś cudem ten cud uratować. Iluzja zostanie zachowana, karoca dalej będzie karocą i tak dalej.

Po prostu, gdy pracuję, boję się nieco mniej i już.